Każde martwe marzenie
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #5
- Год: 2018
- Язык: польский
- Год: Powergraph
- ISBN: 9788364384868
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Każde martwe marzenie». Краткое содержание книги:
Chcieli go zabić, a to ona zdecydowała, że przyłączą się do Dwu Palców i jego towarzyszy, więc śmierć chłopca spadnie na nią, i jednocześnie uczyni z niej najbardziej bezradną osobę w tej osadzie. Zdaną na łaskę i niełaskę każdego czwororękiego vaihira.
Bo, o czym dobrze pamiętała, z ich dwójki vaihirowie bali się tylko Kocyka. Bali się jej kanaloo.
Bo tym właśnie był, mogła postawić na to własne życie.
Wpatrywała się w rdzawy kamień pod swoimi stopami, słuchając, jak czwororęcy gromadzą się wokół kręgu. W tym miejscu Kocyk miał umrzeć i w tym miejscu ona miała rzucić wyzwanie plemieniu Trzydziestu Dłoni. Jest Verdanno, nie okaże strachu obcym, nie da im satysfakcji. Może i musi zadzierać głowę, by spojrzeć im w twarze, ale to nie znaczy, że pozwoli im patrzeć na siebie z góry.
Uśmiechnęła się i uniosła wzrok.
Otaczali ją kręgiem kamiennych twarzy-pysków, jasnych oczu, w głębi których błyszczała świadomość własnej siły. Większość założyła jedną parę rąk na piersi, drugą opierając na rękojeściach broni, ale był to tak naturalny gest, że nie mogła go wziąć za próbę zastraszenia. Zresztą, kogo chcieliby nastraszyć? Dziecko, które sięga każdemu z nich do pasa?
Krąg vaihirów pękł i wprowadzono Kocyka, a Key’lą szarpnął gniew. Chłopcu założono żelazną obrożę, do której przymocowano długi na kilkanaście stóp drąg. Czwororęki, który go trzymał, nawet nie próbował udawać, że jest delikatny, spod obręczy spływały strużki krwi, a Kocyk szedł, na zmianę ciągnięty i popychany, jakby był zwierzęciem na targu. Rozglądał się wokół zdumionym, bezradnym wzrokiem małego dziecka.
Bardziej od tego wzroku ścisnął ją w piersi uśmiech, który rozkwitł na jego twarzy, gdy tylko ją zauważył.
Wykonała gest w anaho’la, którego nauczyła go rozpoznawać: „Wszystko dobrze. Wszystko jest w porządku”.
Jak widać, kłamać można w każdym języku.
Jakby na potwierdzenie tej prawdy prowadzący chłopca wojownik szarpnął brutalnie drągiem, prawie przewracając więźnia.
Uśmiechnęła się szerzej, prowokacyjnie, i powiedziała głośno:
— Sauri-noi rwe. Omanaweri tuaru, omanaweri kage malone.
Key’la ćwiczyła te słowa tylko godzinę lub dwie, pod okiem Ust Ziemi, lecz doskonale znała ich wagę. Były niczym pochodnia ciśnięta za plecy po przejściu przez most. Dopóki nie padły, vaihirowie mogli traktować ją jak kogoś pomiędzy niechętnie przyjmowanym gościem a zwierzątkiem, nad którym się zlitowano i pozwolono mu żyć. Ale gdy powiedziała: „Jestem Słaba Jedna. Domagam się głosu, domagam się sprawiedliwości”, rzuciła plemieniu wyzwanie.
Dwa Palce ostrzegł ją, że zabierać głos na wiecach mogą tylko ci, którzy mają po cztery ręce. Tak stanowiło prawo Trzydziestu Dłoni. Inaczej mówiąc, nie jesteś vaihirem, milcz. Nie wymienił kary za złamanie tego prawa, ale nie musiał. Dziewczynka sama wychowała się w świecie, którego fundament stanowiły niepisane zasady, im prostsze, tym bezwzględniej przestrzegane.
Dlatego ten, który wiódł Kocyka, zarzucił ją teraz gradem słów, wyciągając jednocześnie dolny prawy miecz, a w kręgu podniosły się groźne syknięcia. Wiedziała jednak, jak na to zareagować. Uniosła obie dłonie i zacisnęła je w pięści – gest oznaczający brak zgody na zabranie głosu przez innego vaihira. Zaskoczyła ich, gniewny jazgot umilkł na uderzenie serca, dość, by mogła powiedzieć:
— Omuli-rech rwai tuaru kome. Malone say’yu?
„Dwa Palce będzie moim głosem. Czy sprawiedliwość zamilknie?”.
Podkreśliła pytanie, opuszczając dłonie. Mowa ciała była u czwororękich równie ważna jak anaho’la u Wozaków.
Więcej nie potrafiła powiedzieć w miejscowym języku, zresztą, jak Usta Ziemi wyjaśniła jej w trakcie pospiesznej nauki, to i tak były najprostsze, najprymitywniejsze zwroty, które nie powinny być w ogóle używane w kręgu wiecowym, ale trudno. Jeśli nie zabiją jej po pierwszym zdaniu, powinni wysłuchać drugiego. A jeśli wysłuchają drugiego, to jest szansa, że Dwa Palce zostanie jej tłumaczem.
— A dlaczego on? — zapytała wtedy. — Dlaczego nie ty, skoro dużo lepiej mówisz w meekhu?
— Bo muszę zrobić to, co dla plemienia jest dobre, ale dopiero wtedy, gdy ono samo mnie o to poprosi. — Uśmieszek vaihirskiej kobiety był prawie psotny. — A Dwa Palce zna twój język lepiej, niż chce przyznać.
Towarzysz jej wędrówki wyszedł na środek, zjeżony jak młody ogier, którego pierwszy raz zaprzęgnięto do rydwanu. Błysnął jej tylko oczyma i opuściwszy dłonie na rękojeści swoich żelaznych maczug, stanął za dziewczynką. Zwalczyła pokusę, by oprzeć się o niego w poszukiwaniu poczucia bezpieczeństwa.
— Możesz mówić — zadudnił z góry. — Będę tłumaczył.
Zamiast tego Key’la wskazała na vaihira trzymającego chłopca na uwięzi.
— Niech on teraz mówi.
To też miała zaplanowane. Niech mówią ci, którzy czują największy gniew na Dobrych Panów, niech wyleją go z siebie od razu, aż emocje opadną.
Posypały się słowa i prawdę mówiąc, żeby je zrozumieć, nie potrzebowała tłumacza. To były słowa kamienie, słowa strzały, miały ranić i zabijać. Ale ich główny sens krył się w geście, jakim rozgniewany wojownik rozłożył na bok swoje cztery ręce. Szarpnięty gwałtownie Kocyk omal się nie przewrócił.
— Kawałek Żelaza twierdzi, że tylko ci, którzy…
Usta Ziemi była mądra i przygotowała jej odpowiedź i na ten zarzut.