Światy braci Strugackich - Czas uczniów
- Автор: Лукьяненко Сергей Васильевич, Скаландис Ант
- Год: 2001
- Язык: польский
- Год: Rebis
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Światy braci Strugackich - Czas uczniów». Краткое содержание книги:
Wybór: Andriej Czertkow
Borys Strugacki — „O problemie materializacji światów”
Siergiej Łukjanienko — „Krzątanina w czasie”
Ant Skałandis — „Druga próba”
Leonid Kudriawcew — „I myśliwy…”
Nikołaj Romanieckij — „Obarczeni szczęściem”
Wiaczesław Rybakow — „Trudno stać się bogiem”
Andriej Łazarczuk — „Wszystko w porządku”
Michaił Uspienski — „Smocze mleko”
Wadim Kazakow — „Lot nad żabim gniazdem”
Andriej Czertkow — „Nie umówione spotkania”
Przestał dbać o siebie, z determinacją chodził w starych, nieświeżych i nie uprasowanych rzeczach, chociaż kiedyś był czyścioszkiem i pedantem aż do szpiku kości; efektowny ciuch, włożony po długiej przerwie lub po raz pierwszy, cieszył go jak dziecko czy kobietę, dodawał pewności, luzu, nawet staranności. Ale właśnie z nowymi i czystymi rzeczami coś się działo. Stracił jedyny jasny płaszcz, kiedy po bardzo poważnej radzie naukowej siedzieli, leniwie kończąc spór, na ławeczce w parku naprzeciwko Admiralicji, gęba w gębę z Przewalskim; kolega zapalił i niemal natychmiast duży dymiący kawał papierosa widocznie z jakimś patykiem w środku — spadł na Malanowa; nie przepalił ubrania na wylot, ale błyskawicznie wyżarł czarną plamę na szlachetnym materiale, w najbardziej widocznym miejscu. W kupionym dwa lata temu garniturze, który mocno napiął budżet całej rodziny i z którego Malanów był strasznie dumny, nie zdołał nawet nigdzie dojechać; już na schodach do metra stojąca nieco wyżej młoda para turystów zaczęła coś pośpiesznie przekładać u siebie w plecakach i obdarowała Malanowa całym termosem gorącej, mocnej herbaty. Chłopak, chichocząc przyjaźnie bez cienia skrępowania, trzepnął oparzonego Malanowa po ramieniu, z którego waliła jeszcze para, i powiedział: „No, na razie! Tylko się nie złość! Nam też szkoda herbaty”, a Irka, jakby się nie starała, nie dała rady doprać zacieków i plam…
W maju dziewięćdziesiątego trzeciego, kiedy spacer za miasto nie uderzał jeszcze w miesięczne finanse, Malanów wybrał się na trzy godzinki do Komarowa — najlepiej myślało mu się właśnie w ruchu i właśnie w bezludnym lesie. Maj był suchy, gorący i już po dziesięciu minutach spaceru od peronu na granicy osiedla Malanów natrafił na to, co się określa mianem ognisko pożaru. Dymiący, aromatyczny płomień z sykiem i trzaskiem pełzł po suchym igliwiu, sięgając sosenek. Ognisko najpierw miało średnicę miednicy, nie więcej, ale Malanów niczego ze sobą nie miał — wziętą na wszelki wypadek złożoną dwukrotnie kartkę i długopis. Zaczął zadeptywać, przepalił adidasy, spróbował zbić gałęzią; dym wżerał mu się w oczy, brwi i rzęsy błyskawicznie się spaliły, a najgorsze, że bez względu na wszystkie wysiłki ognisko wolno się rozszerzało. Obok, usilnie patrząc w bok, przeszła kobieta w średnim wieku, potem rozmawiając z ożywieniem, przejechała trójka niedorostków (,A on wtedy, kurwa, mówi do niej, kurwa: ty jeba…”). Ale dobiła Malanowa młoda mama z prowadzonym za rączkę chyba sześcioletnim synkiem. Jakiś czas patrzyli, jak Malanów pląsa w ognisku, a potem dziecko powiedziało z zachwytemo: „Patrz, mamo, wujek las podpalił!” „Cóż, zdarza się — odpowiedziała mama. — Pewnie wujek był nieuważny: palił, rzucił zapałkę…” Malanów splunął i powiewając okopconymi nogawkami, zdecydowanie poszedł swoją drogą: niech się wali, niech się pali! Przeszedłszy jakieś dwadzieścia metrów, obejrzał się. Mama i syn stali i patrzyli za nim, a ogień zgasł. Sam.
Nigdy nie załapywał się na żadne wyszarpane od czasu do czasu przez instytut granty i fuchy. Mimo że ciągle mówiło się o tym w dziale i bezpośrednio w dyrekcji („Jakże można prowadzić ten program bez Dmitrija Aleksiejewicza?!”), w końcu zawsze z tych lub innych powodów albo bez powodów wypadał. Zresztą co tydzień proponowano mu uczestnictwo — tam, gdzie trzeba było orać za nic. Mówiąc po odesku — „za friko” — jeśli wierzyć rzecz jasna Bobce, który tego strasznego lata odpoczywał pod nadzorem mamy Irki w leżącym obecnie za granicą mieście-bohaterze Odessie. Mimo młodego wieku nasłuchał się kupy cudownie apetycznych słówek, zanim na długo zamilkł. To śmieszne i głupie, ale jeszcze trzy, cztery lata temu Malanów zgadzał się na wszystkie takie propozycje — dopiero ostatnio zrzucił pęta. Ale i tak śmiano się z niego za plecami, a on świetnie to wiedział i czuł. Na naradach szef załatwiał wszystko słodkimi powiedzonkami typu: „Każda nowa praca Dmitrija Aleksiejewicza jest nie zawsze wielkim, ale prawdziwym odkryciem…” Kusiło go, żeby wrzasnąć z proletariacką szczerością: „Uznanie kieliszka nie napełni!” Ale nie miało to sensu, więc Malanów tylko inteligentnie się rumienił i mamrotał: „Co też pan…” Właściwie za socjalizmu królowała taka sama podłość, nic się nie zmieniło prócz jednego: za socjalizmu można było być bezinteresownym entuzjastą, takim Saszą Priwałowem, dla którego poniedziałek zaczyna się w sobotę, dlatego że pobory wystarczały na życie.
Oczywiście opędzanie się z mądrą miną od asteroidów i jeżdżenie w tej sprawie na zakupy na międzynarodowe sympozja podobno po przeliczeniu wszystko zrobiło się tam teraz tańsze niż u nas — było równie wstrętne jak plamienie kawą warsztatów. Ale przynajmniej nie trzeba by było wysysać z palca cyrylicy, lecz co najwyżej zgrabne, wyraziste, twarde cyfry, sprawdzony i pewny taniec formuł — tak tańczą, metalicznie połyskując, dobrze dopasowane elementy silnika. Można byłoby pleść o niebie, o niebie..!
Gdy tylko Malanów chciał coś osiągnąć, akurat to mu nie wychodziło. Nie można powiedzieć, że nic mu nie wychodziło — nie, coś wychodziło, inaczej dawno już by sam zdechł z głodu i rodzinę zagłodził; ale udawało się niechcący, wychodziło tylko to, do czego miał obojętny stosunek, czego właściwie nie chciał. Lecz gdy tylko czegoś zapragnął — nic. Wchodziły do gry najgłupsze powody, najbardziej idiotyczne zbiegi okoliczności.
Gdy proponowano mu coś kuszącego czy przynajmniej dochodowego, Malanów obojętnie i zwyczajowo dziękował, wiedząc z góry, że nic z tego nie wyjdzie; i rzeczywiście, mijał tydzień, dwa czy trzy, i dobrze jeszcze, jeśli proponujący mieli ochotę zadzwonić i przeprosić, usprawiedliwiając się niespodziewaną dżumą, głodem i upadkiem Księżyca. Z reguły po prostu znikali i próby telefonicznego pościgu skazane były na niepowodzenie. A jeśli nawet udało się mu dodzwonić, ponownie obiecywali i znikali. Na dodatek czuł, że się na niego obrażają: tak nietaktownie przypomniał o własnym istnieniu.
Stopniowo Malanów, niegdyś człowiek pełen energii, odważnie i z powodzeniem chwytający dwadzieścia spraw naraz, zupełnie opadł z sił. Prawie nie udawało mu się zmusić samego siebie do zrobienia czegokolwiek — prania skarpet czy napisania artykułu. To, do czego zmuszały go okoliczności, w osobie Irki czy Bobki, w postaci zamawiającego czy instytutowego szefostwa, jakoś jeszcze odwalał niczym dożywotni katorżnik. Nic mu się nie chciało, robił to tylko z poczucia obowiązku. Ale żeby zrobić coś z własnej inicjatywy — o nie, sługa uniżony! To strata czasu i sił, których brakuje już niemal na wykonanie choćby obowiązków… I tak nic z tego nie wyjdzie.
A gdyby i wyszło — stracisz dziesięć razy więcej sił, niż zużyłby ktokolwiek inny, a wynik będzie dziesięć razy gorszy od tego, jaki osiągnąłby na twoim miejscu pierwszy lepszy… Naszarpiesz się tylko i najesz wstydu. Najesz wstydu i naszarpiesz.
Nie miał już ochoty na nic. Zupełnie na nic.
Nawet w kontaktach z najbliższymi ogarniała go niechęć. Rozmawiał, owszem, śmiał się, obgadywał seriale telewizyjne i zakupy, i wybory, ale wszystko jakby na rozkaz, pracochłonny i całkowicie bezsensowny. Tłumaczył coś Bobce, a sam myślał: „On ma w nosie moje gadanie, jednym uchem mu wchodzi, drugim wychodzi, i tak zrobi po swojemu”. Obejmował przed snem Irkę, ale nie odczuwał ani radości, ani pożądania, a po łbie mu krążyło: „Nie dasz jej szczęścia, nie możesz. Na-szarpiesz się tylko i najesz wstydu”. Jeśli Irka zachowywała się cicho, po głowie krążyło jakby oczekiwane: „Widzisz? Nie wychodzi ci, ona nic nie czuje”. Ale wystarczyło, żeby jęknęła, a duszę kąsał inny jadowity kieł, jeszcze dłuższy i ostrzejszy: „Biedna… Udaje, żeby mi dogodzić, stara się mnie pocieszyć… Och, nie trzeba było nawet zaczynać”.