Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód
Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód

Электронная книга - «Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód». Краткое содержание книги:

Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód
1 ... 66 67 68 69 70 71 72 73 74 ... 173
Перейти на страницу:

La­skol­nyk kon­ty­nu­ował.

– Przez na­stęp­ne dzie­sięć lat ba­wi­łem się w sto­li­cy jak je­den z Rady Pierw­szych. Zdo­by­łem so­jusz­ni­ków w in­try­gach, na­ba­wi­łem się wro­gów, któ­rzy wy­da­li­by pół ma­jąt­ku, żeby mnie znisz­czyć. Ale do­pó­ki ar­mia sta­ła za mną mu­rem, a im­pe­ra­tor przyj­mo­wał mnie we dnie i w nocy, by­łem jak zbyt twar­dy orzech do zgry­zie­nia. I po­do­ba­ło mi się to. Wła­dza, upo­ka­rza­nie nie­przy­ja­ciół, na­gra­dza­nie lo­jal­nych lu­dzi, spoj­rze­nia i szep­ty, gdy sze­dłem ko­ry­ta­rza­mi ce­sar­skie­go pa­ła­cu. I my­śli – oto ja, bar­ba­rzyń­ca ze wschod­nich ste­pów, bę­kart nie­zna­ją­cy wła­sne­go ojca, kro­czę w je­dwa­biach i ak­sa­mi­tach po po­sadz­ce z ala­ba­stru, a wy trzy­maj­cie kar­ki ni­żej, su­cze syny – do­koń­czył przez za­ci­śnię­te zęby. – I sta­ło się tak, że ko­bie­ta, któ­ra kie­dyś ka­za­ła mi otruć ko­nie i któ­rej syna za to za­bi­łem, stra­ci­ła dwóch po­zo­sta­łych. Nie mia­łem z tym nic wspól­ne­go, tym ra­zem to nie była moja gra, ale gdy ostat­ni z jej sy­nów sko­nał, za­dźga­ny szty­le­ta­mi skry­to­bój­ców, spo­tka­ła mnie kie­dyś na ko­ry­ta­rzu i po­wie­dzia­ła: „Je­steś taki sam jak my. Wy­gra­li­śmy, ge­ne­ra­le La­skol­nyk”.

Ka­ile­an po­pa­trzy­ła po ota­cza­ją­cych ją twa­rzach. Wszy­scy wy­glą­da­li na za­fa­scy­no­wa­nych opo­wie­ścią do­wód­cy, jak­by sły­sze­li ją pierw­szy raz. Na­wet ci, któ­rzy jeź­dzi­li w jego cza­ar­da­nie od sa­me­go po­cząt­ku.

– Pa­mię­tam, że na te sło­wa sta­ną­łem jak wry­ty i przez dłuż­szą chwi­lę nie mo­głem się ru­szyć z miej­sca. Mam­ro­ta­nie sta­rej, zła­ma­nej ko­bie­ty w ża­łob­nej suk­ni, nie­le­d­wie osza­la­łej z bólu, nie po­win­no nic zna­czyć, ale po­czu­łem się, jak­by mnie ktoś sma­gnął ba­tem przez grzbiet. Pod­sze­dłem do naj­bliż­sze­go lu­stra i spoj­rza­łem w twarz ob­ce­mu. Gład­ko ogo­lo­ne­mu, z wło­sa­mi po­kry­ty­mi po­ma­dą i mod­nie ob­sy­pa­ny­mi zło­tym py­łem, w ak­sa­mit­nym ku­bra­ku i ha­fto­wa­nej, je­dwab­nej pe­le­ryn­ce. Ob­ce­mu, któ­re­go nie po­zna­wa­łem. Oczy miał jak ka­wał­ki szkła, twar­de, bez­na­mięt­ne i zim­ne; były to oczy ko­goś, komu nie po­wie­rzył­bym obe­rżnię­te­go orga. Przede mną stał je­den z tych, któ­ry­mi kie­dyś gar­dzi­łem – in­try­gant i dwo­rak. Więc praw­da jest taka, że nie ucie­kłem ze sto­li­cy przed in­try­ga­mi, któ­re prze­ciw mnie snu­to, lecz przed tymi, któ­rych ja sam by­łem twór­cą. Ucie­kłem przed ob­cym w lu­strze.

Kha-dar po­chy­lił gło­wę, przy­mknął oczy. Przez chwi­lę wy­glą­da­ło na to, że już się nie ode­zwie.

– Do­koń­czę póź­niej, je­śli po­zwo­li­cie. Ja otwo­rzy­łem i ja za­mknę spo­wiedź pło­mie­niom.

* * *

Most wy­glą­dał tak jak więk­szość me­ekhań­skich mo­stów. Miał sze­ro­kość rów­ną sze­ro­ko­ści dro­gi, czte­ry przę­sła i wy­so­kie na pięć stóp ba­rier­ki. Wła­ści­wie każ­dy most, któ­ry mi­ja­li po dro­dze, wy­glą­dał nie­mal tak samo, róż­ni­ły się co naj­wy­żej licz­bą przę­seł – naj­dłuż­szy miał ich osiem­na­ście. Blo­ki na ten most mo­gły zo­stać wy­do­by­te i ob­ro­bio­ne w ka­mie­nio­ło­mie od­le­głym o set­ki mil, po czym prze­wie­zio­no je na miej­sce i zło­żo­no. Gdy­by za­szła po­trze­ba, moż­na by ich użyć do bu­do­wy iden­tycz­ne­go mo­stu w do­wol­nej czę­ści Me­ekha­nu. Im­pe­rial­ni bu­dow­ni­czo­wie już daw­no do­szli do wnio­sku, że ujed­no­li­ce­nie kon­struk­cji to pod­sta­wa suk­ce­su.

– No do­bra, kto zje­dzie ze mną do rze­ki?

– Na­zy­wasz to rze­ką, Ka­ile­an? Mogę z tego miej­sca na­si­kać na dru­gi brzeg. Po co w ogó­le bu­do­wa­li tu most?

Ko­ci­mięt­ka miał ra­cję. Ma­la­wa pły­nę­ła, a ra­czej są­czy­ła się dnem płyt­kiej niec­ki. Pew­nie da­ło­by się prze­je­chać ko­niem na dru­gi brzeg, nie mo­cząc na­wet zwie­rzę­ciu brzu­cha. Stru­ga mia­ła ja­kieś dwa­dzie­ścia kro­ków sze­ro­ko­ści i tyl­ko jed­no przę­sło mo­stu tkwi­ło w rzecz­ce, po­zo­sta­łe sta­ły na su­chym lą­dzie. Do tego po­dej­ście do wody było sze­ro­kie i wy­god­ne, a co naj­waż­niej­sze, wy­glą­da­ło też na bez­piecz­ne. Wy­sy­pa­ny oto­cza­ka­mi brzeg gwa­ran­to­wał, że zwie­rzę­ta nie za­pad­ną się w błoc­ku. Da­ghe­na po­kle­pa­ła ko­nia po szyi.

– Wi­docz­nie miej­sco­wym wstyd było się przy­znać, że mają w oko­li­cy nie­do­ro­bio­ny stru­mień, więc prze­ku­pi­li ja­kie­goś kar­to­gra­fa, któ­ry na­zwał to coś rze­ką. Je­śli Va­le­ner jest ta­kim mia­stem jak Ma­la­wa rze­ką, to za­sta­nie­my tam trzy le­pian­ki i kur­nik, praw­da, Ka­ile­an?

– Nie je­dzie­my do Va­le­ner. Mamy cze­kać na resz­tę przy zjeź­dzie w stro­nę gór i tam się za­trzy­ma­my. A te­raz za­da­nie. Spójrz na przę­sło po pra­wej.

– Pa­trzę, i co?

– Na pod­sta­wę.

– Pa­trzę na pod­sta­wę. I co?

– A te­raz prze­suń wzrok wy­żej i po­wiedz mi, na ja­kiej wy­so­ko­ści ury­wa­ją się śla­dy po wo­do­ro­stach i in­nym ro­sną­cym w wo­dzie ziel­sku.

Cała czwór­ka mil­cza­ła chwi­lę.

– O żeż ty... – Ko­ci­mięt­ka spoj­rzał na rzecz­kę, po­tem na most i znów na rzecz­kę. – Aż tak wy­so­ko? Ile to bę­dzie? Dzie­sięć, dwa­na­ście stóp?

Mach­nę­ła ręką.

– Co naj­mniej pięt­na­ście. Gdy wresz­cie w gó­rach pusz­czą śnie­gi, cała ta woda po­pły­nie tędy. Wi­dzia­łam na wła­sne oczy, jak ma­leń­ka stru­ga w go­dzi­nę zmie­nia się w po­tok, a w dwie w rze­kę i za­bie­ra lu­dziom do­by­tek ca­łe­go ży­cia. Za kil­ka, kil­ka­na­ście dni ca­łym ko­ry­tem bę­dzie rwa­ła woda. I to tak, że jak ktoś w nią wpad­nie, to nurt za­nie­sie go hen, do mo­rza. Nie śmiej­cie się z tu­tej­szych rze­czek, bo to pod­stęp­ne i dzi­kie be­stie.

Wpa­try­wa­li się w le­ni­wą struż­kę.

– Le­piej żeby te śnie­gi wresz­cie za­czę­ły top­nieć, bo ina­czej może za­brak­nąć wody w dole rze­ki – stwier­dził wresz­cie Jan­ne. – Gdzie ma być zjazd do Keh­lo­ren?

– Milę stąd.

– Jedź­my już.

Mi­nę­li most. Pod­je­cha­ła do niej Da­ghe­na i szturch­nę­ła ją w bok.

– Ja­kieś wspo­mnie­nia, Ka­ile­an? Od trzech dni pra­wie w ogó­le się nie od­zy­wasz.

Za­sta­no­wi­ła się. Wła­ści­wie po­win­na coś czuć, od­na­leźć w so­bie ja­kieś wspo­mnie­nia albo cho­ciaż ich ślad. A tu nic. Ole­ka­dy za­pi­sa­ły się w jej pa­mię­ci bar­dzo płyt­ko, mimo że spę­dzi­ła tu po­nad pół ży­cia. Góry nie wro­sły w nią, nie wy­ry­ły śla­du w ko­ściach ani ser­cu. Może dla­te­go, że jej ro­dzi­na osie­dli­ła się tu le­d­wo dwa po­ko­le­nia temu, szu­ka­jąc lep­sze­go ży­cia, a znaj­du­jąc tyl­ko ha­rów­kę od świ­tu do nocy na ka­wał­ku grun­tu dzier­ża­wio­ne­go od miej­sco­we­go ba­ro­na. Pa­mię­ta­ła opo­wie­ści ojca o po­cząt­kach go­spo­da­ro­wa­nia. Zie­mia była tak kiep­ska, że na­wet kozy nie zdo­ła­ły się na niej wy­ży­wić. Mimo to spró­bo­wa­li. Wy­rwa­li ka­mie­nie z pola, za­sa­dzi­li kil­ka­dzie­siąt ni­skich, od­por­nych na mro­zy ja­bło­ni, spro­wa­dzi­li małe stad­ko kóz i owiec.

1 ... 66 67 68 69 70 71 72 73 74 ... 173
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)