Wielobarwny kraj [The Many-Colored Land - pl]
- Автор: Мэй Джулиан
- Год: 1994
- Язык: польский
- Год: Alfa-Wero
- ISBN: 83-7001-781-9
- Переводчик: Juliusz W. Garztecki
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Wielobarwny kraj [The Many-Colored Land - pl]». Краткое содержание книги:
Każdy Zestaw Przeżycia zawierał trzy segmenty mostu, które dawały się połączyć i tworzyły wąską, samonośną kładkę dwudziestometrowej długości, podobną do drabiny z gęsto umieszczonymi szczeblami. Podszedłszy w górę rzeki do miejsca, gdzie nurt zwężał się między dwiema niedostępnymi półkami skalnymi, nadmuchali i zbalastowali segmenty, połączyli je i przerzucili most na przeciwległy brzeg.
— Wygląda, że jest słaby — oświadczył niespokojnie Ryszard. — Zabawne, gdyśmy ćwiczyli z tym w gospodzie, wydawał się znacznie szerszy.
Most miał około jednej trzeciej metra szerokości i był pewny jak skała. Ale poprzednio używali go do przekraczania spokojnego stawu w podziemiach gospody, tutaj zaś w dole czekały bystrza i ostre głazy.
— Możemy nadmuchać drugi most i związać oba, jeśli będziesz się przez to czuł bezpieczniej — zaproponowała Amerie. Ale Pirat zjeżył się z oburzenia na tę propozycję, zarzucił plecak na ramię i chwiejnie, jak początkujący linoskoczek, przeszedł na drugą stronę.
— Teraz ty, Amerie — powiedział Klaudiusz.
Zakonnica pewnym krokiem wstąpiła na kładkę.
Po iluż pniach drzewnych przechodziła nad górskimi potokami w Kaskadach Oregonu? Szczeble mostu były rozmieszczone gęściej niż na długość dłoni, nie można więc było przez nie wypaść. Wystarczył pewny krok, zrównoważona postawa i skierowanie wzroku na przeciwległy brzeg, a nie na spienioną wodę w przepaści sześć metrów niżej…
Chwycił ją kurcz mięśni lewego uda. Zachwiała się, chwyciła równowagę, ale przechyliła nadmiernie w przeciwną stronę i spadła do rzeki nogami w dół. — Odrzuć bagaż! — wrzasnęła Felicja. — Poruszała się tak szybko, że jej ręce zmieniły się w rozmazaną plamę. Odrzuciła łuk i strzały, odpięła plecak, rozerwała szybko rozłączalne zapinki zbroi i nagolenników i skoczyła za Amerie.
Ryszard gapił się z przeciwnego brzegu, ale starszy pan pobiegł w stronę, z której przyszli, ku względnie spokojnemu ujściu mniejszego potoku. Ponad bystrze wyskoczyły dwie głowy. Płynąca przodem ostro zderzyła się z garbatym głazem i znikła. Druga błyskawicznie zbliżyła się do kamienia i też znikła pod wodą, ale po minucie obie kobiety znów się ukazały i podpłynęły do Klaudiusza. Chwycił mocny, leżący na brzegu konar i wyciągnął go w ich stronę. Felicja złapała go jedną dłonią, drugą miała wplątaną we włosy Amerie. Klaudiusz miał dość sił, by je wyciągnąć.
Brnąc w wodzie wyciągał teraz zakonnicę na brzeg. Felicja została na płyciźnie, oparta na rękach i kolanach, kaszlała i wymiotowała. Klaudiusz uniósł Amerie i złożył ją w pół, by opróżnić płuca z wody, po czym napełnił je własnym ciepłym oddechem.
— Oddychaj, dziecko — błagał ją. — Żyj, córeczko. Amerie zakrztusiła się; pod przemoczonym i podartym mundurem kapitana żeglugi kosmicznej spazmatycznie poruszyły się piersi. Raz jeszcze powietrze z ust do ust, i ocknęła się.
Otworzyła oczy i zwróciła błędny wzrok na Klaudiusza, potem na uśmiechniętą Felicję. Z jej ust wydarł się zdławiony szloch. Ukryła twarz na piersi starszego pana. Klaudiusz polecił Felicji, by wyciągnęła z jego bagażu ciepły sweter z orkadyjskiej wełny i otulił nim Amerie. Lecz gdy próbował ją podnieść, żeby przenieść przez most, okazała się dla niego o wiele za ciężka. Musiała więc to zrobić mała hokeistka, paleontolog zaś wziął jej rzeczy i swoje.
Prąd rzeki uniósł daleko plecak Amerie z wyposażeniem lekarskim. Jej złamaną rękę musieli opatrywać za pomocą skromnego wyposażenia apteczki pierwszej pomocy z indywidualnych Zestawów Przeżycia. Korzystali z lakonicznych wskazówek z tabliczki Z napisem „Pospolite nagłe wypadki”. Amerie doznała prostego złamania lewej kości barkowej, łatwego do opatrzenia nawet przez medyków-amatorów, lecz zanim to zrobiono i podano jej środki uspokajające, było już późne popołudnie. Ryszard przekonał Klaudiusza i Felicję, że dalsza podróż byłaby bezsensowna, niezależnie od możliwej pogoni. Odeszli niedaleko od rzeki, by ukryć się w gaju dużych dębów. Tam Ryszard rozstawił dwie dekamolowe chaty, Felicja poszła polować i przyniosła dużego, tłustego rogacza, Klaudiusz zaś zebrał w błotnistym zakątku pożywne bulwy rogożowe.
Napełniwszy żołądki, nastawiwszy tapczany na maksymalną miękkość i zaryglowawszy nieprzekraczalne dla zwierząt drzwi harmonijkowe, zasnęli jeszcze przed zachodem słońca. Nie usłyszeli nawet sów, słowików ani śpiewających żab drzewnych, ani też zanikającego wycia psodźwiedzi szalejących na zimnym i jałowym tropie daleko na południu. Nie widzieli wstającej nad bystrzami mgły i wschodzących gwiazd. I nie ujrzeli świecących, groteskowych postaci Firvulagów, które nadleciały i tańczyły na przeciwległym brzegu rzeki, aż gwiazdy zbladły w nadchodzącym świcie.
Następnego ranka Amerie gorączkowała i była osłabiona. Za wspólną zgodą uśpili ją, używszy swych niewielkich zapasów lekarstw, ułożyli wygodnie w jednej chacie, by mogła spać i wypoczywać, a sami przenieśli się do drugiej. Wszyscy potrzebowali nabrać sił i nie wydawało się, by groziło niebezpieczeństwo niepostrzeżonego przedostania się jakiejkolwiek pogoni przez urwiste brzegi.
Felicja była przekonana, że już się wymknęli ścigającym.
— Mogą nawet znaleźć w dole rzeki plecak Amerie i dojść do wniosku, żeśmy potonęli.
Spali więc. Na lunch zjedli zimną dziczyznę i algoproteiny. Usiedli w cieniu starego dębu i popijali z małych kubeczków bezcenną kawę rozpuszczalną; rozważali, jakie teraz podjąć decyzje.
— Pracuję nad nowym planem — oświadczyła Felicja. — Wzięłam pod uwagę wiele możliwości i zdecydowałam, że najlepszym miejscem, by zdobyć drugi naszyjnik, będą okolice Finiah, gdzie jest mnóstwo Tanów. Może mają tam nawet ich skład czy wytwórnię. Musimy zrobić następujące rzeczy: ukrywać się, nim Amerie nie wyzdrowieje, przejść przez Wogezy i potajemnie założyć bazę pod miastem.
Żywność możemy kraść karawanom lub w przyległych osiedlach.
Ryszard zakrztusił się kawą.
Felicja spokojnie kontynuowała:
— Gdy zbadamy ich fortyfikacje i dowiemy się czegoś więcej o obecnej technice wytwarzania naszyjników, możemy opracować plan uderzenia.
Ryszard bardzo ostrożnie odstawił kubeczek na korzeń drzewa.
— Dziecko, do tej pory prośbą i groźbą robiłaś wszystko, abyśmy wykonywali twoje plany i nie twierdzę bynajmniej, że nie było cholernie dobrą robotą wydostanie nas z rąk Epone i jej oprychów. Ale nie ma takiego sposobu, którym mogłabyś mnie zmusić do udziału w czteroosobowej inwazji na całe miasto pełne kosmicznych tłamsimózgów!
— Więc wolisz się ukrywać po lasach, póki cię nie upolują? — zadrwiła. — Wiesz, że nie przestaną nas szukać. I będą to robili osobiście Tanowie, zamiast wysyłać ludzkich niewolników. Jeśli będziemy postępować zgodnie z moim planem, jeśli ja będę miała złoty naszyjnik, potrafię sprostać każdemu z nich!
— To ty tak twierdzisz. A skąd mamy wiedzieć, czy dasz sobie z tym radę? I co my będziemy z tego mieli? Czy mamy zostać twymi wiernymi gwardzistami, gdy ty będziesz się bawiła w Madame Dowódcę? Nam, biednym normalnym, żaden pieprzony złoty naszyjnik nie zapewni nic dobrego. I na pewniaka wpadniemy jak śliwka w gówno, potwory zrobią z nas mielonkę na długo przed końcem twojej prywatnej partyzantki niezależnie od tego, czy wygrasz, czy przegrasz. A może chcesz wiedzieć, jakie ja mam plany, laleczko-terrorystko?
— Z przymkniętymi oczami popijała kawę.
— No, to powiadam ci — oświadczył zaczepnie Ryszard — że odpocznę tu sobie dzień, dwa, naprawię buty, a później idę na północ w stronę wielkich rzek i oceanu, jak to zrobił Yosh. Przy odrobinie szczęścia może go nawet i spotkam. Gdy dojadę do Atlantyku, popłynę na południe wzdłuż wybrzeża. A gdy ty będziesz się bawiła w księżniczkę rozbójników, ja będę zalewał pałę dobrym winem i poklepywał dziwki w mojej pirackiej chacie w Bordeaux.