Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Niebo ze stali. Opowieści z meekhańskiego pogranicza
Niebo ze stali. Opowieści z meekhańskiego pogranicza - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Niebo ze stali. Opowieści z meekhańskiego pogranicza

Электронная книга - «Niebo ze stali. Opowieści z meekhańskiego pogranicza». Краткое содержание книги:

Niebo ze stali. Opowieści z meekhańskiego pogranicza
1 ... 66 67 68 69 70 71 72 73 74 ... 152
Перейти на страницу:

Czternastu, tylko tylu jeźdźców z czaardanu Laskolnyka towarzyszyło Wozakom w wędrówce na północ, resztę generał zatrzymał przy sobie. Na odchodnym odciągnął go na bok i powiedział: „Pilnuj ich, Sarden. Ty, Daghena, Lea, Janne i Kailean jedziecie, bo macie talenty, które mogą wam się tam przydać, ale nie pozwól, by coś im się stało. Trzymajcie się razem w miarę możliwości”.

W miarę możliwości, psiakrew.

Nawet kha-dar, mimo swoich strategicznych talentów, nie wyobrażał sobie, jak będzie wyglądała wędrówka Wozaków. Liczący prawie trzysta mil marsz na północ, przesączanie się przez górskie drogi pod twierdzę i wreszcie przebijanie się przez najdziksze rejony Olekadów. Kocimiętce udało się doprowadzić tylko do tego, że razem z Dag, Leą i Kailean jechali na czele pierwszej karawany, reszta, po dwóch, trzech jeźdźców, towarzyszyła następnym czterem. Mieli przepatrywać drogę i pełnić rolę gońców, gdyby wozy natknęły się na jakieś przeszkody. W końcu taka była wola Rady Obozów, która im płaciła.

A teraz w wyprawie na południe towarzyszyli mu Niiar, Landeh, Lea, Veria i Janne. Reszta, czyli druga szóstka, jeszcze nie przeszła przez góry, a Kailean i Daghena bawiły się gdzieś w jakieś gierki Szczurów. Ot, cała prawda o planach i strategiach – w każdej chwili mogą wziąć w łeb.

Wjechali na lekkie wzniesienie. Stanął w strzemionach i rozejrzał się. W tym miejscu Wyżyna Lytherańska była chyba jeszcze bardziej płaska niż stepy, które znał, takie wzniesienia stanowiły rzadkość, ale mimo że nie było ono zbyt imponujące, miał teraz widok na kilkanaście mil wokół. Płasko, płasko, płasko, jakaś rzeczka na wschodzie, ściana gór na zachodzie, i to już wszystko. Trawa dopiero przebijała się na powierzchnię gruntu, nie było żadnych zarośli, krzewów czy chaszczy, w których dałoby się ukryć. Nie będzie niespodzianek, jeźdźców wyskakujących znienacka, by posłać kilka strzał i umknąć, czy zamaskowanych dołów, w których konie łamią nogi. Dla armii rydwanów to dobra wiadomość.

Bo, co musiał niechętnie przyznać, Verdanno spisali się znakomicie, w jeden dzień przerzucili przez góry pięć tysięcy rydwanów i trzynaście tysięcy wojowników. I nie była to dzika horda, tylko prawdziwa armia, podzielona na oddziały, oznaczone kolorami burt i powiewającymi na wysokich tyczkach chorągiewkami, dowodzona przez wyznaczonych do tego ludzi, słuchająca rozkazów. Gdy tak pędzili przez równinę, sprawiali wrażenie, że nic nie zdoła ich zatrzymać.

Ale to wrażenie mogło być dość szybko zweryfikowane. Do cholery, on sam był kawalerzystą i oficerem, a choć przez lata w czaardanie zdążył już odwyknąć od wojskowej dyscypliny i myślenia o taktyce w skali większej niż trzydzieści koni, to teraz, gdy szli do bitwy, stare nawyki zaskakująco łatwo powróciły. Gdyby był na miejscu Syna Wojny i chciał opóźnić wozackie rydwany, posłałby przeciw nim jakiś tysiąc, może dwa tysiące jeźdźców, samych konnych łuczników na śmigłych, szybkich wierzchowcach, i zacząłby szarpać błyskawicznymi atakami. Nagła szarża, zasypanie przeciwnika strzałami i odwrót. Nie rozbije to armii tej wielkości, ale wprowadzi zamieszanie i ją spowolni. Atak na skrzydła i ucieczka, atak i ucieczka. Nie pozwolić się otoczyć, nie przyjąć frontalnego natarcia, trzymać dystans stu, stu pięćdziesięciu jardów, i szyć, bez przerwy szyć strzałami. Pocisk wypuszczony z takiej odległości nie zabije konia, zwłaszcza że wiele z nich chroniły pikowane pancerze, ale może go zranić. A ranne zwierzę będzie się płoszyć, krwawić i słabnąć.

To była taktyka drapieżców – zmęczyć przeciwnika jak wataha wilków męczy stado stepowych bawołów, dopóki nie rozciągnie się ono na całej długości, a słabsze, poranione sztuki nie zaczną odstawać. Bo po kilku godzinach takiej zabawy Wozacy też zaczęliby tracić rydwany, poranione konie zwalniałyby i zostawały w tyle. A Awe’aweroh Mantoru, dowodzący tą ekspedycją, miałby wtedy do wyboru dwie drogi – albo dostosować tempo do osłabionych zaprzęgów, oddając inicjatywę w ręce koczowników, albo porzucić je, jak stado bawołów porzuca sztuki skazane na śmierć. Tak czy inaczej koczownicy coś by na tym zyskali.

– Janne?

Jasnowłosy chłopak skinął głową i przymknął oczy. Wysoko nad nimi krążył stepowy sokół, jeden z pierwszych, które pojawiły się w okolicy po zimie, a który teraz użyczał swoich oczu ptasznikowi. W końcu żadne wzniesienie nie zastąpi takiego pomocnika.

Po dłuższej chwili Janne wypuścił powietrze, sapnął i zmarszczył brwi.

– Nic. To znaczy są tam – wskazał na południe – jakieś pięćdziesiąt, może więcej mil przed nami, widać ciemną plamę, ale między nimi a nami nie ma nic. Nawet małego podjazdu. Chyba że nauczyli się ryć tunele w ziemi.

Cała szóstka popatrzyła po sobie. Tak było od samego ranka, odkąd wyruszyli z rosnącego wokół rampy obozu, żadnych ruchów koczowników, żadnych zagonów, brak nawet pojedynczych jeźdźców. Tylko olbrzymi obóz gdzieś tam przed nimi. A przecież niemożliwe było, by Kyh Danu Kredo, prowadzący na północ swoje plemiona, nie wiedział, co się dzieje. To jego a’keer zaatakował śpiących u podnóża rampy budowniczych, a ci, którzy uszli z potyczki, mieli cały dzień i całą noc, by dotrzeć do sił głównych.

Na to wspomnienie Kocimiętka znów zgrzytnął zębami. Żeby był tam wtedy cały ich czaardan, poszliby za poszarpanym podjazdem i wyłapali albo wybili koczowników do nogi. Ślady, które rankiem zbadali, wskazywały, że udało się uciec nie więcej jak dwudziestu jeźdźcom, z czego część była ranna. Daliby radę ich dopaść i wtedy bierność Syna Wojny można by tłumaczyć tym, że nie wie on jeszcze o powstaniu rampy i przechodzeniu Verdanno przez góry. A co najważniejsze, że nie wie, że Verdanno już wiedzą o tym, że nadciąga.

Wzgórze oblała kolorowa fala. Tak to wyglądało ze szczytu. Tysiące rydwanów, tysiące powiewających na wietrze chorągiewek, burty i końskie pancerze ozdobione różnymi barwami. Karne kolumny średnio po dwadzieścia pojazdów, oddzielone przerwami szerokości dziesięciu jardów. Wyraźne Strugi, Strumienie i Fale, oddziały odpowiednio po dwadzieścia, dwieście i sześćset wozów, łatwo dające się zidentyfikować – lekkie, dwuosobowe, i ciężkie, trzyosobowe rydwany. Wszystko pięknie i równo jak na paradzie. Cokolwiek by mówić o Verdanno, dwadzieścia lat w nieruchomych obozach nie pozbawiło ich umiejętności powożenia.

Kocimiętka nie lekceważył całkowicie rydwanów. Niiar, Janne, Landeh, on sam wreszcie, dali się wcześniej namówić na przejażdżkę w towarzystwie woźnicy i łucznika. Z ciekawości, żeby zobaczyć, co naprawdę potrafią Wozacy. Ćwiczenia w dolinie pod zamkiem wypadały całkiem przekonująco, dobry strzelec z dwustu jardów trafiał w słomianą sylwetkę jeźdźca na koniu, dobry woźnica kierując jedną ręką zaprzęgiem, drugą potrafił rzucić celnie dziryt na połowę tej odległości. Wszystko w pełnym cwale.

Verdanno używali przywiezionego ze Wschodu miotacza dzirytów w kształcie długiego na dwie stopy, wydrążonego kawałka twardego drewna ze stopką na podstawę pocisku. Uśmieszki zeszły kilku kpiarzom z ust, gdy jeden z Wozaków posłał opierzony pocisk na prawie dwieście jardów. Co prawda z lekkiego rozbiegu, ale odległość i tak była imponująca. Łuki i kusze górowały celnością i zasięgiem, lecz ta prosta broń miała nad nimi podstawową przewagę. Można było się nią posługiwać jedną ręką, co pozwalało woźnicy walczyć skutecznie na dystans. Załoga najczęściej nosiła kolczugi lub skórzane pancerze obszyte wieloma warstwami płótna i stalowe hełmy, a w walce oprócz łuków i dzirytów używała szabel, toporów, czasem długich, prostych mieczy. A w rydwanie trzyosobowym oprócz łucznika i woźnicy znajdował się też wojownik uzbrojony w wielką tarczę, dwunastostopową włócznię i pełny ekwipunek ciężkiego piechura, łącznie z kuszą. Kocimiętka obserwował ich, jak ćwiczyli wskakiwanie i zeskakiwanie z pojazdów zatrzymujących się ledwo na chwilę, i miał dziwne przeczucie. Możliwość postawienia muru z tarcz na drodze atakującej jazdy z pewnością była ciekawa, ale Wozacy to nie ćwiczona do obłędu meekhańska piechota, która potrafiła manewrować na polu bitwy nawet w obliczu nacierającego wroga. Na co oni, do ciężkiej cholery, liczyli?

1 ... 66 67 68 69 70 71 72 73 74 ... 152
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)