Wydziedziczeni [The Dispossessed - pl]
- Автор: Гуин Урсула К. Ле
- Год: 1993
- Язык: польский
- Год: Phantom Press International
- ISBN: 83-7075-502-X
- Переводчик: Lukasz Nicpan
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Wydziedziczeni [The Dispossessed - pl]». Краткое содержание книги:
Powieść otrzymała nagrodę Nebulę w 1974 i Hugo w 1975.
Wieczorem trzeciego dnia usiadł dla odmiany na marmurowej ławeczce przy kominku — tej samej, na której siedział pierwszej nocy po wejściu do tej uroczej, więziennej celi i na której zwykł siadywać, kiedy przyjmował gości. W tej chwili nie miał gości.
Myślał o Saio Pae.
Jak wszyscy żądni władzy ludzie, Pae był zaskakująco krótkowzroczny. Jego umysł skażony był jakąś banalnością, lichością; brakowało mu głębi, siły, wyobraźni. Był to instrument w gruncie rzeczy prymitywny. Miał jednak rzeczywiste możliwości, które — acz zdeformowane — nie zanikły. Pae był nadzwyczaj zdolnym fizykiem. A raczej, ściślej rzecz ujmując, miał nadzwyczajne zdolności do fizyki. Nie stworzył niczego oryginalnego, ale jego oportunizm i wyczucie korzyści kierowały go zawsze ku najbardziej obiecującym dziedzinom. Wiedział, podobnie jak Szevek, w którym miejscu zabierać się do pracy, i Szevek tę jego cechę szanował, podobnie jak cenił ją u siebie, nader to bowiem ważna zaleta naukowca. To właśnie Pae przyniósł mu tłumaczoną z terrańskiego książkę zawierającą wybór tekstów na temat teorii względności, która to idea coraz częściej zaprzątała mu ostatnio myśli. Czy to możliwe, że przyjechał na Urras jedynie po to, by spotkać Saio Pae, swojego wroga? Że przybył tu, aby go poznać, bo przeczuwał, że od wroga może otrzymać to, czego nie dostanie od swoich braci i przyjaciół, to, czego żaden Anarresyjczyk dać mu nie mógł: wiedzy o nieznanym, obcym, nowin…?
Przestał myśleć o Pae. Zamyślił się nad ową książką. Nie potrafił sobie jasno przedstawić, co też w tej publikacji wydało mu się tak stymulujące. Ostatecznie, większość zawartych w niej rozważań fizycznych była przestarzała, metody — toporne, postawa zaś cudzoziemców miejscami nie do przyjęcia. Terranie byli intelektualnymi imperialistami, zazdrosnymi budowniczymi murów. Nawet Ainsetain, ojciec tej teorii, czuł się w obowiązku ostrzec, że jego fizyka stosuje się wyłącznie do zjawisk fizykalnych i nie powinna być odnoszona do metafizyki, filozofii czy etyki. Co, z grubsza biorąc, było oczywiście prawdą; wszak posługiwał się liczbą, tym mostem spinającym racjonalne z postrzeganym, psyche z materią, „Liczbą Bezsporną”, jak ją nazywali starożytni założyciele Nauki Szlachetnej. Posługiwać się matematyką w tym sensie znaczyło stosować tryb, który poprzedza i prowadzi do wszystkich pozostałych trybów. Ainsetain miał tego świadomość; z ujmującą ostrożnością wyznawał, że wierzy, iż jego fizyka naprawdę opisuje świat.
Obcość i bliskość — Szevek w każdym drgnieniu terrańskiej myśli odnajdywał to połączenie, nie przestawało go ono fascynować. I budzić sympatii, przecież Ainsetain również szukał jednolitej teorii pola. Wyjaśniwszy siłę grawitacji jako funkcję geometrii czasoprzestrzeni, usiłował objąć tą syntezą również siły elektromagnetyczne. Nie udało mu się to. Już za życia Ainsetaina — i na wiele dekad po jego śmierci — fizycy terrańscy odwrócili się od jego wysiłków i porażek, tropiąc niezwykłe niespójności teorii kwantowej, z jej szerokimi technologicznymi zastosowaniami, aż skupili się na koniec tak całkowicie na trybie technologicznym, że wpadli w ślepy zaułek — katastrofalny upadek wyobraźni. Ich intuicja była wszakże trafna: na etapie, na którym się znajdowali, postęp obiecywała nieoznaczoność, co stary Ainsetain odrzucał. Odrzucał zaś, na dłuższą metę, również nie bez racji. Zabrakło mu tylko narzędzi, by dowieść swego stanowiska — zmiennych Saeby oraz teorii nieskończonej prędkości i złożonej przyczyny. Postulowane przez niego jednolite pole w fizyce ceteńskiej istniało, ale pod takimi jedynie warunkami, które chyba niechętnie by zaakceptował. Elementem bowiem fundamentalnym jego epokowych teorii była skończona prędkość światła. Obie jego teorie względności były — po tylu wiekach — jak zawsze piękne, ważne i użyteczne, a przecież obie opierały się na hipotezie, której prawdziwości nie sposób było dowieść, której zaś fałszywość (w pewnych okolicznościach) można było wykazać — co też i zrobiono.
Ale czyż teoria, której prawdziwość można by wykazać we wszystkich jej punktach, nie byłaby zwykłą tautologią? Jedyna szansa na wyrwanie się z zaklętego kręgu i pójście naprzód kryła się w obszarach tego, co było nie do udowodnienia, bądź tego nawet, co dawało się obalić.
Czy więc niemożność dowiedzenia hipotezy rzeczywistego współistnienia — zagadnienie, o które Szevek tłukł rozpaczliwie głową przez te trzy dni, w rzeczywistości zaś przez dziesięć ostatnich lat — miała istotnie znaczenie?
Ścigał i usiłował uchwycić pewność, jakby to było coś, co da się posiąść. Żądał bezpieczeństwa, gwarancji, które zapewnione nie są — gdyby były, stałyby się więzieniem. Dopóki jedynie zakładał istotność rzeczywistego współistnienia — pozostawał wolny i mógł posługiwać się owymi cudownymi geometriami względności; posunąć się naprzód będzie można później. Następny krok rysował się całkiem wyraźnie. Współistnienie następstw da się ująć w szeregi transformacyjne Saeby; przy takim podejściu następstwo i obecność nie stanowiły antytez. Zasadnicza jedność punktów widzenia teorii następstw i jednoczesności ukazała się w całej oczywistości; pojęcie interwału służyło połączeniu aspektu statycznego z aspektem dynamicznym wszechświata. Czy to możliwe, aby od dziesięciu lat miał tę oczywistość przed oczami i nie dostrzegał jej? Postąpienie naprzód nie sprawi najmniejszego kłopotu.
W istocie już postąpił naprzód. Doszedł do celu. W tym pierwszym, przypadkowym z pozoru przebłysku metody, który zawdzięczał zrozumieniu cudzej porażki z odległej przeszłości, ujrzał to wszystko, co miało nastąpić potem. Mur runął. Wizja była zarówno przejrzysta, jak całkowita. To, co ujrzał, było proste; najprostsze w świecie. Było samą prostotą. Zawierało zaś w sobie całą złożoność, całą nadzieję. To było objawienie. Jasno wytyczona droga, droga do domu, światło.
Jego dusza była jak dziecko wybiegające na słońce. Nie było kresu, nie było kresu…
Mimo tej nieopisanej łatwości, mimo bezmiernego szczęścia zadrżał z trwogi; trzęsły mu się ręce, a oczy napełniły się łzami, jakby patrzył za długo w słońce. Ostatecznie ciało nie jest przezroczyste. I dziwne to, nadzwyczaj dziwne, gdy człowiek spostrzega, że jego życie zostało już spełnione.
Nie przestawał jednak patrzeć i zagłębiać się w swoją wizję z dziecięcą radością, aż wtem musiał się zatrzymać, nie mógł posuwać się dalej; zawrócił i rozejrzawszy się wokół siebie przez łzy, stwierdził, że pokój tonie w ciemności, a w wysokich oknach świecą gwiazdy.
Ta chwila minęła. Widział, jak przemija. Nie usiłował jej zatrzymać. Wiedział, że to on jest jej częścią, a nie ona jego. Był przez nią ogarnięty.
Po jakimś czasie podniósł się niepewnie i zapalił lampę. Przez chwilę błąkał się po pokoju, dotykając przedmiotów, opraw książek, abażuru lampy, rad że wrócił między tych starych znajomych, do swojego świata — w tym bowiem momencie różnica pomiędzy tą a tamtą planetą, Urras i Anarres, nie zdawała mu się bardziej znacząca niż różnica między dwoma ziarenkami piasku na morskim brzegu. Nie było już otchłani, nie było już murów. Ani wygnania. Zobaczył fundamenty wszechświata i stwierdził, że były solidne.
Poruszając się wolno i niezbyt pewnie, przeszedł do sypialni i zwalił się w ubraniu na łóżko. Leżał tak z rękami pod głową, przewidując i planując to ten, to ów fragment czekającej go pracy, przepełniony uczuciem uroczystej i radosnej wdzięczności, która rozpływała się z wolna w pogodnym marzeniu, aż w końcu wsiąkła w sen.