Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #2
- Год: 2010
- Язык: польский
- Год: Powergraph
- ISBN: 9788361187165
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód». Краткое содержание книги:
Laskolnyk kontynuował.
– Przez następne dziesięć lat bawiłem się w stolicy jak jeden z Rady Pierwszych. Zdobyłem sojuszników w intrygach, nabawiłem się wrogów, którzy wydaliby pół majątku, żeby mnie zniszczyć. Ale dopóki armia stała za mną murem, a imperator przyjmował mnie we dnie i w nocy, byłem jak zbyt twardy orzech do zgryzienia. I podobało mi się to. Władza, upokarzanie nieprzyjaciół, nagradzanie lojalnych ludzi, spojrzenia i szepty, gdy szedłem korytarzami cesarskiego pałacu. I myśli – oto ja, barbarzyńca ze wschodnich stepów, bękart nieznający własnego ojca, kroczę w jedwabiach i aksamitach po posadzce z alabastru, a wy trzymajcie karki niżej, sucze syny – dokończył przez zaciśnięte zęby. – I stało się tak, że kobieta, która kiedyś kazała mi otruć konie i której syna za to zabiłem, straciła dwóch pozostałych. Nie miałem z tym nic wspólnego, tym razem to nie była moja gra, ale gdy ostatni z jej synów skonał, zadźgany sztyletami skrytobójców, spotkała mnie kiedyś na korytarzu i powiedziała: „Jesteś taki sam jak my. Wygraliśmy, generale Laskolnyk”.
Kailean popatrzyła po otaczających ją twarzach. Wszyscy wyglądali na zafascynowanych opowieścią dowódcy, jakby słyszeli ją pierwszy raz. Nawet ci, którzy jeździli w jego czaardanie od samego początku.
– Pamiętam, że na te słowa stanąłem jak wryty i przez dłuższą chwilę nie mogłem się ruszyć z miejsca. Mamrotanie starej, złamanej kobiety w żałobnej sukni, nieledwie oszalałej z bólu, nie powinno nic znaczyć, ale poczułem się, jakby mnie ktoś smagnął batem przez grzbiet. Podszedłem do najbliższego lustra i spojrzałem w twarz obcemu. Gładko ogolonemu, z włosami pokrytymi pomadą i modnie obsypanymi złotym pyłem, w aksamitnym kubraku i haftowanej, jedwabnej pelerynce. Obcemu, którego nie poznawałem. Oczy miał jak kawałki szkła, twarde, beznamiętne i zimne; były to oczy kogoś, komu nie powierzyłbym oberżniętego orga. Przede mną stał jeden z tych, którymi kiedyś gardziłem – intrygant i dworak. Więc prawda jest taka, że nie uciekłem ze stolicy przed intrygami, które przeciw mnie snuto, lecz przed tymi, których ja sam byłem twórcą. Uciekłem przed obcym w lustrze.
Kha-dar pochylił głowę, przymknął oczy. Przez chwilę wyglądało na to, że już się nie odezwie.
– Dokończę później, jeśli pozwolicie. Ja otworzyłem i ja zamknę spowiedź płomieniom.
* * *
Most wyglądał tak jak większość meekhańskich mostów. Miał szerokość równą szerokości drogi, cztery przęsła i wysokie na pięć stóp barierki. Właściwie każdy most, który mijali po drodze, wyglądał niemal tak samo, różniły się co najwyżej liczbą przęseł – najdłuższy miał ich osiemnaście. Bloki na ten most mogły zostać wydobyte i obrobione w kamieniołomie odległym o setki mil, po czym przewieziono je na miejsce i złożono. Gdyby zaszła potrzeba, można by ich użyć do budowy identycznego mostu w dowolnej części Meekhanu. Imperialni budowniczowie już dawno doszli do wniosku, że ujednolicenie konstrukcji to podstawa sukcesu.
– No dobra, kto zjedzie ze mną do rzeki?
– Nazywasz to rzeką, Kailean? Mogę z tego miejsca nasikać na drugi brzeg. Po co w ogóle budowali tu most?
Kocimiętka miał rację. Malawa płynęła, a raczej sączyła się dnem płytkiej niecki. Pewnie dałoby się przejechać koniem na drugi brzeg, nie mocząc nawet zwierzęciu brzucha. Struga miała jakieś dwadzieścia kroków szerokości i tylko jedno przęsło mostu tkwiło w rzeczce, pozostałe stały na suchym lądzie. Do tego podejście do wody było szerokie i wygodne, a co najważniejsze, wyglądało też na bezpieczne. Wysypany otoczakami brzeg gwarantował, że zwierzęta nie zapadną się w błocku. Daghena poklepała konia po szyi.
– Widocznie miejscowym wstyd było się przyznać, że mają w okolicy niedorobiony strumień, więc przekupili jakiegoś kartografa, który nazwał to coś rzeką. Jeśli Valener jest takim miastem jak Malawa rzeką, to zastaniemy tam trzy lepianki i kurnik, prawda, Kailean?
– Nie jedziemy do Valener. Mamy czekać na resztę przy zjeździe w stronę gór i tam się zatrzymamy. A teraz zadanie. Spójrz na przęsło po prawej.
– Patrzę, i co?
– Na podstawę.
– Patrzę na podstawę. I co?
– A teraz przesuń wzrok wyżej i powiedz mi, na jakiej wysokości urywają się ślady po wodorostach i innym rosnącym w wodzie zielsku.
Cała czwórka milczała chwilę.
– O żeż ty... – Kocimiętka spojrzał na rzeczkę, potem na most i znów na rzeczkę. – Aż tak wysoko? Ile to będzie? Dziesięć, dwanaście stóp?
Machnęła ręką.
– Co najmniej piętnaście. Gdy wreszcie w górach puszczą śniegi, cała ta woda popłynie tędy. Widziałam na własne oczy, jak maleńka struga w godzinę zmienia się w potok, a w dwie w rzekę i zabiera ludziom dobytek całego życia. Za kilka, kilkanaście dni całym korytem będzie rwała woda. I to tak, że jak ktoś w nią wpadnie, to nurt zaniesie go hen, do morza. Nie śmiejcie się z tutejszych rzeczek, bo to podstępne i dzikie bestie.
Wpatrywali się w leniwą strużkę.
– Lepiej żeby te śniegi wreszcie zaczęły topnieć, bo inaczej może zabraknąć wody w dole rzeki – stwierdził wreszcie Janne. – Gdzie ma być zjazd do Kehloren?
– Milę stąd.
– Jedźmy już.
Minęli most. Podjechała do niej Daghena i szturchnęła ją w bok.
– Jakieś wspomnienia, Kailean? Od trzech dni prawie w ogóle się nie odzywasz.
Zastanowiła się. Właściwie powinna coś czuć, odnaleźć w sobie jakieś wspomnienia albo chociaż ich ślad. A tu nic. Olekady zapisały się w jej pamięci bardzo płytko, mimo że spędziła tu ponad pół życia. Góry nie wrosły w nią, nie wyryły śladu w kościach ani sercu. Może dlatego, że jej rodzina osiedliła się tu ledwo dwa pokolenia temu, szukając lepszego życia, a znajdując tylko harówkę od świtu do nocy na kawałku gruntu dzierżawionego od miejscowego barona. Pamiętała opowieści ojca o początkach gospodarowania. Ziemia była tak kiepska, że nawet kozy nie zdołały się na niej wyżywić. Mimo to spróbowali. Wyrwali kamienie z pola, zasadzili kilkadziesiąt niskich, odpornych na mrozy jabłoni, sprowadzili małe stadko kóz i owiec.