Światy braci Strugackich - Czas uczniów
- Автор: Лукьяненко Сергей Васильевич, Скаландис Ант
- Год: 2001
- Язык: польский
- Год: Rebis
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Światy braci Strugackich - Czas uczniów». Краткое содержание книги:
Wybór: Andriej Czertkow
Borys Strugacki — „O problemie materializacji światów”
Siergiej Łukjanienko — „Krzątanina w czasie”
Ant Skałandis — „Druga próba”
Leonid Kudriawcew — „I myśliwy…”
Nikołaj Romanieckij — „Obarczeni szczęściem”
Wiaczesław Rybakow — „Trudno stać się bogiem”
Andriej Łazarczuk — „Wszystko w porządku”
Michaił Uspienski — „Smocze mleko”
Wadim Kazakow — „Lot nad żabim gniazdem”
Andriej Czertkow — „Nie umówione spotkania”
Irka, wyczuwszy coś niedobrego, najpierw starała się mu pomóc; ni stąd, ni zowąd, jak w pierwszych latach, zaczynała mówić coś czułego i pochlebnego; za ostatnie grosze kupiła sobie kuszącą bieliznę, zmusiła się do diety, żeby poprawić figurę; bez jednego słowa z jego strony wymyśliła i zastosowała takie pieszczoty, że… I co wynikło? Zrobiło się jeszcze gorzej, ot co. Dał więc spokój. Pewnie zdecydowała, że wyprztykał się chłop, z naturą nie ma co wojować. Za „ni ma” nawet sąd nie zatrzyma. Rogów chyba mu nie zafundowała — chociaż, gdyby miała dziesięć lat mniej — przykleiłaby je obowiązkowo. Malanów świetnie to rozumiał, ale Irka tylko topiła żal w słodyczach. Na wiosnę trudno ją było poznać, przybrała z siedem kilo.
Tylko raz nie wytrzymała. Malanów kolejny, nie wiadomo który już raz próbował ją namówić do rzucenia palenia albo przynajmniej do ograniczenia — słuchała przez pół minuty jego mądrych argumentów, potem rzuciła dzikie spojrzenie spod blond grzywki i wycedziła niemal z nienawiścią: „W życiu tak mało jest radości, chcesz mnie pozbawić tej ostatniej?”
Ze dwie godziny ze sobą nie rozmawiali. Potem — nie ma ucieczki, północ blisko, terminy przyciskają — usiedli pracować. A w tej pracy też nie ma ucieczki: po kwadransie śmiali się do rozpuku.
Ten czynnościowy stupor, ten obrzydliwy duchowy paraliż można było oczywiście wytłumaczyć zupełnie naturalnymi przyczynami. Pewnie tak, ale to było najgorsze, bo Malanów niczego nie mógł powiedzieć na pewno. Czy to presja, czy po prostu życie tak się układało, w końcu inni też nie mają słodko, może po prostu trzeba częściej się śmiać? Nie wiadomo. Malanów nie wiedział. Ale prześladowało go męczące uczucie, że tam, na górze, umyślnie często dają mu do zrozumienia, że wszystko o nim wiedzą — dlatego jest na muszce w dzień i w nocy; wystarczy zrobić zły krok, na sekundę opuścić gardę, powiedzieć tylko jedno słowo czy nawet pomyśleć i… Co i? Tego też nie wiedział.
Jeden do jednego, że uderzą nie w niego, lecz w Irkę albo w Bobkę. Tak już było. Lęk o nich stał się natrętnym koszmarem. Malanów nawet sny miał odpowiednie — często teraz krzyczał w nocy.
Wystarczyło, że Bobka przeziębił się albo bez wcześniejszego uprzedzenia zabalował po północy z przyjaciółmi; wystarczyło, że Irka złapała grypę albo poskarżyła się na wątrobę, wystarczyło, by wychowawczyni Bobki rąbnęła mu niezasłużenie troję i zagroziła obniżeniem oceny na świadectwie, a Malanów zaczynał się trząść: Co też narobiłem? Jak? Kiedy? Jak nakręcony biegał do apteki, wydzwaniał do kolegów Bobki, wygłaszał synowi kazania, dawał dyrektorowi w prezencie koniak z okazji dnia Armii Czerwonej, a kierowniczce do spraw dydaktycznych tort na ósmego marca; miotał się po nocach: Jestem winien czy nie? Moja wina czy stało się to z naturalnych przyczyn? I przebierał, przebierał jak nienawidzący swojego złota, ale na zawsze do niego przykuty skąpy rycerz swoje uczynki, słowa, myśli, próbując odpowiedzieć: Ja czy nie ja?
Wszystko zaczynało wyglądać na koszmarny skrajny egoizm, wszystko rzeczywiście wychodziło na obrzydliwy egoizm, dlatego że Malanowowi już ani myśli, ani uczuć nie starczało na nic prócz: Ja czy nie ja? A jeśli ja, to dlaczego?
Ale odpowiedzi nie było. Ani jednej.
Gdyby nagle z fotela wbił mu się w tyłek ostry cyprys, gdyby spod wersalki wylazły brodate, ponure komary wielkości psa albo przynajmniej gigantyczne karaluchy, byłoby lżej. Ewidentne sprzężenie zwrotne — cóż może być przyjemniejszego dla ducha i pożyteczniejszego dla korekty zachowania? Ale takich prezentów nikt mu nie zrobił. Po prostu choroba. Po prostu niepowodzenie.
Po prostu jeszcze jedna choroba i jeszcze jedno niepowodzenie. Po prostu młodzian Bobka kolejny raz zaszalał. Po prostu Irka pali i kaszle coraz mocniej. Nic określonego. Żadnych dowodów — ani za, ani przeciwko; i tylko spuchnięte od stałych uderzeń, zmienione w jeden olbrzymi siniak sumienie arytmicznie tłukło w żebra: Nie ustrzegłeś. Nie ustrzegłeś. Nie ustrzegłeś. Znowu nie ustrzegłeś.
Nic nie pozostało — tylko lęk, bezsilność i śmiertelne zmę…
4
…przez zamknięte drzwi. Ale mówiąc poważnie, czy to są drzwi? Czy to są ściany? Nieważkie parawaniki. A jeśli już o tym mowa, czy to są pokoje? Gdzieś u Lema jest przepiękne określenie: miejsca w rakiecie wystarczało tylko na to, żeby się szeroko uśmiechnąć. Więc właśnie tą rakietą lecimy przez całe życie i robimy tylko to, na co wystarcza nam miejsca. Kto więc i po co nas wysłał?
Zresztą to akurat wiem. Pytanie tylko, po co?
— Mamo, dlaczego od razu wysyłają do zapalnego? — zadudnił niepewnie Bobka.
— Dlatego że innych punktów teraz w naszym kraju nie ma! — krzyknęła z rozpaczą Irka. — Rozumiesz? Nie ma!
Bobka milczał. Malanów przestał oddychać, a kryminał skamieniał w jego ręku.
— Boże… — Wyglądało na to, że Irka ma dość. Zdarzało się to rzadko, ale jeśli się już zdarzało…
— Wychowujesz, wychowujesz, nie śpisz po nocach; przecież żadne bydlę nie pomoże, wprost przeciwnie… Trzeba pójść do przychodni, zawołać lekarza: zawsze trzeba prosić o zwolnienie z pracy… A tu od razu z mordą! Z mordą!!! Jeśli ma pani taką trudną sytuację, trzeba było poczekać z dzieckiem… — przedrzeźniała ze złością. Przez piętnaście lat nie mogła komuś wybaczyć tego zdania; Malanów nie wiedział komu. — A gdy wyrósł, okazuje się, że i ty masz dług, i twoje dziecko jest im potrzebne! Chodź no, poślemy cię na śmierć! A potem będziemy przepraszali tych, którzy cię zabiją: Ach, pomyliliśmy się, my jesteśmy dobrzy, nie jesteśmy okupantami… My wam szybko jeszcze dwie fabryki bezpłatnie zbudujemy, tylko prosimy, zabijajcie nas trochę mniej, póki budujemy…
— A gdziekolwiek bym był, i cokolwiek bym czynił, przed moją Ojczyzną mam wieczny dług…
— pojednawczo zaśpiewał Bobka. Fałszował. Zresztą gdzie on to słyszał?
— Ty co, zupełnie oszalałeś?
— Ależ ja wszystko rozumiem, mamo.
— A rozumiesz, że nie mamy i nigdy nie będziemy mieli pieniędzy na łapówki?
— Oczywiście.
— No to zapamiętaj: żeby z tych przedmiotów nawet czwórek w tym półroczu nie było! Tylko piąteczki! Łapiesz? — Yes.
— To przynajmniej jakaś szansa… — Yes.
— Jeszcze mi brakowało biegania po komitetach matek!
— Nie będziesz biegała.
Malanów odłożył lady Agathę. Spokojnie zdjął z kolan gorącego i miękkiego Kałama, który natychmiast zaczął mruczeć z niezadowolenia, i wstał. Raźnie otworzył drzwi do pokoju Bobki:
— Co to za krzyki? Włączajcie szybko telewizor, zaraz będzie śmiechopanorama. Wolne dziś czy nie?
Bobka, odwróciwszy się, zamrugał jasnymi oczami. Irka schowała twarz w dłoniach.
— Jeszcze czterdzieści minut, tato…
— Tak? Czyli znowu coś poplątałem. I wtedy Irka…
Rozdział 2
5
…wiele lat temu stały się rytuałem. I jak każdy rytuał obrosły odzywkami, gestami i grymasami niemal obowiązkowymi; w każdym razie, jeśli którejś nie dało się zastosować i zagrać, to po takim wieczorze zostawało poczucie niezaspokojenia, okropnie nieprzyjemne dla ludzi interesu, nawet jeśli w danej chwili odpoczywają, wrażenie czegoś nie dokończonego. Jednakże z drugiej strony zupełnie sztuczne wciskanie ustalonych i ulubionych elementów rytuału do naturalnego toku wieczornych wydarzeń wywoływało skutek odwrotny do zamierzonego. Człowiek czuje się głupio i nawet chyba jest mu wstyd. Jakby nie powstrzymał się od głośnego beknięcia albo wywalił wiadro z pomyjami na drogi dywan. Jakby zepsuł ulubioną zabawkę przyjaciela.