Honor na wygnaniu [Flag in Exile - pl]
- Автор: Вебер Дэвид Марк
- Год: 2002
- Язык: польский
- Год: REBIS
- ISBN: 83-7301-162-5
- Переводчик: Jaroslaw Kotarski
- Жанр: Космическая фантастика
Электронная книга - «Honor na wygnaniu [Flag in Exile - pl]». Краткое содержание книги:
Spokój jednak nie jest pisany — z jednej strony atakują wrogowie wewnętrzni, dla których kobieta — patron stanowi obrazę, z drugiej zewnętrzni: zrewolucjonizowana Ludowa Republika Haven kolejny raz próbuje zdobyć system Yeltsin. Na drodze do zwycięstwa jednych i drugich stoi tylko jedna przeszkoda — admirał lady Honor Harrington. Admirał, ale nie Królewskiej Marynarki…
A na dodatek tak dziwacznie zachowywały się tylko te podświetlone na czerwono — pozostałe waliły się w sposób całkowicie zgodny z symulacją. I Stu miał też rację co do ostatecznych zdeformowań… Wyglądało to tak, jakby coś odciążyło czerwone wsporniki… Do Gerricka nagle dotarło, iż tak właśnie by się działo, gdyby zaczęły się one wcześniej obracać. I jeszcze coś dotarło doń równocześnie…
— Wiemy, gdzie był użyty wadliwy cerambet? — spytał.
— Naturalnie — obruszył się Matthews urażony, że chodzi o coś tak oczywistego.
— Zaznacz na żółto wszystkie wsporniki ze złym cerambetem — polecił Gerrick, ignorując jego uczucia.
Coś było w jego głosie takiego, że Matthews bez protestu wykonał polecenie, wstukując je na najbliższej klawiaturze. Przez moment nic się nie działo, po czym wszystkie poza dwoma wsporniki czerwone uzyskały pulsujące, żółte obwódki.
Gerrick pokiwał głową, sprawdził informacje podane przy obu wynikach i powtórnie pokiwał głową — te wsporniki zachowywały się normalnie padając, ale jeśli wziąć pod uwagę, że wzmocniono je dobrym cerambetem, było to zrozumiałe. Inne nie miały tego wzmocnienia i… I w tym momencie zrozumiał ostateczny wzór.
— Skurwysyn! — szepnął z niechętnym podziwem. — Jebany skurwysyn!
— Kto?! — zdziwił się Matthews.
— Popatrz na rozmieszczenie złych otworów!
— Na co? — Matthews nadal nic nie rozumiał.
Gerrick odepchnął go od klawiatury i zmusił szare komórki do jeszcze bardziej wytężonej pracy. A potem zaczął wpisywać komendy i holoprojekcja rozbłysła nowymi kolorami.
— Na tej budowie pracowało siedem świdrów, prawda? — spytał retorycznie, nie patrząc nawet na holoprjekcję, i zaraz sam sobie odpowiedział. — Siedem. Każdy w ciągu dnia wiercił pięć otworów, prawda?
— Prawda — powiedział wolno Matthews, zaczynając rozumieć, o co chodzi.
Kiedy na obrazie pojawiło się siedem nowych barw, Gerrick wstał i spytał:
— Teraz widzisz?… Każdy z tych cholernych obrotowych wsporników został osadzony w otworze wywierconym przez tego samego operatora! A teraz popatrz na to — wcisnął klawisz i na obrazie pojawił się zielonkawy odcień. — Dwa z otworów wywierconych przez tego skurwysyna zostały zalane dobrym cerambetem, ale pozostałe złym. I żaden otwór wywiercony przez kogoś innego nie został zalany złym cerambetem!
— Ale to by znaczyło… — zaczął Matthews.
Gerrick kiwnął energicznie głową i nie dał mu dokończyć.
— Chet, łącz mnie natychmiast z zarządcą! — polecił.
— Co takiego? — zdumiał się szef kadr Sky Domes. Gerricka zatrzęsło — tupnął i warknął:
— Ogłuchłeś, do cholery?! Dawaj mi natychmiast lorda Clinkscalesa! A jak mnie z nim połączysz, znajdź mi nazwisko tego kutasa złamanego, który obsługiwał… — sprawdził oznaczenia — …świder numer cztery!
ROZDZIAŁ XXII
Obserwujący cumowanie cywilnego kutra przez okno z armoplastu Andrew LaFollet był zmęczony i chory, choć nie było tego widać ani po jego zachowaniu, ani po twarzy. Przybył osobiście po pasażera, gdyż miał nadzieję, że przywiózł jakieś radośniejsze wieści, choć zdawał sobie sprawę, że to próżna nadzieja. W tym horrorze nie było dobrych wiadomości, a świadomość, jak się to odbija na lady Harrington, ciążyła mu gorzej niż osobisty żal.
LaFollet urodził się i wychował na Graysonie. I choć nie miał żony ani dzieci, rozumiał uczucia swych rodaków. Nie winił ich za nie, bo nie mógł, mimo iż wiedział, że prawda wygląda inaczej. Rozumiał, jak sprawnie przeciwnicy Honor manipulowali uczuciami, i wiedział, że niewielu mieszkańców Graysona zdaje sobie z tego sprawę. Sam nie był w stanie nic zrobić i to właśnie najbardziej go bolało. A był prawie chory, bezsilnie obserwując, jak cierpi z powodu samooskarżeń.
Pamiętał, co działo się, gdy dowiedziała się o śmierci Paula Tankersleya. Pamiętał doskonale tę bladą zjawę obojętną na wszystko wokół, nawet na Nimitza. Przez trzy nie kończące się doby bał się, że ją stracą, że Honor po prostu zgaśnie. Przetrwała jednak i znalazła nowy cel — zemścić się na płatnym zabójcy. Potem, gdy wyszła na jaw prawda, sytuacja zmieniła się wręcz drastycznie i odetchnął z ulgą. Owszem, Honor ucierpiała — niektóre rany były tak głębokie, że nie zaleczył ich całkowicie nawet pełen standardowy rok i zmiana otoczenia oraz zajęcie, jako że żadna zemsta nie mogła wskrzesić tego, kogo kochała. Stopniowo jednak zaczęła wracać do życia i coraz bardziej przypominać dawną lady Harrington.
I kiedy wydawało się, że wszystko jest na najlepszej drodze, musiała się zawalić ta cholerna kopuła i zabić kupę ludzi, w tym szkolną wycieczkę! I tym razem sytuacja była znacznie gorsza, bo nie było na kim szukać zemsty, a jedyną osobą, którą mogła za wszystko winić, była ona sama. I robiła to tak skutecznie, że LaFolletowi włosy stawały dęba, gdy o tym myślał.
Tym razem nie zamknęła się w sobie, ale osoba, która spoglądała jej oczami, nie była jego patronką i to właśnie powodowało, że LaFollet czuł się coraz gorzej psychicznie. Był to ktoś obcy wypełniający admiralskie obowiązki jedynie z powodu głęboko zakorzenionego poczucia obowiązku i wrodzonego honoru, który to honor tego wymagał. Wypełniała je jednakże jak automat, zamknięta w swoim własnym prywatnym piekle i nienawidziła siebie bardziej niż nienawidzili jej najzagorzalsi wrogowie na powierzchni planety. Nie było gorszych oskarżeń niż te, które już sama sobie postawiła, a dodatkowym ich skutkiem było to, że otworzyły one stare rany, zwiększając w ten sposób jej cierpienie.
Patrząc na kontrolkę wyrównania ciśnień, przypomniał sobie pierwszą noc po katastrofie i wstrząsnął nim dreszcz. Nie był na służbie, gdy połączył się z nim MacGuiness, prosząc, by zjawił się natychmiast. Znalazł ją w sypialni zlaną potem, w zmiętej pościeli i w szponach koszmaru. Pojęcia nie miał jakiego, lecz wystarczyło jedno spojrzenie na Nimitza, by zrozumiał, że strasznego. I by naprawdę zaczął się bać.
Nawet gdy zamknęła się w sobie po śmierci Tankersleya, nigdy tak naprawdę nie była sama, bo Nimitz cały czas był z nią. Dzielił jej ból i wspierał miłością, walcząc równocześnie z jej chęcią do skończenia ze sobą. I mimo że dzięki łączącej ich więzi czuł wszystko, co ona czuła, nie pozwolił się wciągnąć w tę rozpacz ani też nie przerwał ani na moment więzi. Było to dla niego trudne, ale poradził sobie.
Tym razem było inaczej. Tym razem na podłodze sypialni czaił się gotów do skoku wściekle syczący demon z wyszczerzonymi kłami i przekrwionymi ślepiami. LaFollet nie był tchórzem, ale widział nagrania z pałacu i doskonale zdawał sobie sprawę, co potrafi z człowiekiem zrobić treecat, a Nimitz był już weteranem w walce z ludźmi. Ani on sam, ani Mac nie odważyli się przekroczyć progu, nim koszmar się nie skończył. Obaj próbowali się z nim porozumieć, prosząc, by pozwolił im przejść, ale nic do niego nie docierało. Tym razem rozpacz Honor wciągnęła go tak dokładnie, że wrócił do pierwotnego stanu swych przodków z samego początku ewolucji. I żadne inne uczucia nie miały doń dostępu. Dopiero kiedy koszmar się skończył, zwalił się na podłogę.
Pozbierał się prawie natychmiast, potrząsając łbem jak po solidnym ciosie i miaucząc rozpaczliwie. Andrew LaFollet nigdy nie widział przestraszonego choćby lekko Nimitza. Niezachwiana pewność w możliwości własne jak i swego człowieka była podstawą jego osobowości. Tym razem trząsł się z brzuchem na dywanie — odruchowo osłaniając najwrażliwsze miejsce przed zagrożeniem, którego nie potrafił opanować. Był to widok, który go sparaliżował tym skuteczniej, gdy dotarły doń konsekwencje takiej reakcji Nimitza.