Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Bogowie, honor, Ankh-Morpork [Jingo - pl]
Bogowie, honor, Ankh-Morpork [Jingo - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Bogowie, honor, Ankh-Morpork [Jingo - pl]

Электронная книга - «Bogowie, honor, Ankh-Morpork [Jingo - pl]». Краткое содержание книги:

Coś nowego pojawiło się między starożytnymi miastami Ankh-Morpork i Al-Khali. Dosłownie. To wyspa, wynurzająca się z dna Okrągłego Morza Dysku. Ponieważ jest niezamieszkana i oba miasta roszczą sobie do niej prawa, komendant Vimes ze swymi wiernymi strażnikami staje wobec zbrodni tak wielkiej, że żadne prawa jej nie obejmują.
1 ... 65 66 67 68 69 70 71 72 73 ... 87
Перейти на страницу:

— Ur ma uniwersytet?

— Ależ oczywiście — zapewnił Patrycjusz. — Tam Al się nauczył, jak wyglądają osły.

Po raz kolejny śmiech rozwiał wątpliwości. Colon uśmiechnął się niepewnie.

— Naprawdę dobrze mi idzie udawanie idioty, prawda? — szepnął. — Jakoś tak samo wychodzi.

— Doskonale — pochwalił go Vetinari.

Z góry znów dobiegł gniewny ryk.

— Kłopot polega na tym, że wszystkie trzymają pod kluczem ze względu na wysiłek wojenny — odezwał się jakiś człowiek w tłumie.

Kawałek cegły roztrzaskał się o ziemię koło nich.

— Ten zwierzak tak się tam rzuca, że sam pewnie spadnie.

— Może powinienem ją przekonać, żeby zeszła — zaproponował Patrycjusz.

— Niemożliwe, offendi. Nie wyminiesz jej na schodach, nie zdołasz jej odwrócić, a tyłem na pewno nie zejdzie.

— Zbadam sytuację.

Wrócił na chwilę do tawerny, wyszedł i wszyscy zobaczyli, jak znika wewnątrz minaretu. Słyszeli, że wspina się po schodach.

— Powinno być nieźle — szepnął człowiek obok Colona.

Po chwili ryki ucichły.

— Nie odwróci się, rozumiecie. Jest za wąsko — oświadczył znawca osłów na wysokości. — Nie odwróci się i nie zejdzie tyłem. Powszechnie znany fakt.

— Zawsze znajdzie się jakiś mądrala, prawda, Beti? — rzucił Colon.

— Pewnie. Zawsze.

W wieży panowała cisza. Przyciągała uwagę tłumu.

— Znaczy, gdyby posłać tam na schody trzech albo czterech ludzi, co jest niemożliwe, mogliby przesuwać jej kolejno po jednej nodze, o ile by im nie przeszkadzało, że będą kopani i gryzieni na śmierć…

Wrócili strażnicy. Jeden z nich niósł zwinięty dywan.

— Jesteśmy! Proszę zachować spokój i odejść od wieży! Zróbcie nam miejsce…

— Słyszę kopyta — powiedział ktoś.

— O tak. Całkiem jakby nasz przyjaciel w fezie sprowadzał osła po schodach.

— Chwileczkę! — zawołał Colon. — Ja też słyszę.

Wszyscy spojrzeli ku drzwiom. Po chwili stanął w nich Vetinari trzymający w ręku sznurek.

— No dobrze, ale to tylko sznurek — odezwał się głos za plecami Colona. — Pewnie stukał o siebie dwoma połówkami orzecha kokosowego.

— Chcesz powiedzieć, że znalazł je w minarecie?

— Pewnie miał ze sobą.

— Chcesz powiedzieć, że nosi ze sobą skorupę kokosa?

— Nie można obrócić osła w… No dobra, to sztuczna ośla głowa…

— Rusza uszami!

— Na sznurku, na sznurku… W porządku, to osioł, zgoda, ale nie ten sam osioł. To ten, którego miał schowanego w kieszeni… I nie musicie tak na mnie patrzeć! Widziałem, jak to robią z gołębiami…

Potem zamilkł nawet niedowiarek.

— Osioł, minaret — powiedział Vetinari. — Minaret, osioł.

— Ot tak? — zdumiał się strażnik. — Jak to zrobiłeś? To jakaś sztuczka, prawda?

— Oczywiście, że to sztuczka — przyznał Vetinari.

— Wiedziałem, że to tylko sztuczka!

— Zgadza się, to tylko sztuczka — potwierdził Vetinari.

— No więc… jak to zrobiłeś?

— Chcesz powiedzieć, że sami nie zauważyliście?

Tłum wyciągnął szyje.

— No… Miałeś nadmuchiwanego osła…

— Czy możesz podać choć jeden powód, bym wszędzie chodził z nadmuchiwanym osłem?

— No, mógłbyś…

— Taki, który skłonny byłbyś wyjaśnić swojej własnej ukochanej matce?

— Hm, jeśli tak stawiasz sprawę…

— To łatwe — stwierdził Al-jibla. — W minarecie jest ukryte pomieszczenie. Musi być.

— Nie, wszystko pokręciłeś, to tylko iluzja osła… Przyznaję, bardzo dobra iluzja.

Połowa gapiów zebrała się już dookoła oślicy, a druga połowa tłoczyła się przy wejściu do minaretu, szukając uchylnych ścianek…

— Myślę, Al i Beti, że teraz chyba sobie stąd pójdziemy — powiedział Vetinari, stając za ramieniem Colona. — O tam, w tę krótką alejkę. A kiedy skręcimy za tamten róg, ruszymy biegiem.

— Dlaczego mamy biegać? — zdziwiła się Beti.

— Ponieważ właśnie zabrałem czarodziejski dywan.

Vimes był już zagubiony. Oczywiście, miał do dyspozycji słońce, ale zdradzało tylko kierunek. Czuł je na policzku. Wielbłąd kołysał się z boku na bok. Nie istniał sensowny sposób oceny odległości, chyba że poprzez hemoroidy.

Mam opaskę na oczach i jadę z tyłu na wielbłądzie, którego prowadzi D’reg, a wszyscy twierdzą, że D’regowie to najmniej godni zaufania ludzie na świecie. Jestem jednak prawie pewny, że nie planuje mnie zabić.

— No więc — powiedział, kołysząc się łagodnie na boki — równie dobrze możesz mi powiedzieć. Dlaczego 71-godzinny Ahmed?

— On zabił człowieka — odparł Jabbar.

— A D’regowie nie pochwalają takich drobiazgów?

— We własnym namiocie tego człowieka! Kiedy był jego gościem przez prawie czy dzienie! Gdyby on poczekał godzinę…

— Ach, rozumiem. Rzeczywiście, fatalne maniery. Czy ten człowiek uczynił coś, by na to zasłużyć?

— Nic! Chociaż…

— Tak?

— Ten człowiek zabił El-Ysę.

Ton D’rega sugerował, że nie jest to istotna okoliczność łagodząca, jednak dla pełności obrazu należy o niej wspomnieć.

— Kim była El-Ysa?

— Wioską. On zatruł studnię. Zdarzyła się dyskusja na tematy religijne. I tak, od jednego do drugiego… Ale mimo to, złamać tradycję gościnności…

— Tak, rozumiem, straszny postępek. Prawie… nieuprzejmy.

— Ta godzina była ważna. Pewnych rzeczy nie powinno się robić.

— W tym przynajmniej masz rację.

Po południu Jabbar pozwolił mu zdjąć opaskę. Z piasku sterczały rzeźbione wiatrem czarne skały. Vimes pomyślał, że to najbardziej ponure miejsce, jakie w życiu oglądał.

— Mówią, że kiedyś było tu zielono — powiedział Jabbar. — Dobrze nawodniona kraina.

— I co się stało?

— Wiatr się zmienił.

O zachodzie słońca osiągnęli wadi pomiędzy kolejnymi wygładzonymi przez wiatr skałami. Dopiero długie cienie, wyraźnie kreślące kontury płytkich zagłębień, na nowo nadały im dawne kształty.

— To budynki, prawda? — spytał Vimes.

— Było tu miasto. Dawno temu. Nie wiedziałeś?

— Czemu miałbym wiedzieć?

— Wasi ludzie je zbudowali. Nazywało się Tacticum, na pamiątkę waszego wojownika.

Vimes przyglądał się pokruszonym murom i powalonym kolumnom.

— Miał miasto nazwane swoim imieniem… — powiedział, nie zwracając się do nikogo konkretnego.

Jabbar szturchnął go lekko.

— Ahmed patrzy na ciebie — oznajmił.

— Nigdzie go nie widzę.

— Oczywiście. Zsiądź teraz. I mam nadzieję, że spotkamy się znowu w tym, co uważasz za raj.

— Jasne, jasne…

Jabbar zawrócił wielbłąda. Odjechał o wiele szybciej, niż tu przybył. Vimes usiadł na kamieniu. Panowała cisza. Jedynymi dźwiękami był syk wiatru wśród skał i daleki krzyk jakiegoś ptaka. Miał wrażenie, że słyszy bicie własnego serca.

— Bingely… bingely… biip… — De-terminarz wydawał się zmartwiony i niepewny.

Vimes westchnął.

— Tak? Spotkanie z 71-godzinnym Ahmedem, co?

— No… nie — odpowiedział demon. — No… Zauważono klatchiańską flotę… Eee…

— Statki pustyni, tak?

— Eee… biip… kod błędu 746, rozbieżna niestabilność temporalna…

1 ... 65 66 67 68 69 70 71 72 73 ... 87
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)