Pan Lodowego Ogrodu. Tom II
- Автор: Гжендович Ярослав
- Серия: Pan Lodowego Ogrodu #2
- Язык: польский
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Pan Lodowego Ogrodu. Tom II». Краткое содержание книги:
Oprócz tego pracuje jako dziennikarz „wolny strzelec”, prowadzi stałą rubrykę naukowo-cywilizacyjną w Gazecie Polskiej i tłumaczy komiksy, głównie z serii Usagi Yojimbo i Batman.
W Fabryce Słów ukazała się Księga jesiennych demonów, jego pierwszy autorski zbiór opowiadań grozy.
Pan Lodowego Ogrodu to pierwsza powieść Jarosława Grzędowicza, w mistrzowski sposób łącząca elementy science fiction i fantasy.
Ilustracje Jan J. Marek
Vuko wszedł za kamienne słupy zaniepokojony i zatrzymał się.
— Gliffnak? — zapytał niepewnie.
Yeti siedział zwinięty w kłębek pod częstokołem, kiwał się i najwyraźniej popłakiwał. Łzy ciekły mu ciurkiem po płaskiej, pomarszczonej twarzy, kapały z wyszczerzonych niedźwiedzich kłów.
— Co ci się stało, Grendel? — zapytał Drakkainen nieco mniej szorstko niż zwykle.
— Boli... — chlipał potwór. Mówił bełkotliwie, ale zupełnie zrozumiale. — Chcę do taty...
— Jebem ti majku... — wybełkotał Drakkainen, blednąc jak ściana. Przed oczami stanęło mu wspomnienie menhiru na uroczysku. Menhiru, z którego zwisał łańcuch zakończony kajdanami. Doskonałe miejsce, by ktoś uwiązał ciężarną kobietę. Ktoś, kto potrzebował jej zmutowanego w potwora dziecka, żeby chroniło go i reklamowało interes.
A teraz nieszczęsny małpolud cierpiał i tęsknił do swojego taty. Diamentowa mgła wokół zwiadowcy jakby zgęstniała i zaczęła wirować niczym orbital atomowy.
— Bondswif! — wrzasnął Vuko i ruszył do chaty.
Drzwi otworzyły się, kiedy tylko wyciągnął rękę, lecz nawet tego nie zauważył. Drewniana zasuwa pękła z ogłuszającym hukiem, kawałki odbiły się z gwizdem od ścian.
Bondswif poderwał się ze swojego ulubionego miejsca przy palenisku, upuszczając dzban, i błyskawicznie sięgnął po koślawy kostur. Za późno.
Drakkainen poczuł mrowienie na skórze jakby otaczający go nimb stał się dotykalny. W pierwszej chwili nie zwrócił na to uwagi. Moce uroczyska, magiczne mgły i inne bzdury w mgnieniu oka wywietrzały mu z głowy. Zamierzał chwycić maga za gardło, grzmotnąć nim ościanę, ewentualnie po prostu skopać. Potem się zobaczy, co dalej.
Minęło kilka sekund, podczas których wewnątrz chaty szalało tornado. W powietrzu fruwały potłuczone w skorupy dzbanki, szmaty, kawałki futra i mniejsze meble. Stojak z cudaczną, paradną zbroją runął nagle na wznak, jakby zemdlał, oszczepy rzędem wbiły się w ścianę, dzban pełen piwa eksplodował niczym trafiony z rakietnicy, rozbryzgując zawartość po ścianach.
Drakkainen, ignorując to wszystko, przeskoczył stół ichwycił Bondswifa za gardło, wbijając mu kciuk i palec wskazujący po obu stronach grdyki tak, żeby zacisnąć tętnicę.
— Uwiązałeś ją na uroczysku?! — wrzasnął. — Chciałeś, żeby urodziła ci potwora, pasi kurču?! Gdzie są jego rodzice, bydlaku?! Co z nimi zrobiłeś, ścierwo?!
Nie zorientował się nawet, że wrzeszczy po chorwacku.
Duszony konsekwentnie Bondswif naturalnie nie wydał z siebie żadnego sensownego dźwięku, poza głuchym charkotem, bezskutecznie drapiąc i szarpiąc kurczowo miażdżącą go dłoń. Trwało to przez chwilę, kiedy Drakkainen zaciskał palce, cedząc straszliwe fińskie przekleństwa, a w izbie wszystko przewracało się, fruwało i łamało, jakby szalał w niej niewidzialny furiat. Psie, orzechowe oczy Bondswifa wywróciły się do tyłu, ukazując pod spodem wąski pasek białkówki, który podbiegł krwią. Mag rył już obcasami podłogę i szarpał się coraz słabiej i coraz bardziej konwulsyjnie, gdy Vuko odzyskał panowanie nad sobą i zwolnił nagle chwyt. Bondswif runął twarzą na stół, kaszląc i wciągając chrypliwie powietrze.
Drakkainen jednym szarpnięciem zerwał z belki rzemień wciąż utrzymujący podkowę i błyskawicznie zawiązał na końcu pętlę zaciskową.
Bondswif, walcząc o oddech, wciąż leżał na stole, jedną ręką masując zgniecione gardło, drugą gestykulując rozpaczliwie.
— Dobrze zapamiętałem, co mówi prawo? — zapytał Drakkainen. — Najpierw stryczek, a potem trzy nowe oszczepy? A potem... nie. Za dużo ceremonii. Zrobimy inaczej. Potrzebuję worka treningowego. Zaraz zobaczymy, co mogę z ciebie zrobić mocami uroczyska.
— To nie ja zrobiłem... — wyrzęził Bondswif. — To Bondswif...
— Oż, ty... — zaczął Vuko, podnosząc rękę. Nie zdążył.
Gliffnak wpadł między nich niczym kudłata lokomotywa. Drakkainen uderzony w pierś runął do tyłu, przewracając stół. Zaparło mu dech, ale wyrzucił do przodu ugięte nogi i poderwał się do pionu.
— Nie... — wybełkotał yeti. — Nie wolno... Nie rób nic tacie... Nie wolno taty...
— To jest ten... twój ojciec? — zapytał bezradnie zwiadowca.
Powiało skalnym, jaskiniowym zimnem. Drzwi w głębi izby uchyliły się nagle ze skrzypieniem, podmuch przygładził płomyki na palenisku i zagrzechotał zwisającymi ze stropu totemami.
— Już czas... — Wionął dochodzący zewsząd dziwaczny głos, który brzmiał, jakby przemówiła góra. Niegłośno, echem pulsującym pod wapiennym sufitem, szumem podziemnego strumienia, skrzypieniem pękającej skały. — Już czas... się spotkać.
Uchylone wrota ukazywały mroczny korytarz wiodący nie wiadomo gdzie. W zdemolowanej izbie krwawiący Grendel piastował swojego zmaltretowanego ojca, który masował pokryte siwą szczeciną podgardle i kaszlał ze strasznym, suchym dźwiękiem, jakby w środku wszystko mu się łamało. Yeti podniósł na zwiadowcę wilgotne spojrzenie orzechowych oczu z drzemiącą gdzieś pod spodem niepokojącą iskrą rozumu.
— Gdyby wszyscy tutaj nie udawali takich tajemniczych, nie dochodziłoby do przykrych nieporozumień — oznajmił Drakkainen pojednawczym tonem.
Rozejrzał się po zrujnowanej izbie, szukając jakiejś ocalałej lampy, wreszcie znalazł jedną metalową, potrzasnął i usłyszał w środku chlupotanie oliwy. Odpalił knot od płonącej na palenisku drzazgi, wyjął miecz i wziął kilka głębokich oddechów.
— Oczywiście nie dowiem się, co tam jest w środku? — upewnił się, ale nie uzyskał odpowiedzi. Obejrzał otwarte drzwi, po czym odłożył miecz i spróbował wyjąć wrota z zawiasów. Nie udało się. Poprzestał więc na oderwaniu wiszącej jednym końcem na łańcuchu uchylnej zawory i porąbał ją toporem na kawałki.
— Zamykanie tych wrót, kiedy będę w środku, jest bezcelowe. Na przykład zapieranie ich ławką czy coś w tym rodzaju — oznajmił dobitnie. — I tak je otworzę, a potem będę bardzo niemiły. Bardzo. Czy powiedziałem zrozumiale?
Milczenie uznał za aklamację. Zabrał jeszcze krzesiwo i potrząsnął ponownie lampką, upewniając się, że oliwa zaraz się nie skończy.
— Co by tu jeszcze... — wymamrotał. — Kredę? Kłębek szpagatu? Robię się ostrożny.
Korytarz okazał się naturalnym pęknięciem w skale, nie szerszym niż metr, i prowadził lekko w dół. Kamienie pod nogami były gładkie i wilgotne, jedyny ślad działalności człowieka to odpiłowane starannie stalaktyty. Zrobiono to dawno, bo na pieńkach pojawiły się już kilkunastocentymetrowe nacieki, podobne do rudych sopli.
— Twory, które widzą państwo na stropie, nazywamy stalaktytami, wznoszące się z podłoża stalagmitami, a te, które połączyły się w jedną całość, to stalagnaty — mruknął przemądrzałym tonem, unosząc lampkę.
Korytarz był kręty, po paru krokach mdłe światło izby zostało gdzieś z tyłu i wokół zapanowała aksamitna, nieprzenikniona ciemność, rozbijana tylko migotliwym płomykiem malującym cienie oraz błyski na wilgotnych, pokrytych naciekami ścianach, ale rozświetlającym niewiele.
— Nie podoba mi się to — wymamrotała Cyfral. — To jest jak pułapka.
— Taka praca, mój Dzwoneczku — wycedził Drakkainen. — Nic nie osiągnę, stojąc w miejscu albo zachowując się asekuracyjnie. Trzeba leźć smokowi w paszczę, jeśli mamy potrząsnąć tym bagienkiem.
Przecisnął się między skałami i nagle stanął jak wryty.
— Chyba się udało... — wyszeptał, ostrożnie unosząc dłoń. Niewidoczny w mroku diamentowy nimb otaczający jego ciało wokół dłoni zapłonął ciepłym, zielonym blaskiem.
— Fajne — ucieszył się. — Czarodzieje zawsze tak robią na filmach. Tyle że jestem raczej lepiej widoczny, niż lepiej widzę. Nek ide u dupe. Jeszcze oślepia.