Bogowie, honor, Ankh-Morpork [Jingo - pl]
- Автор: Пратчетт Теренс Дэвид Джон
- Год: 2005
- Язык: польский
- Год: Pr
- ISBN: 978-83-7469-032-4
- Переводчик: Piotr W. Cholewa
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Bogowie, honor, Ankh-Morpork [Jingo - pl]». Краткое содержание книги:
— Ur ma uniwersytet?
— Ależ oczywiście — zapewnił Patrycjusz. — Tam Al się nauczył, jak wyglądają osły.
Po raz kolejny śmiech rozwiał wątpliwości. Colon uśmiechnął się niepewnie.
— Naprawdę dobrze mi idzie udawanie idioty, prawda? — szepnął. — Jakoś tak samo wychodzi.
— Doskonale — pochwalił go Vetinari.
Z góry znów dobiegł gniewny ryk.
— Kłopot polega na tym, że wszystkie trzymają pod kluczem ze względu na wysiłek wojenny — odezwał się jakiś człowiek w tłumie.
Kawałek cegły roztrzaskał się o ziemię koło nich.
— Ten zwierzak tak się tam rzuca, że sam pewnie spadnie.
— Może powinienem ją przekonać, żeby zeszła — zaproponował Patrycjusz.
— Niemożliwe, offendi. Nie wyminiesz jej na schodach, nie zdołasz jej odwrócić, a tyłem na pewno nie zejdzie.
— Zbadam sytuację.
Wrócił na chwilę do tawerny, wyszedł i wszyscy zobaczyli, jak znika wewnątrz minaretu. Słyszeli, że wspina się po schodach.
— Powinno być nieźle — szepnął człowiek obok Colona.
Po chwili ryki ucichły.
— Nie odwróci się, rozumiecie. Jest za wąsko — oświadczył znawca osłów na wysokości. — Nie odwróci się i nie zejdzie tyłem. Powszechnie znany fakt.
— Zawsze znajdzie się jakiś mądrala, prawda, Beti? — rzucił Colon.
— Pewnie. Zawsze.
W wieży panowała cisza. Przyciągała uwagę tłumu.
— Znaczy, gdyby posłać tam na schody trzech albo czterech ludzi, co jest niemożliwe, mogliby przesuwać jej kolejno po jednej nodze, o ile by im nie przeszkadzało, że będą kopani i gryzieni na śmierć…
Wrócili strażnicy. Jeden z nich niósł zwinięty dywan.
— Jesteśmy! Proszę zachować spokój i odejść od wieży! Zróbcie nam miejsce…
— Słyszę kopyta — powiedział ktoś.
— O tak. Całkiem jakby nasz przyjaciel w fezie sprowadzał osła po schodach.
— Chwileczkę! — zawołał Colon. — Ja też słyszę.
Wszyscy spojrzeli ku drzwiom. Po chwili stanął w nich Vetinari trzymający w ręku sznurek.
— No dobrze, ale to tylko sznurek — odezwał się głos za plecami Colona. — Pewnie stukał o siebie dwoma połówkami orzecha kokosowego.
— Chcesz powiedzieć, że znalazł je w minarecie?
— Pewnie miał ze sobą.
— Chcesz powiedzieć, że nosi ze sobą skorupę kokosa?
— Nie można obrócić osła w… No dobra, to sztuczna ośla głowa…
— Rusza uszami!
— Na sznurku, na sznurku… W porządku, to osioł, zgoda, ale nie ten sam osioł. To ten, którego miał schowanego w kieszeni… I nie musicie tak na mnie patrzeć! Widziałem, jak to robią z gołębiami…
Potem zamilkł nawet niedowiarek.
— Osioł, minaret — powiedział Vetinari. — Minaret, osioł.
— Ot tak? — zdumiał się strażnik. — Jak to zrobiłeś? To jakaś sztuczka, prawda?
— Oczywiście, że to sztuczka — przyznał Vetinari.
— Wiedziałem, że to tylko sztuczka!
— Zgadza się, to tylko sztuczka — potwierdził Vetinari.
— No więc… jak to zrobiłeś?
— Chcesz powiedzieć, że sami nie zauważyliście?
Tłum wyciągnął szyje.
— No… Miałeś nadmuchiwanego osła…
— Czy możesz podać choć jeden powód, bym wszędzie chodził z nadmuchiwanym osłem?
— No, mógłbyś…
— Taki, który skłonny byłbyś wyjaśnić swojej własnej ukochanej matce?
— Hm, jeśli tak stawiasz sprawę…
— To łatwe — stwierdził Al-jibla. — W minarecie jest ukryte pomieszczenie. Musi być.
— Nie, wszystko pokręciłeś, to tylko iluzja osła… Przyznaję, bardzo dobra iluzja.
Połowa gapiów zebrała się już dookoła oślicy, a druga połowa tłoczyła się przy wejściu do minaretu, szukając uchylnych ścianek…
— Myślę, Al i Beti, że teraz chyba sobie stąd pójdziemy — powiedział Vetinari, stając za ramieniem Colona. — O tam, w tę krótką alejkę. A kiedy skręcimy za tamten róg, ruszymy biegiem.
— Dlaczego mamy biegać? — zdziwiła się Beti.
— Ponieważ właśnie zabrałem czarodziejski dywan.
Vimes był już zagubiony. Oczywiście, miał do dyspozycji słońce, ale zdradzało tylko kierunek. Czuł je na policzku. Wielbłąd kołysał się z boku na bok. Nie istniał sensowny sposób oceny odległości, chyba że poprzez hemoroidy.
Mam opaskę na oczach i jadę z tyłu na wielbłądzie, którego prowadzi D’reg, a wszyscy twierdzą, że D’regowie to najmniej godni zaufania ludzie na świecie. Jestem jednak prawie pewny, że nie planuje mnie zabić.
— No więc — powiedział, kołysząc się łagodnie na boki — równie dobrze możesz mi powiedzieć. Dlaczego 71-godzinny Ahmed?
— On zabił człowieka — odparł Jabbar.
— A D’regowie nie pochwalają takich drobiazgów?
— We własnym namiocie tego człowieka! Kiedy był jego gościem przez prawie czy dzienie! Gdyby on poczekał godzinę…
— Ach, rozumiem. Rzeczywiście, fatalne maniery. Czy ten człowiek uczynił coś, by na to zasłużyć?
— Nic! Chociaż…
— Tak?
— Ten człowiek zabił El-Ysę.
Ton D’rega sugerował, że nie jest to istotna okoliczność łagodząca, jednak dla pełności obrazu należy o niej wspomnieć.
— Kim była El-Ysa?
— Wioską. On zatruł studnię. Zdarzyła się dyskusja na tematy religijne. I tak, od jednego do drugiego… Ale mimo to, złamać tradycję gościnności…
— Tak, rozumiem, straszny postępek. Prawie… nieuprzejmy.
— Ta godzina była ważna. Pewnych rzeczy nie powinno się robić.
— W tym przynajmniej masz rację.
Po południu Jabbar pozwolił mu zdjąć opaskę. Z piasku sterczały rzeźbione wiatrem czarne skały. Vimes pomyślał, że to najbardziej ponure miejsce, jakie w życiu oglądał.
— Mówią, że kiedyś było tu zielono — powiedział Jabbar. — Dobrze nawodniona kraina.
— I co się stało?
— Wiatr się zmienił.
O zachodzie słońca osiągnęli wadi pomiędzy kolejnymi wygładzonymi przez wiatr skałami. Dopiero długie cienie, wyraźnie kreślące kontury płytkich zagłębień, na nowo nadały im dawne kształty.
— To budynki, prawda? — spytał Vimes.
— Było tu miasto. Dawno temu. Nie wiedziałeś?
— Czemu miałbym wiedzieć?
— Wasi ludzie je zbudowali. Nazywało się Tacticum, na pamiątkę waszego wojownika.
Vimes przyglądał się pokruszonym murom i powalonym kolumnom.
— Miał miasto nazwane swoim imieniem… — powiedział, nie zwracając się do nikogo konkretnego.
Jabbar szturchnął go lekko.
— Ahmed patrzy na ciebie — oznajmił.
— Nigdzie go nie widzę.
— Oczywiście. Zsiądź teraz. I mam nadzieję, że spotkamy się znowu w tym, co uważasz za raj.
— Jasne, jasne…
Jabbar zawrócił wielbłąda. Odjechał o wiele szybciej, niż tu przybył. Vimes usiadł na kamieniu. Panowała cisza. Jedynymi dźwiękami był syk wiatru wśród skał i daleki krzyk jakiegoś ptaka. Miał wrażenie, że słyszy bicie własnego serca.
— Bingely… bingely… biip… — De-terminarz wydawał się zmartwiony i niepewny.
Vimes westchnął.
— Tak? Spotkanie z 71-godzinnym Ahmedem, co?
— No… nie — odpowiedział demon. — No… Zauważono klatchiańską flotę… Eee…
— Statki pustyni, tak?
— Eee… biip… kod błędu 746, rozbieżna niestabilność temporalna…