Wielobarwny kraj [The Many-Colored Land - pl]
- Автор: Мэй Джулиан
- Год: 1994
- Язык: польский
- Год: Alfa-Wero
- ISBN: 83-7001-781-9
- Переводчик: Juliusz W. Garztecki
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Wielobarwny kraj [The Many-Colored Land - pl]». Краткое содержание книги:
— A my co? — zapytał neutralnym tonem Klaudiusz.
— Chodźcie ze mną! Czemu nie? Będę szedł spacerkiem, nie obijając sobie tyłka przy wdrapywaniu I się do piekła i przełażeniu przez Wogezy. Posłuchaj, Klaudiuszu. Ty i Amerie trzymajcie się mnie, a ja wam znajdę piękne spokojne miejsce, o którym Tanowie nigdy nie słyszeli. Jesteś już troszkę stara wy na to, by brać udział w bitwach tej zwariowanej dziewczyny. I cóż by to było za życie dla zakonnicy, na miłość boską? Przecież ta tutaj zabija ludzi dla zabawy.
Felicja powiedziała:
— Nie masz racji, Ryszardzie. — I wypiła resztę kawy.
Stary paleontolog spojrzał na jedno, na drugie i potrząsnął głową.
— Muszę to przemyśleć. I mam jeszcze jeden zamiar. Jeśli wam to nie przeszkadza, pójdę sobie głębiej w tę dąbrowę i spędzę pewien czas samotnie. — Wstał, wsunął na chwilę rękę do wielkiej kieszeni . wiatrówki i odszedł.
— Ile tylko chcesz, Klaudiuszu! — zawołała za nim Felicja. — Zajmę się Amerie. I będę też stała na czatach.
— Nie zgub się aby — dodał Ryszard.
Felicja zaklęła pod nosem.
Klaudiusz powędrował, automatycznie zapamiętując punkty orientacyjne, jak to robił latami na świeżo zajętych planetach. Dąb z dwoma potężnymi, opadającymi jak łapy olbrzyma konarami. Smukła czerwonawa skałka wśród szarego granitu. Sucha łąka, a na niej klon zjedna gałęzią nienaturalnie złotą jak na tę porę roku. Stawek, a na nim różowe lilie wodne i para dzikich kaczek niedbale pływających tu i tam. Wytryskające ze skały źródło, zdobne koronkowymi paprociami i ocienione wspaniałym bukiem.
— Jak ci się tu podoba, Gen? — spytał głośno starszy pan.
Ukląkł, podstawił dłonie pod tryskającą wodę, napił się, obmył sobie czoło i spalony słońcem kark. Asperges me, Domine, hyssopo et mundabor. Lavabis me, et super nivem dealbabor.
— Tak, myślę, że tu będzie najlepiej.
Wyjął z basenu źródełka cienki, płaski kamień i podszedł do stóp buka. Usunąwszy starannie poduszkę mchu, wykopał dziurę, umieścił w niej rzeźbioną szkatułkę i przykrył ją ziemią i roślinami, a na koniec dokładnie uklepał. Nie oznaczył grobu kamieniem ani krzyżem; ci, którzy ją kochali, wiedzieli, gdzie leżą jej prochy. Gdy skończył pracę, wrócił do źródła, garścią wody odświeżył poruszony mech, po czym usiadł i oparł się o drzewo. Zamknął oczy.
Gdy się obudził, było późne popołudnie. Przy źródle siedziało coś skulonego i przyglądało mu się uważnie jasnozielonymi oczami.
Klaudiusz wstrzymał oddech. Było to jedno z najpiękniejszych zwierzątek, jakie kiedykolwiek widział, z pełnym wdzięku, giętkim ciałem, nie większym niż jego dłoń i dwudziestocentymetrowym smukłym ogonem. Miało jasnopomarańczowy brzuszek, grzbiet zaś brązowy z lekkim czarnym nalotem, jak młody lisek. Jego koci pyszczek miał wyraz wielkiej inteligencji, łagodnej i niegroźnej, choć wyglądał jak miniaturowy kuguar.
Musiał to być Felis zitteli, jeden z najwcześniejszych prawdziwych kotów. Klaudiusz ściągnął wargi i cicho, wibrująco zagwizdał. Zwierzątko zwróciło wielkie uszy w stronę dźwięku. Klaudiusz nieskończenie powolnym ruchem sięgnął do kieszeni i wydobył kąsek serowatej algoproteiny.
— Psspssps — zaczął je wabić kładąc pożywienie na mszystej murawie obok siebie.
Kotek spokojnie podszedł do niego z drgającymi nozdrzami i nastroszonymi białymi wąsami. Leciutko powąchał jedzenie, liznął je małym różowym języczkiem i zjadł. Oczy, stosunkowo znacznie większe niż u kota domowego i otoczone czarnymi obwódkami, zwróciły się na Klaudiusza w niewątpliwie przyjacielski sposób. Rozległ się cichy brzęczący dźwięk. Felis zitteli mruczał.
Starszy pan dał mu więcej jedzenia, a następnie spróbował go dotknąć. Kot przyjął jego głaskanie; wyginał grzbiet i zwijał czarno zakończony ogon w znak zapytania. Zbliżył się jeszcze do Klaudiusza i otarł czoło o jego nogę.
— Och, spryciarz z ciebie, prawda? Malutkie ząbki. Czy jadasz owady i małe żyjątka skalne, czy też łowisz piskorze?
Kotek przechylił głowę i obdarzył go wzruszającym spojrzeniem, po czym wskoczył mu na kolana i ułożył się tam ze wszelkimi oznakami poufałości. Klaudiusz zaczął pieścić śliczne zwierzątko i cicho z nim rozmawiać, a tymczasem cienie poczerwieniały i przez zagajnik powiał zimny wiatr.
— Powinienem już iść — rzekł niechętnie i podsunął dłoń pod ciepły brzuszek kotka, po czym postawił zwierzątko na ziemię. Wstał, spodziewając się, że to spłoszy zwierzę i zmusi do ucieczki. Ale tylko usiadło i przyglądało mu się, a gdy ruszył, poszło za nim.
Klaudiusz zachichotał i powiedział:
— Psik! — Ale szło dalej. — Czy z ciebie kot domowy błyskawiczny? — zapytał i w tym momencie pomyślał o Amerie, którą czekał długi okres rekonwalescencji w czasie podróży na północ w jego i Ryszarda towarzystwie. Jeśli Felicja tu zostanie (a wyglądało na to, że nie ma innego wyboru), mniszka będzie się trapić i zastanawiać nad swoją winą. Może ten uroczy kotek zmieni kierunek jej myśli?
— Pojedziesz sobie w mej kieszeni? Czy może wolisz na ramieniu? — Podniósł kotka i włożył do obszernej kieszeni wiatrówki. Zwierzątko obróciło się parę razy w miejscu, po czym usiadło z głową na zewnątrz i bez przerwy mruczało.
— No to załatwione. — Starszy pan przyśpieszył kroku i szedł od znaku do znaku orientacyjnego, aż dotarł do rzadszej części dębowego gaju, gdzie założyli obóz.
Dwie dekamolowe chaty znikły.
Klaudiusz uskoczył za potężny pień dębu ze ściśniętym gardłem i bijącym sercem. Stał oparty o drzewo, póki jego serce się nie uspokoiło. Wyjrzał ostrożnie i badał wzrokiem polankę, na której znajdował się obóz. Nie było śladu ich bagaży. Nawet rowek, w którym palili ognisko, i resztki pieczonego rogacza znikły. Nie było śladów stóp, połamanych paproci ani krzaków, które by pozostały po bójce (schwytać Felicję bez walki?) i w ogóle nic, co by wskazywało, że kiedykolwiek wśród wielkich starych drzew przebywali ludzie.
Klaudiusz wyszedł z ukrycia i starannie przeszukał miejsce. Oczyścili je ludzie znający leśne życie, ale nieco śladów pozostało. Jedno z piaszczystych miejsc miało znaki po gałęzi, którą tu przyciągnięto dla zatarcia śladów stóp. A dalej przy strumieniu, na niewyraźnej ścieżce zwierzyny, wiodącej w górę biegu, do żywicy na pniu sosny przykleił się zielony kłaczek.
Kawałek zielonego pióra. Ufarbowanego na zielono. Klaudiusz kiwnął głową; zagadka zaczęła się rozwiązywać. Znaleźli trzy osoby i trzy pakunki i zabrali je w tym kierunku. Kto? Na pewno nie słudzy Tanów, którzy nie staraliby się zatrzeć śladów swego pobytu. A więc?… Firvulagowie?
Serce Klaudiusza zabiło gwałtownie. Ścisnął nozdrza i bardzo wolno wypuścił powietrze. Potok adrenaliny został powstrzymany, bijące serce uspokoiło się. Nie pozostawało nic innego, jak ruszyć po tropie. A jeśli go złapią… No cóż, przynajmniej wykonał część tego, po co tu przybył.
— Jesteś pewien, że nie chcesz sobie pójść? — szepnął do kotka, przykucnąwszy i otworzywszy szeroko kieszeń dla ułatwienia mu wyjścia. Ale zwierzątko tylko zamrugało oczami i ułożyło się głębiej do snu.