Wielobarwny kraj [The Many-Colored Land - pl]
- Автор: Мэй Джулиан
- Год: 1994
- Язык: польский
- Год: Alfa-Wero
- ISBN: 83-7001-781-9
- Переводчик: Juliusz W. Garztecki
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Wielobarwny kraj [The Many-Colored Land - pl]». Краткое содержание книги:
— Jestem niepoprawny, Sukey. Z tobą będzie inaczej. Ty dostaniesz się do wielkiego świata. Zostaniesz księżniczką plioceńską, a nie zwyczajną walijską.
Odsunęła się od niego.
— W tym świecie Wygnania zapomniałam ci jeszcze o czymś powiedzieć. Ludzkie kobiety… Tanowie likwidują naszą salpingotomię i przywracają nam płodność. Ich kobiety nie rozmnażają się dobrze na Ziemi i dlatego… Tanowie używają także nas. Niektóre ziemskie kobiety zostają żonami Tanów, jak pani pałacu, w którym jesteśmy w tej chwili. Ale innych używa się zwyczajnie jako… jako…
Stein przyciągnął ją do siebie i otarł jej łzy brzegiem prześcieradła.
— O nie. Nie ty, Sukey. Z tobą tak nie będzie.
Podniosła twarz w niedowierzaniu.
— Naprzód — rzekł Stein. — Wejdź we mnie głęboko. Kiedy ty to robisz, nie przeszkadza mi.
Z trudem łapała powietrze, gdy zagłębiła się w strefę, której jeszcze nie znała. I nie umiała się powstrzymać od płaczu znalazłszy tam to, na co miała nadzieję, świeże i silne.
Gdy ją ukoił, a w umysłach obojga dokonało się ślubowanie, dokończyli wzajemnego uzdrawiania się na własny sposób.
17
Klaudiusz, Ryszard i Amerie mogliby spać jeszcze całe dnie, ale o wschodzie słońca rozległo się dalekie wycie amficjonów tropiących w górach od strony południowej. Zrozumieli więc, że Tanowie zrobią wszystko, by uniemożliwić ucieczkę Felicji, której rolę w masakrze musiał niewątpliwie zdradzić jakiś schwytany uciekinier. Resztka Grupy Zielonej nie traciła czasu na zacieranie śladów obozowiska i wymaszerowała niedługo po nastaniu świtu, wypuściwszy uprzednio powietrze z ekwipunku i posiliwszy się zaimprowizowanym śniadaniem w drodze. Klaudiusz chciał przekazać dowodzenie Felicji, lecz ta nie chciała o tym słyszeć.
— Masz doświadczenie w tego rodzaju wyprawach — rzekła. — Ja nie. Wystarczy, jak sprowadzisz nas możliwie szybko z tego grzbietu w gęstsze lasy zwiększą rzeką. Wówczas, jak przypuszczam, uda mi się pozbyć pogoni.
Ześlizgiwali się i szli pośpiesznie, raz nawet stoczyli się z niewielkiego urwiska. Zwiększyli tempo, kiedy znaleźli wyschnięte łożysko, które w dolnym biegu zmieniło się w potoczek. Drzewa rosły tu gęściej i były wyższe; osłaniały coraz szerszy strumień i ocieniały maszerujących od słońca, przynajmniej po części. Taplając się w wodzie pełnej głazów wystraszyli wielkie brązowe pstrągi i łowiące je łasice wyglądające jak norki o jasnej sierści. By zmylić pogoń, wychodzili na brzeg strumienia, raz po jednej, raz po drugiej stronie. Klaudiusz polecił im wydeptać wyraźne ślady w górę małego dopływu, ulżyć sobie dla wzmocnienia zapachów tropu, a następnie znów skręcić do wody i brnąć tym samym strumieniem co poprzednio. Miejscami potok stawał się niebezpiecznie głęboki, przerywany małymi progami i mieliznami.
Około południa Klaudiusz zarządził postój. On i Felicja byli w dobrej formie. Ale Ryszard i mniszka zwalili się z nóg z wielką ulgą. Odpoczywali na otoczonych wodą skałach w niewielkim zalewie, wytężając słuch w poszukiwaniu odgłosów pogoni. Usłyszeli w pobliżu jednak tylko głośne klaśnięcie o wodę z biegiem rzeki.
— Gdybym była naiwna — zauważyła Amerie — powiedziałabym, że to był bóbr.
— Bardzo prawdopodobne — odrzekł Klaudiusz.
— Może nie nasz stary przyjaciel Castor, ale bardziej prawdopodobne, że to Steneofiber, bardziej prymitywny gatunek, który nie zajmował się specjalnie budowaniem tam, lecz raczej kopał nory…
— Cśśś — syknęła Felicja. — Posłuchajcie.
Szum wody, śpiew ptaka, od czasu do czasu skrzeczenie czegoś, co, jak powiedział Klaudiusz, było nadrzewną małpą, trajkotanie małej, zakłopotanej wiewiórki.
I odchrząknięcie czegoś dużego.
Zamarli na skałach i odruchowo podciągnęli nogi, które trzymali zwieszone do wody. Rozległ się gardłowy kaszel, nie podobny do niczego, co dotychczas słyszeli w pliocenie. Krzaki na lewym brzegu zakołysały się lekko; jakieś zwierzę przeciskało się do wodopoju. Był to kot, masywny jak lew afrykański, lecz z wielkimi kłami wystającymi ponad jego zamknięte szczęki. Zamruczał jak smakosz dotknięty niestrawnością po zbyt obfitej uczcie i zrobił parę niedbałych skoków. Jego grzbiet i boki były ozdobione rdzawymi, marmurkowymi wielobokami mającymi brązowe i czarne otoki, które przechodziły w czarne pasy na pysku zwierzęcia i czarne plamy na brzuchu i kończynach. Zwierzę miało niebywałej wielkości bokobrody.
Wiatr zmienił kierunek i poniósł do pijącego tygrysa szablozębnego zapach ludzi. Kot podniósł łeb, popatrzył prosto na nich żółtymi oczami i warknął; przybrał postawę wystudiowanej obojętności istoty całkowicie panującej nad niezręczną sytuacją.
Felicja spojrzała mu w oczy.
Reszta zamarła ze strachu; czekali, że tygrys wskoczy do wody. Ale nie zrobił tego. Był najedzony, jego kocięta czekały, myśl Felicji zaś pogłaskała jego kocią próżność i podpowiedziała, że ta wychudzona zwierzyna przycupnięta na skałach nie jest warta kąpieli. Więc Machairodus mlasnął, popatrzył na nich, zmarszczył nos w pogardliwym parsknięciu i na koniec wycofał się w zarośla.
— Wystarczy mi pięć minut — szepnęła Amerie — na odprawienie Mszy Dziękczynnej. Od dawna zresztą spóźnionej.
Felicja potrząsnęła głową z tajemniczym uśmiechem, Ryszard odwrócił się z miną wyższości, ale Klaudiusz podszedł do głazu Amerie i podzielił z nią złoty naparstek wina i płatek suszonego chleba z zestawu mszalnego, który zakonnica trzymała w kieszeni munduru Ryszarda. Gdy byli już gotowi do drogi, grupa wyruszyła w dalszą podróż; zaczęli wyrąbywać ścieżkę na brzegu przeciwnym niż okupowany przez tygrysa szablozębnego.
— Był tak niewiarygodnie piękny — powiedziała mniszka do Klaudiusza. — Ale po co mu takie zęby? Wielkie koty naszych czasów doskonale dają sobie radę z mniejszymi.
— Nasze lwy i tygrysy nie polują na słonie.
— Masz ma myśli te potworne krzywozębce, którymi próbowano nas straszyć w gospodzie na trójwymiarowcu? Tutaj?! — zapytał Ryszard.
— W tych górach raczej żyją nieco mniejsze mastodonty. Pospolitym gatunkiem jest zapewne Gomphotherium angustidens. Ledwie o połowę mniejsze od tych nosorożców, którym wymknęliśmy się wczoraj. Na Deinotherium się nie natkniemy, póki nie będziemy musieli przechodzić przez bagna albo szeroką dolinę rzeczną.
— Wprost cudowne — warknął Pirat. — Przepraszam za pytanie, ale czy ktokolwiek z was, asów, ma na myśli określony cel podróży? Czy po prostu uciekamy?
— Po prostu uciekamy — odpowiedział cicho Klaudiusz. — Gdy pozbędziemy się żołnierzy i psodźwiedzi, będzie dość czasu na podejmowanie decyzji strategicznych. Czy masz coś przeciwko temu, synu?
— Och, gówno — odparł Ryszard i znowu zabrał się do wycinania krzaków nad strumieniem.
Wreszcie potok wpadł do dużej, burzliwej rzeki płynącej na południe. Klaudiusz przypuszczał, że może to być górna Saona.
— Nie pójdziemy z jej biegiem — powiedział towarzyszom ucieczki. — Prawdopodobnie skręca na południozachód i wpada do jeziora o jakieś czterdzieści, pięćdziesiąt kilosów niżej. Musimy się przez nią przeprawić, a to oznacza użycie dekamolowych mostów.