Pamięć wszystkich słów. Opowieści z meekhańskiego pogranicza
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #4
- Год: 2015
- Язык: польский
- Год: satan
- ISBN: 9788364384257
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Pamięć wszystkich słów. Opowieści z meekhańskiego pogranicza». Краткое содержание книги:
– No i? Kazałaś mi zapomnieć o starym życiu, a teraz mam szukać odpowiedzi w kendet’h?
Uśmieszek Małej Kany przerodził się w grymas poirytowania.
– Zapomnieć? Znów nie zrozumiałeś. Głupiec. Kendet’h to przecież wasza Droga. A idąc, używa się nóg, nie głowy. Jak myślisz, dlaczego Harudi zakazał wam tatuowania i znakowania ciała? I to tysiąc lat po Wojnach z Niechcianymi. Choć zwyczaj ten nie jest skierowany przeciw nim, zapewniam cię, odpowiedź masz w wersie dwieście osiemnastym. Zacznij wreszcie myśleć, głupcze!
Dwieście osiemnasty wers. Niemal identyczny jak dwieście dwunasty, choć rozwijający zakaz.
I nie pozwól, bym oszpecał ciało rysunkami lub bliznami, które tworzą znaki, tylko Twoje dłonie mogą mnie bowiem objąć, gdy stanę między nimi nagi w dniu Sądu.
… mogą mnie bowiem objąć…
Objęcie. Przełknął ślinę. Miecz zaczął nagle wyglądać nie jak materialny obiekt, lecz jak dziura w powietrzu, pęknięcie w kształcie broni.
– Mówisz prawdę? Ten… ana’bóg szykuje się na Objęcie ludzi?
Skinęła głową.
– Tak. Armia, którą stworzy, będzie trudna do pokonania, a dusza każdego jego wyznawcy, choćby zginął dziesięć mil stąd, trafi do niego. Pożre ich dziesięć, dwadzieścia tysięcy na raz i przekroczy pewien próg. Stanie się prawdziwym bogiem.
– Zamierzasz go powstrzymać?
Udało mu się. Zaskoczył ją.
– A po co? Nie jestem od tego, by sprzątać śmieci po ludziach. Wyhodowaliście sobie nibybóstwo, to pokłońcie mu się albo go zabijcie. Nie. Chcę przypomnieć mu o tym, czym był na początku. I o formie, jaką mu nadano. Furtka i miecz. Chcę, by tym dla mnie został. Mieczem i furtką. Ostatni raz. A potem niech rozpętuje tę swoją wojnę i Obejmuje sobie, kogo zechce.
Czarnowłosa rozejrzała się demonstracyjnie.
– Zapamiętaj to miejsce. Dokładnie. Następnym razem chcę trafić tutaj od razu.
Część II
Uśmiech głupca
Rozdział 1
Obudziła się równo z pierwszymi gongami. Białe Konoweryn witało każdy dzień siedmioma uderzeniami w olbrzymie spiżowe tarcze, zawieszone w najwyższej wieży pałacu. Dźwięk był głęboki, potężny, majestatyczny. Niósł się nad miastem, łamiąc nocną ciszę, oznajmiając wszelkiemu stworzeniu, że oto nastaje kolejny dzień.
I oczywiście bezlitośnie wyrywając ją ze snu.
Tradycja – wyjaśniono jej w pierwszych dniach, powoli i cierpliwie, jak upośledzonemu dziecku. Na pamiątkę Siedmiu Dni Ciemności, gdy słońce nie wschodziło nad światem i tylko Światło Agara dawało ludziom nadzieję. Deana do tej pory zastanawiała się, jakim cudem przełożona Domu Kobiet potrafiła tak zaakcentować wielkie litery, że nawet tłumacz oddawał to w rozmowie, ale Owiya z Baderhe miała najróżniejsze talenty, a mówienie wielkimi literami było tylko jednym z nich. Gdyby kobieta zechciała wysłuchać issarskiej wersji tej legendy, Deana wyjaśniłaby, że zapewne chodzi o Dni Żałoby, w czasie których bogowie zakryli świat kirem, by opłakiwać wszystkich poległych w Wojnach z Niechcianymi. A gdyby chciała się trochę podroczyć z tą nadętą ropuchą, wspomniałaby też, że zrobili to najpotężniejsi Nieśmiertelni pod przewodnictwem samej Wielkiej Matki, więc to dziwne, że Agar nie brał udziału w tym wydarzeniu. Chyba że nie był zbyt ważnym bogiem.
Oczywiście to było dokładnie to, przed czym ostrzegał ją truciciel, ale i tak czasem miała ochotę zrobić coś takiego tylko po to, by sprawdzić, czy przełożoną Domu Kobiet da się wyprowadzić z równowagi. Och, rzecz jasna Owiya z Baderhe potrafiła się wściekać, i to jak. Uśmiechała się wtedy uprzejmie, ściszała głos, składała skromnym gestem dłonie na podołku. Gdy w takim nastroju pojawiała się na korytarzach pałacu, młodsze służki mdlały, a starsze uciekały jak stado myszy przyłapanych przez kota. Jak głosiła plotka, w ciągu ostatnich siedmiu lat trzy z podległych jej dziewcząt popełniły samobójstwo.
Na Deanie Owiya z Baderhe tylko raz wypróbowała swój uprzejmy głos i delikatny, lekko współczujący uśmiech. Było to zaraz po jej pojawieniu się w tej części pałacu. Wymieniły ledwo kilka zdań, i to przez tłumacza, który władał chropawym, kupieckim meekhem, i od razu wiedziały, że się nie polubią. Deana nie potrafiła tego zrozumieć, przełożona Domu wydawała się całkowicie szczera, jej dłonie, twarz i oczy wyrażały tylko troskę. A jednak z każdym zdaniem wyrastał między nimi lodowy mur.
Oczywiście Owiya była pełna podziwu dla jej dokonań, lecz jednocześnie przepełniało ją współczucie dla biednej dziewczyny z gór, którą kaprys losu rzucił tak daleko od domu. To musi być przerażające znaleźć się nagle w tak wielkim mieście. Ulice, wielopiętrowe domy, kanalizacja, akwedukty… Czy jej to nie oszałamia? Czy będzie się dobrze czuła w pałacu? W Konoweryn z pewnością jest wielu jej rodaków, część strażników karawan to Issarowie, pewnie czułaby się lepiej wśród… Ach, książę rozkazał, by mieszkała w Domu Kobiet. Oczywiście. Zaraz przygotujemy komnaty. Czy kazać rozłożyć posłanie na podłodze? Nawet tłumacz, korpulentny urzędnik w lawendowych atłasach, zaczął się w tym momencie pocić i rzucać Deanie przestraszone spojrzenia, ale starsza kobieta była po prostu oazą troski i poczucia obowiązku. Łóżko może być niewygodne dla kogoś… O tak, z pewnością Issaram… dobrze to wymawiam? Issaram znają łóżka. Ten podróżny strój oczywiście spalimy, pustynne robactwo… eee no tak, wypierzemy. I przyślę kogoś, by uszył inne.
Pałacowi amri są rzecz jasna do jej dyspozycji. Ile potrzebuje niewolnic?
Niewolnicy…
Wiedziała oczywiście, że tu są, ale nie sądziła, że jest ich aż tak wielu. Suchi wyjaśnił jej po drodze, że w księstwie istnieją trzy główne grupy niewolnych. Kaihowie, czyli brudni – najniższa z nich, pracująca w kopalniach i na plantacjach. Auwini, popielni – średnia kasta niewolników, zatrudniana zazwyczaj w warsztatach rzemieślniczych, przędzalniach i tkalniach. Oraz amri, zwani domowymi – kasta obejmująca niewolników wykształconych w szczególnych umiejętnościach, nauczycieli języków, lekarzy, muzyków, kucharzy, osobistą służbę.
To spośród niewolnych Rody Wojny rekrutowały swoich wojowników, wybierając młodych chłopców i szkoląc ich bezlitośnie przez wiele lat, a w zamian obiecując wolność dla nich i lepszy los dla ich rodzin. Niewolnicy pracowali też na plantacjach, przędli i farbowali jedwab, wznosili budowle, karczowali dżunglę, karmili, ubierali i podcierali tyłki swoim panom. W Konoweryn miarą wartości człowieka była liczba ozdobionych niewolniczymi obrożami karków, które się przed nim zginały.
Nie. Nie potrzebuje niewolnic. Ani jednej.
Oczywiście. Zapewne w jej wiosce… bo pochodzi z wioski, prawda? W jej wiosce nikogo nie było stać na niewolnika. To zrozumiałe.
Pierwszy raz widziała, by ktoś, uśmiechając się niewinnie, wystrzeliwał w nią szyderstwo za szyderstwem, obelgę za obelgą. Jakby znalazła na drugim końcu świata duchową siostrę Lengany h’Lenns.
Deana odwróciła się w połowie rozmowy i jakby nigdy nic ruszyła w kierunku okna. Ujrzała szok i grozę na twarzach kilku kręcących się w pobliżu kobiet, ale zignorowała je. Nie była niewolnicą, zastraszoną służącą ani książęcą nałożnicą. Znajdowała się poza hierarchią Domu Kobiet, a Owiya z Baderhe nie miała nad nią żadnej władzy. I lepiej, by sobie to od razu uświadomiła.