Wielobarwny kraj [The Many-Colored Land - pl]
- Автор: Мэй Джулиан
- Год: 1994
- Язык: польский
- Год: Alfa-Wero
- ISBN: 83-7001-781-9
- Переводчик: Juliusz W. Garztecki
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Wielobarwny kraj [The Many-Colored Land - pl]». Краткое содержание книги:
16
— Jest przygotowany, Sukey. Ostateczne rozładowanie musisz wziąć na siebie.
— Ale… czy potrafię? Znów mogę to sfuszerować.
— Nie. Jesteś w stanie dać sobie radę z tą stroną jego leczenia. Mnie on na to nie pozwoli, ale ty możesz. Nie bój się.
… Zbożowe pola Illinois, płaskie jak stół i ciągnące się od horyzontu po horyzont, z domem farmerskim jak zabaweczka i zabudowaniami gospodarczymi zagubionymi w ogromie przestrzeni. Przy jednym z łanów siedzi trzyletni chłopiec i owczarek alzacki, suka. Chłopiec, psotny i zręczny, daje sobie radę z zameczkiem błyskawicznym nie do otwarcia przez dzieci i odpina od spodenek radiosygnalizator. Podaje go suce, która jest w ciąży i miewa dziwaczne apetyty, więc łyka sygnalizator. Chłopiec wstaje i niepewnym, dziecinnym krokiem kieruje się wzdłuż łanu ku ciekawym hałasom w oddali. Suka, której nie wystarczyła elektroniczna przekąska, biegnie do jednego z budynków farmy, gdzie gotuje się lunch…
— Nie! Nie mogę tam się znowu dostać!
— Ciii… Spokojnie. Jesteś blisko, już bardzo blisko.
— … Kombajn-robot, prawie tak wielki jak dom farmera i pomalowany na żywy oranż, posuwa się przed siebie pochłaniając po trzydzieści rzędów kukurydzy na raz, mieląc pędy i liście na użyteczną pulpę, łuskając kolby długie jak ręka mężczyzny i pakując dorodne złote ziarna w kontenery do wysyłki na inne farmy rozrzucone po całym Środowisku Galaktycznym. Ta nowa kukurydziana hybryda daje plon dwudziestu metrów sześciennych ziarna z hektara…
— Nie chcę patrzeć. Nie zmuszaj mnie do tego.
— Bądź spokojna. Odpręż się. Idź za mną. Jeszcze tylko raz.
… Chłopiec posuwa się wzdłuż rzędu roślin, gdzie czarną ziemię upał zmienił w okruchy szarego pyłu. Nad nim chwieją się gigantyczne rośliny z brązowymi na tle nieba pękami włókien; nabrzmiałe kolby na pędach są dojrzałe i gotowe do zbioru. Chłopiec idzie w stronę hałasu, ale to daleko, musi więc przysiąść, by odpocząć. Opiera się plecami o łodygę tak grubą, jak pień młodego drzewka, a szerokie zielone liście osłaniają go przed żarem słońca. Zamyka oczy. Gdy je znów otwiera, hałas jest znacznie głośniejszy, a powietrze pełne pyłu…
— Proszę. Proszę.
— Jeszcze tylko jeden raz musisz tam wniknąć. Ale jestem z tobą. To dla ciebie jedyna droga.
… Oczarowanie zmienia się w niepokój, zmienia w strach, bo chłopczyk dostrzega pomarańczowego potwora przegryzającego się ku niemu. Mózg robota starannie bada rzędy przed sobą na impulsy z radiosygnalizatora, natychmiast wyłączające bieg maszyny. Ale nie ma sygnałów. Maszyna toczy się naprzód. Chłopiec ucieka przed nią, bez trudności wyprzedzając kombajn posuwający się równym marszem kilometr na godzinę…
— Ona to wiedziała! Szukała mnie teledetektorem w porze lunchu i znalazła tylko psa wysyłającego na podwórzu dwa sygnały zamiast jednego. Wiedziała, że muszę być w polu. Zawołała tatę, by zatrzymał kombajn i mnie poszukał, ale nie dostała odpowiedzi. Znajdował się poza obrębem fermy, próbując naprawić zatarty wirnik jednej z anten.
— Tak. Dalej. Możesz ją zobaczyć, jak wyrusza kapsułą na poszukiwania.
… Chłopczyk ucieka przed siebie, nie zdając sobie z braku doświadczenia sprawy, że powinien zejść na bok, poza zasięg maszyny, zamiast biec w prostej linii tuż przed nią. Przyśpiesza kroku i czuje kolkę w boku. Zwalnia i zaczyna skomleć. Potyka się, pada, wstaje i niepewnym krokiem rusza dalej. Jego jasnoniebieskie oczy przesłaniają łzy. Wysoko w górze kapsuła powietrzna unosi się nad nim. Chłopiec zatrzymuje się, macha rękami i wrzeszczy do matki. Kombajn posuwa się dalej, ścinając łodygi tuż przy ziemi, przesuwając je zgrzebłowym przenośnikiem do swej paszczy, tnąc, siekając, wyłuskując ziarna z kolb, przemieniając rzędy olbrzymich roślin w zgrabne pakiety ziarna i drobno zmieloną pulpę celulozową…
— Nie. Proszę, dalej nie.
— Musisz. Musimy. Jeszcze raz i to już koniec. Ufaj mi.
. .. Kapsuła ląduje, a dziecko stoi jak przymurowane do ziemi i czeka, aż matka je uratuje; płacze i wyciąga ramiona. Matka podbiega, podnosi je, a hałas jest coraz głośniejszy i pył wiruje wokół nich w gorącym słońcu. Matka przytula chłopca i stara się przepchnąć pod ostrym kątem przez twarde, zagradzające drogę łodygi, a wielki pomarańczowy stwór posuwa się naprzód. Wszystkie noże tnące, kolce przenoszące i ostrza wirują. Ale piętnaście metrów, jakie matka musi przebyć, to zbyt dużo. Chwyta powietrze, podnosi chłopca jeszcze wyżej i rzuca go daleko. Zielona kukurydza, pomarańczowa maszyna i niebieskie niebo zataczają wokół niego krąg bardzo powoli. Spada na ziemię, a kombajn z dudnieniem przejeżdża obok; pracowite dzwonienie jego maszynerii zagłusza inny dźwięk, który nie trwa zbyt długo…
O Boże, jeszcze to słyszę proszę nie maszyna się zatrzymuje a on nadbiega i krzyczy na mnie ty małe, mordercze zwierzątko Cary Cary o Boże nie tato tato mama upadła pomóż, jej o mój Boże Cary zrobiłaś to by go uratować a on zabił ciebie i to twoja wina ty mordercze małe zwierzątko nie nie co ja mówię Boże mój mały chłopczyk Steinie przepraszam nie myślałem tego o Boże Cary Steinie… Tato błagam nie wypędzaj mnie.
— I nie zrobił tego, Steinie.
— Teraz już wiem.
— Usłyszałeś to? Wszystko, co powiedział?
— Tak. Biedny tata. Nie mógł się od tego powstrzymać. Teraz już wiem. Gniewny, przerażony i bezradny. Rozumiem. A przecież zastrzelił psa… Ale nie musiałem się obawiać. Inaczej nie mógł. Biedny tata. Rozumiem. Dziękuję ci. Dziękuję.
Stein otworzył oczy.
Tuż przy nim twarz nie znanej mu kobiety: zaczerwienione od słońca pyzate policzki, zadarty nosek, pełne oddania ciemnoniebieskie oczy, odrobinę zbyt blisko osadzone. Uśmiechała się.
Stein powiedział:
— I nie muszę mieć żalu do żadnego z nas obu.
— Nie musisz — odrzekła Sukey. — Teraz będziesz w stanie pamiętać o tym ze smutkiem. Ale równocześnie pogodzić się z tym. Już nigdy w życiu poczucia winy, strachu ani złości w związku z tym wydarzeniem.
Stein leżał w milczeniu, a ona połączyła swój umysł z jego w uścisku, który oznaczał udział w jego męce, świadczył, jak Sukey się o niego niepokoi.
— Pomogłaś mi — odezwał się znowu. — Uleczyłaś mnie. A ja nawet nie wiem, jak się nazywasz.
— Jestem Sue Gwen Davies. Przyjaciele nazywają mnie Sukey. To głupie przezwisko…
— Ależ nie. — Oparł się na łokciu i przyjrzał się jej z niewinną ciekawością. — Ty też odbyłaś trening w gospodzie. Widziałem cię tam, pierwszego i drugiego dnia mego pobytu. A potem znikłaś. Musiałaś przejść przez bramę wcześniej niż nasza Grupa Zielona.
— Byłam w Grupie Żółtej. Ja też cię pamiętam. Kostium wikinga nie łatwo się zapomina.
Wyszczerzył zęby i odsunął sprzed oczu przepocone kosmyki włosów.
— Wtedy mi się wydawało, że to dobry pomysł. Rodzaj odbicia mojej osobowości… A ty kim chciałaś być?
Zaśmiała się ze skrępowaniem; bawiła się haftowanym pasem swej długiej sukni.
— Starożytną księżniczką walijską. Dawno temu moja rodzina przybyła stamtąd i myślałam, że to będzie zabawne. Kompletne zerwanie z moim poprzednim trybem życia.
— Kim byłaś? Korektorką?
— Ależ nie! Byłam policjantką. Do spraw nieletnich na ON15, ostatniej ziemskiej kolonii satelitarnej. — Dotknęła swej srebrnej obręczy. — Aktywną korektorką stałam się dopiero wtedy, kiedy przybyłam tutaj. Będę ci to musiała wytłumaczyć…