Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #2
- Год: 2010
- Язык: польский
- Год: Powergraph
- ISBN: 9788361187165
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód». Краткое содержание книги:
Dochodziła północ, gdy zgromadzili się w opróżnionej na tę okazję stajni. Stary Aandurs zapewnił, że nikt nie będzie im przeszkadzał. Każdy, zgodnie ze zwyczajem, przyniósł mały kaganek, świecę czy oliwną lampkę, i teraz wnętrze pomieszczenia oświetlały tylko one. Dwadzieścia cztery migoczące światełka.
– Oto cała moja zasługa, przez dwa lata z rzędu nie dopuszczałem, by nowo wystawione oddziały jazdy wysyłano do walki po jednym czy dwa. Chciałem stworzyć pełną armię konną, co najmniej trzydzieści tysięcy szabel, bo bez niej Meekhan przegrałby wojnę. I udało mi się, ale przez te dwa lata w kilku większych i mniejszych bitwach zginęło osiemdziesiąt tysięcy żołnierzy, a koczownicy spustoszyli połowę północnych prowincji. Bo to druga prawda o walce piechoty z jazdą. Jeśli piechota złamie jazdę, nigdy nie może jej dogonić i dobić. Jeśli jazda złamie piechotę, robi to zawsze. Osiemdziesiąt tysięcy zabitych żołnierzy, oto moja zasługa.
Wszyscy wstrzymali oddech. Kailean stała nieco z boku, wosk spływający z małej świeczki parzył jej palce. Nie kłam przed płomieniem, to zwyczaj znany i uznawany przez wszystkich. Meekhańczycy przywieźli go w czasie podbojów, lecz zakorzenił się na Wschodzie ze zdumiewającą szybkością. Nazywano go tu Otwarciem. Prosty, niemal magiczny obrzęd. Gdy trzymając w ręku świecę, kaganek albo nawet kawałek zapalonego drewienka, stoisz pośród towarzyszy, musisz mówić prawdę. Mówisz, patrząc na płomień, a on pochłania twoje słowa, zapisuje je w sobie i nigdy już nie zdołasz się ich wyprzeć. Nowożeńcy składają sobie przysięgi, trzymając świecę w ręku, kupcy podpisują najważniejsze umowy, jedną ręką dotykając podstawy lampy. Konającemu zapala się świecę, by nie umierał w ciemności i by jego ostatnie słowa nie przepadły. Płomień to prawda i oczyszczenie.
– Po wygranej bitwie o Meekhan spadły na mnie wszelkie zaszczyty, jakie mogą spaść na człowieka. Do tej pory przysługuje mi przywilej zwracania się do cesarza po imieniu i audiencji na każde żądanie. Nie licząc oczywiście złota, ziemi i tytułów. – Laskolnyk zamilkł i wydawało się, że zapatrzony w płomień widzi te dawne dni, piękne posesje w stolicy, uczty i parady na swoją cześć. – Oto moja zasługa. Przez pierwsze lata po wojnie byłem w Nowym Meekhanie jednym z najważniejszych ludzi. Mężczyźni zabiegali, by znaleźć się przy moim stole, kobiety, by od tego stołu trafić do łoża. Miałem... mam pod miastem posiadłość, w której stoi pałacyk, cały z marmuru i alabastru, zajmujący tyle miejsca, co ćwierć Lithrew. W winnicach porastających otaczające go wzgórza można by wybudować pięćdziesiąt takich miasteczek. Hodowałem konie, które miały biegać szybciej niż wiatr i – na włosy Laal – udawało mi się. Pięć lat z rzędu moje klacze zajmowały pierwsze miejsce w Wielkiej Cesarskiej Gonitwie, byłem sławny, bogaty i potężny. Ale nie byłem Meekhańczykiem czystej krwi, a dwór cesarski to plac zabaw dla znudzonych arystokratów z Rady Pierwszych. Dla nich miałem być pionkiem lub co najwyżej mało znaczącą figurą, dzikim barbarzyńcą, który tymczasowo wkradł się w łaski cesarza. – Kha-dar uśmiechnął się dziwnie, obnażając przy tym zęby jak prawdziwy wilk. – Oto moja zasługa. Dałem się wciągnąć w intrygi na dworze, pomogłem wytropić i ukarać spiskowców, którzy pragnęli zdobyć dla siebie nowe przywileje. I zapłaciłem za to. Szóstego roku, tuż przed Wielką Gonitwą, ktoś otruł moje trzy najlepsze wyścigowe klacze. Potem ktoś rozpuścił wśród najemnych robotników plotkę, że służę Niechcianym i składam ofiary z ludzi, więc połowa winogron zgniła, bo nie miał ich kto zebrać. Później próbowano podrzucić mi kompromitujące dokumenty. A potem chciano oskarżyć o gwałt.
Błysnął jeszcze raz dzikim uśmiechem i zamilkł. Po chwili, wciąż zapatrzony w płomyk, podjął opowieść.
– Znalazłem osobę, na której polecenie otruto moje konie, i ponieważ okazała się księżną wysokiego rodu, wyzwałem na pojedynek jej najstarszego syna i go zabiłem. Potem przypomniałem, że ma jeszcze dwóch synów, którzy nie mogą odmówić mi satysfakcji. Tak zamieniłem zwykłego wroga we wroga śmiertelnego. Do pracy w winnicach ściągnąłem ludzi z odległych stron, przepłacając ich sowicie. Kompromitujące papiery pokazałem imperialnym Szczurom, a oni raz-dwa znaleźli tego, kto je sfałszował. Rodzinie dziewczyny, która chciała oskarżyć mnie o gwałt, kazałem stawić się przed cesarskimi jasnowidzami. Więcej o niej nie słyszałem. Oto moja zasługa.
Po raz pierwszy Laskolnyk oderwał wzrok od świecy i rozejrzał się. To on kazał im się tu stawić z ogniem w ręku, w najdłuższą noc zimy, gdy na ośnieżonych Stepach szalały mroźne wichury. Kailean nie do końca wiedziała dlaczego, jednak nawet ślepy zauważyłby, że coś się dzieje.
Od śmierci ciotki, od czasu nieudanej próby porwania, Laskolnyk ani razu nigdzie nie pojawił się sam. Zawsze towarzyszyło mu kilku ludzi. Między Lithrew a okolicznymi stanicami zaczęli gęsto kursować posłańcy, goście z odległych rejonów Imperium przyjeżdżali i prosili o spotkanie z generałem, a w pobliżu miasta zawsze kręciła się jakaś chorągiew. Teraz żeby uprowadzić lub zabić Laskolnyka, trzeba by kilkuset zbrojnych.
Czaardan także pracował. Ona sama jeździła z pismami w różne miejsca, do wojskowych stanic, do miast-obozów Wozaków Verdanno, do dziwnych ludzi, których w życiu nie posądzałaby o znajomość z kha-darem. I była coraz bardziej poirytowana. Laskolnyk słowem nie zdradził, czego dowiedział się od niedoszłego porywacza, jej rodzina spakowała się pewnego dnia i wyjechała do Mandellen, Berdeth pojawiał się i znikał, kiedy miał ochotę. Czuła się jak kawałek drewienka, który wpadł do strumienia i jest niesiony w nieznane.
A potem spadły śniegi i w kilka dni wszystko zamarło. Od miesiąca wszyscy siedzieli w mieście i kisili się w domysłach. A to nigdy nie wróżyło niczego dobrego.