Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Научная фантастика » Wielobarwny kraj [The Many-Colored Land - pl]
Wielobarwny kraj [The Many-Colored Land - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Wielobarwny kraj [The Many-Colored Land - pl]

Электронная книга - «Wielobarwny kraj [The Many-Colored Land - pl]». Краткое содержание книги:

Środowisko Galaktyczne XXI wieku, zamieszkiwane przez uporządkowane i pokojowe międzygwiezdne społeczeństwo, nie było stosownym miejscem dla nieuleczalnych awanturników, ukrytych psychotyków czy bezwzględnych oszustów. Tak więc gdy na Ziemi odkryto jednokierunkowy tunel czasowy prowadzący w przeszłość odległą o sześć milionów lat, niedostosowani społecznie — zgłodniali przygód, romantyki nieznanego ludzie — zapragnęli życia wolnego od dławiących praw Środowiska. Każdy z nich poszukiwał szczęścia takiego, jakie sobie wyobrażał. Ale kto mógłby przewidzieć, co ich tam czeka
1 ... 70 71 72 73 74 75 76 77 78 ... 116
Перейти на страницу:

— No, więc my dwaj przeciw nim. — Klaudiusz westchnął. — Ruszył szybkim krokiem w górę burzliwego strumienia i szedł, aż zrobiło się prawie ciemno. Wtedy zwęszył dym i podszedł do grupy sekwoi na skalistym brzegu nad rzeką. Płonęło tam wielkie ognisko; wokół niego dużo ciemnych postaci śmiało się i rozmawiało.

Klaudiusz przyczaił się w mroku, ale było jasne, że go oczekiwano. Poczuł, że idzie wbrew swej woli w kierunku ogniska z rękami nad głową, przyciągany przez ten sam nieodparty przymus, jaki znał z pokoju badań lady Epone.

— To ten stary — powiedział ktoś, gdy Klaudiusz ukazał się w świetle ogniska.

— Ale nie taki już alter kocher — zauważyła jakaś zwalista postać. — Może się jeszcze przydać.

— W każdym razie zachowuje się rozsądniej niż jego przyjaciele.

Na ziemi wokół ognia siedziało około tuzina mężczyzn i kobiet o wyglądzie bandziorów. Ubrani byli w odzież z ciemnej skóry kozłowej i resztki jakichś kostiumów. Pożerali ostatnie kąski upolowanej przez Felicję zwierzyny; na długim rożnie nad ogniskiem obracały się świeżo ubite i oprawione ptaki.

Jeden ze zbójców wstał i podszedł do Klaudiusza. Okazało się, że jest to kobieta w średnim wieku, średniego wzrostu, z ciemnymi włosami siwiejącymi na skroniach i fanatycznym błyskiem w oczach. Gdy przyjrzała się starszemu panu, jej wąskie wargi wykrzywił krytyczny grymas. Uniosła głowę; miała szczupły orli nos. Klaudiusz ujrzał ukryty pod kołnierzem jej kozłowego płaszcza złoty naszyjnik.

— Jak się nazywasz? — zapytała surowo.

— Jestem Klaudiusz Majewski. Co zrobiłaś z moimi przyjaciółmi? Kim jesteś?

Nacisk na mózg zelżał. Kobieta spojrzała mu w oczy z ironicznym rozbawieniem.

— Twoi przyjaciele są całkiem bezpieczni, Klaudiuszu Majewski. Jeśli idzie o mnie, jestem Angelika Guderian. Możesz nazywać mnie Madame.

18

Rodan płynął wolno i szeroko. Statek, nawet z całkowicie rozpostartym żaglem i włączonym silnikiem pomocniczym, potrzebował dużo czasu na oddalenie się od wyspy Darask. Nad wilgotnymi równinami Camargue błyszczał złocisty opar, rozmywając nawet odległe tylko o kilometr widoki w mglistą zasłonę. Później, gdy statek dotarł jeszcze dalej na południe, pasażerowie dostrzegli z lewej strony góry i wierzchołki wystających tu i ówdzie ponad bagna skał. Ale nie było widać morza. Ładne pomarańczowo-niebieskie sikorki i czerwonogłowe trznadle kołysały się na wysokich papirusach rosnących wzdłuż głównego nurtu rzeki. Przez cały ranek plastykowa osłona była zdjęta, więc pasażerowie przyglądali się zafascynowani, jak krążyły wokół nich krokodyle i krowy morskie. Raz przepłynęła obok ławica cudownych węży wodnych, prawie przezroczystych i błyszczących jak falująca tęcza w promieniach przymglonego słońca.

Około południa przybili do kolejnej wyspy, gdzie tłoczyło się około dwudziestu innych statków: barki towarowe, małe jachty z barwnie odzianymi Tanami na pokładach; większe statki, gdzie mali, milczący ramowie siedzieli po pięciu na ławkach jak mali nie zakuci w łańcuchy galernicy, którzy pogubili wiosła. Na wyspie znajdowało się tylko kilka małych budynków. Kapitan Highjohn wyjaśnił, że tutaj nie będą wychodzić na ląd, a jedynie zatrzymają się na czas potrzebny do zaciągnięcia segmentów plastyku nad przedziałem pasażerskim.

— Żeby tylko nie jeszcze jedno cholerne skakanie z wodospadów — jęknął Raimo i wyciągnął swoją flaszkę.

— Zupełnie ostatnie — uspokajał go Highjohn — i nie trudne, choć tam jest trochę stromo. Jakiś zapomniany facet, który pilotował tu dla Tanów barki w najstarszym okresie bramy czasowej, nazwał to la Glissade Formidable. Brzmi wytworniej niż Straszliwy Ślizg, więc tak już zostało do dzisiaj.

Stein siedzący obok Sukey był tym zaintrygowany.

— Ale przecież powinniśmy już być w delcie Rodanu. Tuż przy brzegu Morza Śródziemnego. Skądże tu wziął się spadek?

— Czeka cię niespodzianka — rzekł Bryan.

— Sam w to nie mogłem uwierzyć, gdy mi szyper tłumaczył. Pamiętasz, że i ja pływałem po Śródziemniaku. Wynika z tego, Steinie, że te pajace, które rysowały nasze mapy pliocenu, trochę się pomyliły.

Robotnik zakładający przezroczyste segmenty klepnął ostatni i powiedział:

— Gotowe, Kap!

— Wszyscy zapiąć pasy — rozkazał Highjohn.

— Chodź na dziób, Bryan. Zakochasz się w tym.

Gdy opuścili przystań i płynęli w kilwaterze trzydziestometrowej barki wyładowanej wlewkami metalu, zerwał się lekki wiatr. Opary przesłaniające widok rozproszyły się wreszcie, patrzyli więc na południe oczekując widoku morza. Ujrzeli chmurę.

— A to co, u diabła? — zdziwił się Stein. — Wygląda jak pożar w fabryce plastyku albo krater wielkiego wulkanu. Ta skubana chmura wznosi się aż do tropopauzy.

Maszt statku złożył się i schował, silnik pomocniczy zamilkł. Zaczęli nabierać szybkości. Kępy bagiennej roślinności rosły teraz coraz rzadziej. Statek płynął wytyczonym kanałem, skierowanym na południowschód, tuż u stóp zaokrąglonego cypla, który z ich lewej strony wcinał się w równinę jako pierwszy zwiastun podnóża Alp. Kierowali się wprost na słup białej pary, przyspieszając z każdą minutą. Wtedy odezwała się Elżbieta: — Dobry Boże, Morze Śródziemne znikło. Barka płynąca około pół kilometra przed nimi też znikła. Wzdłuż całego horyzontu na wschód i na zachód widać było niski ląd, a pośrodku tylko wstęgę wody płynącej w stronę mlecznego nieba, z płytkim zagłębieniem nurtu. I słychać było dźwięk, narastający łoskot podszyty sykiem, rosnący, aż zaczął ogłuszać, w miarę jak niosło ich coraz bliżej do la Glissade Formidable, gdzie szeroki Rodan kończył się na skraju kontynentu.

W mózgach wszystkich noszących obręcze rozległ się głos Creyna:

— Czy mam zaprogramować nieświadomość?

Ale wszyscy zgodnie odpowiedzieli:

— Nie! — Ich ciekawość była większa niż największy strach, który mógł ich opanować.

Statek przeleciał nad skrajem urwiska i runął w dół, niesiony błotnistymi wodami spadającymi po stromym stożku osadów rzecznych z szybkością osiemdziesięciu kilometrów na godzinę w głębiny Pustego Morza.

Po czterech godzinach dotarli do końca Glissade i spłynęli na jasne wody wielkiego gorzkiego jeziora. Otaczały ich wielobarwne skały trzonu kontynentalnego i błyszczące, wyrzeźbione erozją formy solne, z anhydrytu i gipsu. Ze złożoną foliową kapsułą i rozwiniętym żaglem pomknęli na południozachód, tam bowiem, jak im powiedział Creyn, leżało stołeczne miasto Muriah, na skraju Półwyspu Balearskiego, zwanego przez Tanów: Aven, górującego nad doskonale płaską Białą Srebrną Równiną.

Płynęli jeszcze przez cały dzień, pod wrażeniem takich niesamowitości i piękna, że prawie nie mogli o tym mówić. Wymieniali tylko oderwane okrzyki zarówno w mowie ustnej, jak i mentalnej, na co Creyn powiedział:

— Tak, to jest cudowne. A wkrótce zobaczycie coś jeszcze wspanialszego. Nie jesteście w stanie sobie tego wyobrazić.

Późnym wieczorem szóstego dnia od wyjazdu z Zamku Przejścia przybyli na miejsce. Wysoki półwysep Aven rozciągał się daleko na zachód, zielony i sfalowany, z jedną tylko górą u swego szczytu, a innymi wzniesieniami skrytymi we mgle. Grupa helladotherii w połyskliwej uprzęży z tęczowego materiału wyholowała statek w górę po rolkowej pochylni, natomiast jeźdźcy na chalikach, odziani w przejrzyste togi i szklane zbroje, niosący pochodnie, trąby zakończone głowami zwierząt i sztandary, towarzyszyli im po stromej ścieżce holowniczej. Przez całą drogę do olśniewającego miasta na górze nad słoną równiną witający podróżników Tanowie śpiewali. Ich pieśń miała natarczywą melodię, dziwnie znajomą Bryanowi, ale ludzie, którzy nosili naszyjniki, mogli zrozumieć także obce słowa:

1 ... 70 71 72 73 74 75 76 77 78 ... 116
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)