Rozmowa w „Katedrze”
- Автор: Варгас Льоса Марио
- Язык: польский
- Жанр: Современная русская и зарубежная проза
Электронная книга - «Rozmowa w „Katedrze”». Краткое содержание книги:
Uśmiechnął się gorzko i znów napełnił kieliszki. Zaraz miało być chupe, z daleka dochodził łamiący się głos Inocencii, stryj Clodomiro ze współczuciem pokiwał głową: biedna staruszka, już bardzo źle widzi.
Co za bezczelność, on nie ma wstydu, mówiła Gertrudis Lama, zaczynać na nowo po tym, co ci zrobił? Coś okropnego. I Amalia coś okropnego. Ale on jest taki, zawsze taki był. A Gertrudis: jaki? jaki był? Nie spieszyło mu się, chciał, żeby te spotkania były takie tajemnicze. Pod różnymi pretekstami wchodził do spiżarni, do pokojów i na patio, kiedy Amalia tam się znalazła. Na początku nic do niej nie mówił, tylko wywracał oczami, a ona się bała, że pani Zoila albo dzieci czegoś się domyśla, podchwycą te spojrzenia. I tak było dłuższy czas, zanim się odważył i zaczął wygadywać różne różności, i Gertrudis: jakie różności? A jakaś ty młodziutka, a jaką masz buzię, jak kwiatuszek, a ona się bała, bo to była jej pierwsza praca. Ale poza tym nic się nie działo. Był bezwstydny, ale i niegłupi, a może raczej trochę tchórz: on się bardziej bał państwa niż ja, Gertrudis. Nawet przed resztą służby się krył, podszedł do Amalii, a tu idzie kucharka albo druga pokojówka, i jego już nie ma. Ale jak byli sami, to nie poprzestawał na słowach, i Getrudis ze śmiechem a co ty na to? Amalia dawała mu po łapach, raz nawet po gębie. Wszystko od ciebie ścierpię, nawet jak mnie uderzysz, to tak jakbyś całowała, takie tam gadanie, jak to zwykle z mężczyznami, Gertrudis. Stawał na głowie, żeby mieć wychodne w te same dni co ona, dowiedział się, gdzie mieszkała, i pewnego dnia Amalia zobaczyła, że spaceruje pod domem jej ciotki w Surquillo, a ty siedziałaś u ciotki i też na niego patrzyłaś, zaśmiała się Gertrudis, i cieszyło cię to. Nie, gniewało. Kucharce i tej drugiej dziewczynie to się podobał, mówiły jaki wysoki, jak pięknie zbudowany, jak włoży niebieską koszulę, to aż dreszcz przechodzi, i takie różne świństwa też wygadywały. Ale ona nie, dla niej był taki sam jak wszyscy inni. Jak ci się nie podobał, to czemuś mu w końcu pozwoliła, powiedziała Gertrudis. Może z powodu tych prezentów, co je ukradkiem zostawiał na jej łóżku. Za pierwszym razem, kiedy jej włożył do fartuszka jakąś paczkę, zwróciła mu ją i nawet nie zajrzała do środka, ale potem, jaka byłam głupia, nie, Gertrudis? Potem przyjmowała te podarunki, a wieczorem myślała co też mi dzisiaj przyniesie? Wchodził nie wiadomo kiedy i wkładał prezenty pod narzutę na łóżku, to broszka, to bransoletka, to chustka. Wtedy pewnie już z nim żyłaś, powiedziała Gerturdis. Nie, jeszcze wtedy nie. Któregoś dnia ciotki akurat nie było w Surquillo i kiedy się zjawił, Amalia wyszła do niego, taka głupia, nie? Rozmawiali na ulicy i kupili sobie słodyczy, a w tydzień później, kiedy miała wychodne, poszli do kina. Aha, i to było wtedy? powiedziała Gertrudis. Tak, pozwoliła się pieścić i całować. Od tego czasu uważał, że mu wolno to czy tamto, jak byli sami, chciał skorzystać, Amalia musiała przed nim uciekać. Spał koło garażu, jego pokój był większy niż pokój służących, miał własną łazienkę i w ogóle, i pewnego wieczora, a Gertrudis no i co? no i co? Państwo wyszli, panienka Teté i panicz Santiago już spali, a panicz Chispas w tym swoim mundurze pojechał do szkoły morskiej – no i co, no i co – a ona, no czy nie idiotka, weszła do jego pokoju. Oczywiście wykorzystał to, i Gertrudis a więc to wtedy, i skręca się ze śmiechu. Jak ona przez niego płakała, Gertrudis, jaki to strach, jaki ból. Ale Amalia znowu się do niego rozczarowała, jeszcze tej nocy zmalał w jej oczach, a Gertrudis ha, ha, ha, i Amalia no nie bądź głupia, nie to mam na myśli, po co gadasz takie świństwa, tylko się muszę wstydzić. Więc czemu się rozczarowałaś? powiedziała Gertrudis. Światło było zgaszone, a oni na łóżku, on ją pocieszał i zmyślał takie różne rzeczy, takie kłamstwa, nigdy nie przypuszczałem, że cię spotkam, moja dziewczynko, i całował ją, i wtedy usłyszeli głosy przy furtce, państwo wrócili. I właśnie wtedy, Gertrudis, właśnie dlatego, Gertrudis. Jak on się nagle zmienił, i czemu. Tak, czemu. Ręce mu się spociły, schowaj się, schowaj się, i popychał ją, wejdź pod łóżko, nie ruszaj się, prawie płakał ze strachu, a niby taki mężczyzna, Gertrudis, i nagle zakrył jej usta ręką, tak jakbym chciała krzyczeć czy co. I jak usłyszeli, że państwo przeszli przez ogród i już byli w domu, to dopiero wtedy ją puścił i dopiero zaczął się wykręcać to dla ciebie, żeby ciebie nikt tutaj nie nakrył, żeby nikt na ciebie nie krzyczał, żeby cię nie wyrzucili. I że będą musieli bardzo się pilnować, bo pani Zoila taka surowa. Na drugi dzień Amalia dziwnie się czuła, wiesz, Gertrudis, to chciała się śmiać, to było jej smutno, była szczęśliwa, ale co za wstyd, kiedy musiała ukradkiem prać prześcieradło poplamione krwią, och, Gertrudis, sama nie wiem, dlaczego ci to wszystko opowiadam. A Gertrudis: dlatego że już zapomniałaś o Trinidadzie, kochana, i teraz znowu wariujesz za tym twoim Ambrosiem.
– Dziś rano rozmawiałem z gringami – rzekł w końcu don Fermín. – Nieufni jak diabli. Dostali wszelkie gwarancje, ale jeszcze się upierają przy spotkaniu z panem, don Cayo.
– Koniec końców, to transakcja na ładnych kilka milionów – powiedział Bermudez dobrodusznie. – To ich tłumaczy.
– Ciągle nie mogę zrozumieć tych gringów, są jak duże dzieci, nie uważa pan? – powiedział don Fermín tym samym, niemal zrzędliwym tonem. – A poza tym jakie to dzikusy. Gdzie by się nie znaleźli, zaraz nogi na stół, zaraz zdejmują marynarkę. A przecież ci nasi gringowie to nie byle kto, to ludzie z wyższych sfer, tak przypuszczam. Czasami mam ochotę dać im w prezencie podręcznik dobrego wychowania. Bermudez patrzył przez okno na tramwaje jeżdżące po Colmena, słuchał nie kończących się kawałów, które opowiadali mężczyźni przy sąsiednim stoliku.
– Sprawa jest załatwiona – powiedział nagle. – Wczoraj jadłem kolację z ministrem Rozwoju Gospodarczego. Wyrok powinien być ogłoszony w Dzienniku Ustaw, w poniedziałek albo we wtorek. Niech pan powie swoim przyjaciołom, że wygrali licytację, mogą spać spokojnie.
– Moim wspólnikom, nie przyjaciołom – zaprotestował don Fermín z uśmiechem. – Czy pan by się mógł przyjaźnić z gringami? Mamy bardzo niewiele wspólnego z tymi prostakami, don Cayo.
Nie odpowiedział. Paląc papierosa czekał, aż don Fermín wyciągnie rękę do talerzyka z orzeszkami, podniesie do ust szklankę z ginem, wypije, osuszy wargi serwetką i spojrzy mu w oczy.
– Naprawdę pan nie chce tych akcji? – zobaczył, jak Bermudez odwraca wzrok i bardzo uważnie przygląda się stojącemu naprzeciwko pustemu krzesłu. – Oni nalegają, żebym pana przekonał, don Cayo. I prawdę mówiąc, nie wiem, dlaczego pan by nie miał ich wziąć.
– Bo nie znam się na takich interesach – powiedział. – Już panu kiedyś mówiłem, że przez dwadzieścia lat mego życia zajmowałem się handlem i nie zawarłem ani jednej korzystnej transakcji.
– Akcje na okaziciela, najpewniejsze, gwarantujące dyskrecję – don Fermín uśmiechał się jak prawdziwy przyjaciel. – Można je będzie wkrótce sprzedać ze stuprocentowym zyskiem, jeśli pan nie zechce ich zatrzymać. Przecież pan chyba nie sądzi, że nie powinien pan ich przyjmować.
– Ja już od dawna nie wiem, co powinienem, a czego nie – uśmiechnął się Bermudez. – Wiem tylko, co mi wypada.
– Akcje nie obciążą ani o grosz budżetu państwa, tylko tych prostaków gringów – uśmiechnął się don Fermín. – Pan im wyświadcza przysługę, a więc jest całkiem logiczne, że oni to chcą wynagrodzić. Te akcje to dużo więcej niż sto tysięcy solów gotówką, don Cayo.
– A ja jestem skromny, wystarczy mi sto tysięcy solów – uśmiechnął się znowu i urwał, bo atak kaszlu nie pozwolił mu mówić. – Niech dadzą akcje ministrowi Rozwoju Gospodarczego, to człowiek interesu. Ja biorę tylko brzęczącą monetę. Mój ojciec był lichwiarzem, proszę pana, i zawsze tak mówił. Jestem podobny do niego.