Legion Videssos [The Legion of Videssos - pl]
- Автор: Тертлдав Гарри Норман
- Серия: Videssos (pl) #3
- Год: 1995
- Язык: польский
- Год: Amber
- ISBN: 83-7082-893-0
- Переводчик: Janusz Ochab
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Legion Videssos [The Legion of Videssos - pl]». Краткое содержание книги:
Na rozkazujące machnięcie Bogoraza jeden z jego żołnierzy położył przed khaganem pochwę z polerowanego brązu pokrytego emalią. Rzucając strażnikom wodza uspokajające spojrzenie, ambasador wyciągnął z pochwy szablę, by pokazać ją Arghunowi. Było to doskonałe, bogato zdobione arcydzieło sztuki płatnerskiej, od rękojeści wykładanej złotem po sam czubek lśniącego ostrza. Po kilku ceremonialnych machnięciach, Bogoraz schował ją z powrotem i oddał khaganowi.
Arghun wyciągnął ją sam, by sprawdzić jak jest wyważona, uśmiechnął się z prawdziwą przyjemnością, i przypiął do pasa. Także z uśmiechem na ustach, Bogoraz podarował podobne ostrza jego synom — różniły się tylko tym, że rękojeści wykładane były raczej srebrem niż złotem. Dizabul aż oblizał wargi odbierając swoją broń od Yezda — nawet Arigh bez wahania przypiął swoją.
Przez moment niemal zapomniani, Videssańczycy przyglądali się temu z przerażeniem. Skylitzes zgrzytnął zębami.
— Powinniśmy byli o tym pomyśleć.
— Tak — zgodził się ponuro Goudeles. — Ci barbarzyńcy z równin to dzikusy. Bardziej przekonuje ich kawałek naostrzonego metalu niż piękne szaty, podczas gdy nasi ludzie ceniliby je sobie tak samo.
Starając się jak zwykle wyciągać ogólne wnioski z przykładów, które podsuwało mu życie, Gor-gidas powiedział:
— Nie należy oceniać innych według swoich własnych kryteriów. My, Grecy, palimy naszych zmarłych, ale już w Indiach… — przerwał czerwieniąc się, gdy jego towarzysze wgapiali się w niego — Indie… i Grecja!… nic tutaj nie znaczyły.
Pokaz kosztownej broni Bogoraza ciągnął się dalej: sztylety z inkrustowanymi złotem scenami polowania na ostrzach, podwójnie wyginane łuki wzmocnione rogiem, wypolerowane i wywoskowane aż się iskrzyły, strzały z pachnącego drzewa cedrowego, zakończone mieniącymi się lokami z pawich piór, w kołczanach ze skóry węża, spiczaste hełmy ozdabiane klejnotami…
Dizabul przypinał wszystko, co podawał mu Yezda. Gdy Bogoraz wreszcie skończył, młody książę wyglądał jak chodząca zbrojownia. Pieszcząc rękojeść nowego miecza, odwrócił się i przemówił do ojca. Jego głos był donośny i wyraźny — najwidoczniej chciał tego. Bogoraz rzucił Vi-dessańczykom zadowolony, szyderczy uśmiech.
Skylitzes, z drugiej strony, zaciskał szczęki mocniej niż kiedykolwiek. Zgrzytając zębami przetłumaczył:
— Szczeniak chciałby nas wyrzucić już teraz albo jeszcze lepiej podziurawić swoimi nowymi zabawkami. Mówi o nas „ci nic nie warci kramarze, których przyprowadził Arigh”.
Starszy syn Arghuna najeżył się i chciał dać Dizabulowi godną odpowiedź, ale khagan zbeształ ich obu. Dizabul powiedział coś jeszcze, ale zamilkł, gdy Arghun zaczął podnosić się z tronu.
Uspokajając się, Arghun odwrócił się z powrotem do Bogoraza, który udawał, że nic nie widzi. Skrzydła opadły nieco ambasadorowi Yezd, gdy Arghun odprawił go równie szybko jak Goudelesa.
— Mówi, że prezenty są wspaniałe — przekładał Skylitzes — ale każde przymierze wymaga głębszego namysłu. — Videssański oficer zdawał się nie wierzyć w to, co usłyszał.
— On naprawdę jest mądrym wodzem — powiedział Gorgidas.
— Rzeczywiście jest bystry. Wykorzystał do końca obie strony. — Goudeles mówił z taką samą ulgą jak Skylitzes. — No cóż, jego zysk, a szanse ciągle równe.
Viridoviks zsiadł z konia bez gracji, ale za to z głośnym westchnieniem ulgi. Ciężkie dni spędzone w siodle były dla niego udręką — był cały obolały i sztywny. Setny raz podziwiał wytrzymałość koczowników. Kiedy już wsiedli na konie, zdawali się być… Jakież to greckie słowo nazywało półkonia, półczłowieka? Nie mogąc sobie przypomnieć, zaklął pod nosem.
Powietrze nie pomagało mu w takich ulotnych rozmyślaniach. Było gęste i ciężkie od duszącego odoru śmierci. Targitaus przyglądał mu się krzywo, gdy Gal przechadzał się dokoła, starając się przywrócić do życia łydki i stopy.
— Jeszcze jedna taka przejażdżka i będę miał nogi tak pokrzywione jak wy. — Nie znając słowa „pokrzywione”, zatoczył ręką szeroki łuk.
Nie udało mu się jednak rozbawić wodza nomadów, który powiedział:
— Zachowaj swoje dowcipy dla kobiet. Tu nie ma się z czego śmiać.
Viridoviks zaczerwienił się, ale Targitaus tego nie zauważył. Patrzył na straszliwe widowisko, które rozpościerało się przed nimi — efekt niedawnej rzezi.
To miejsce musiało wyglądać o wiele gorzej tydzień temu, kiedy odnaleźli je jego pasterze, jeszcze świeże. Jednak nawet to, co pozostało po uczcie sepów, było wystarczająco przerażające. Pięćdziesiąt sztuk bydła zostało odciągniętych od stada, a potem… co? „Zarżnięte” było zbyt łagodnym określeniem dla tej masakry.
Ziemia wciąż była ciemna od krwi, która wsączyła się w nią, gdy przecinano krowom gardła. Już sam fakt, że je zabito, świadczył o tym, iż nie była to zwyczajna kradzież. Bydło można wypasać i kraść, ale nie likwidować. Step był zbyt surowy, by można było pozwolić sobie na bezmyślne zabijanie. Nawet w czasie wojny zwycięzcy po prostu zabierali stada pokonanych nieprzyjaciół. Bydło, czy też jego brak, mogło być przyczyną wojny, ale nie jej celem.
Nie tutaj i nie teraz. Te zwierzęta, rozciągnięte dokoła w śmiertelnych pozach, tworzyły obraz bardziej żałosny od widoku żołnierzy poległych na polu bitwy. Zwierzęta nie wybierają sobie losu i nie mają szans, by go odmienić. A tutaj los był szczególnie okrutny, złośliwie okrutny. Głębokie nacięcia w ciałach bydląt zatarto ziemią, by zepsuć mięso. Skóra była nie tylko pocięta, ale i posmarowana jakimś żrącym środkiem, który także i ją czynił bezwartościową. Klan Targitausa nie był w stanie ocalić niczego, nawet gdyby odkryto zwierzęta godzinę po ich śmierci.
Syn wodza, Batbaian, przechodził od jednej zmasakrowanej krowy do następnej, kręcąc głową, skubiąc się po brodzie i próbując zrozumieć to czego był świadkiem — bez powodzenia. Odwrócił się bezradnie do ojca.
— Muszą być szaleni jak wściekłe psy, żeby zrobić coś takiego! — wybuchnął. Wódz klanu odpowiedział smutno:
— Chciałbym, żeby to była prawda, chłopcze, ale zdaje się, że Varatesh chce mnie na swój sposób nastraszyć i ukarać za to, że przygarnąłem tego cudzoziemca. — Głową wskazał na Viridovik-sa.
Barbarzyństwo, które tu widział, przywodziło Galowi na myśl wspomnienie ciała leżącego pod murami Videssos, kiedy legioniści pomagali Thorisinowi Gavrasowi przy oblężeniu. Oprócz śladów wielu innych tortur, zbezczeszczone ciało biednego Doukitzesa nosiło wycięte na czole imię: Rha-vas. Jak łatwo było się domyślić, wystarczyło przestawić litery by odsłonić nazwisko zabójcy.
— Według mnie, to robota Avshara — powiedział. — Próbowałem was przed nim ostrzec, ale kiepsko mi szło. Jasne, że to nie wasza wina, boście nigdy nie widzieli jego zabaw. Ale teraz słuchajcie, to zrozumiecie, co to za przyjemniaczek.
Posługując się khamorthckim najlepiej jak potrafił, a tam, gdzie nie mógł sobie poradzić, przechodząc na videssański, opowiedział im o Doukitzesie i o wiele więcej — o pojedynku czarodzieja ze Skaurusem, kiedy Rzymianie po raz pierwszy przybyli do stolicy, o Maragha i o tym, co działo się po bitwie, kiedy głowa Mavrikiosa Gavrasa wtoczyła się do obozu legionistów, o Wielkim Sądzie w mieście Videssos, i o tym, jak czary Avshara uczyniły najgorszych spośród jego sługusów odpornymi na stal.
Okrucieństwo i wyuzdanie tej ostatniej opowieści wstrząsnęły nomadami.
— Używał swoich czarów na kobiecie, powiadasz? — zażądał potwierdzenia Targitaus, jakby nie dowierzał własnym uszom.