Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Każde martwe marzenie
Każde martwe marzenie - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Każde martwe marzenie

Электронная книга - «Każde martwe marzenie». Краткое содержание книги:

Każde martwe marzenie
1 ... 65 66 67 68 69 70 71 72 73 ... 210
Перейти на страницу:

— O co cho­dzi?

Fen­lo po­ka­zał mu stos ru­pie­ci le­żą­cych pod ścia­ną. Ja­kieś drew­nia­ne li­stwy, kil­ka nad­pa­lo­nych kub­ków i coś, co wy­glą­da­ło jak reszt­ki po­ła­ma­nych krze­seł.

— Za­uwa­żył pan, po­rucz­ni­ku, że w żad­nym z tych do­mów nie ma ni­cze­go, co przy­po­mi­na­ło­by łóż­ko?

— Nie. Ale masz ra­cję. I co to ma do rze­czy?

— Na ra­zie nic, ale war­to za­pa­mię­tać taki szcze­gół. Tak my­ślę. Chcę obej­rzeć jesz­cze kil­ka miejsc, bo to, co po­dej­rze­wam, jest lek­ko sza­lo­ne. Mu­szę mieć pew­ność.

Ken­neth na­uczył się już ufać po­dej­rze­niom swo­ich lu­dzi.

— Dzia­łaj.

Ru­szy­li da­lej wzdłuż uli­cy. Oca­la­ło tu kil­ka bu­dyn­ków, w lep­szym lub gor­szym sta­nie. We wszyst­kich sza­lał kie­dyś po­żar, nie­kie­dy tak in­ten­syw­ny, że ścia­ny da­wa­ło się prze­bić so­lid­nym kop­nia­kiem. W dwóch przy­pad­kach zaś za­wa­li­ły się one cał­ko­wi­cie, otwie­ra­jąc wnę­trza na deszcz i śnieg.

Nur ła­ził od ruin do ruin, spraw­dzał, sma­ko­wał zwę­glo­ne szcząt­ki, mru­czał coś do sie­bie. Wresz­cie za­trzy­mał się i przez chwi­lę kon­tem­plo­wał oka­za­ły stos resz­tek zgro­ma­dzo­nych pod ścia­ną. Ken­neth nie po­ga­niał go, bo sam za­czął po­dej­rze­wać, do cze­go dzie­sięt­nik zmie­rza. Wnio­ski były jed­nak tak ab­sur­dal­ne, że le­piej by pa­dły z ust ko­goś niż­sze­go stop­niem.

— Był po­żar — ode­zwał się wresz­cie dzie­sięt­nik. — Pło­nę­ła cała uli­ca. Ale ogień wy­bu­chał w środ­ku, za­wsze w środ­ku domu, jak­by wszy­scy jed­no­cze­śnie pod­pa­li­li swój do­by­tek. A po­tem przy­szła fala. Ude­rzy­ła stam­tąd. — Wska­zał lewą bur­tę. — Prze­wa­li­ła się przez mia­sto, wpa­da­ła do po­koi przez okna, zmio­tła wszyst­ko, co było w środ­ku, pod prze­ciw­le­głą ścia­nę i uga­si­ła ogień. Może to ona znisz­czy­ła resz­tę bu­dyn­ków, po­ła­ma­ła masz­ty… cho­le­ra, nie wiem. Ale że uga­si­ła pło­mie­nie, daję gło­wę. To dla­te­go tam, gdzie ścia­ny wy­trzy­ma­ły, okna są wy­ła­ma­ne do środ­ka, a wszyst­ko, co woda zmy­ła, leży w ku­pie na zie­mi.

Żoł­nie­rze za­szem­ra­li, a któ­ryś, chy­ba Som­nel z Pią­tej, par­sk­nął. Ken­neth uci­szył ich nie­cier­pli­wym ru­chem ręki. Nur mó­wił do­kład­nie to, co po­my­ślał on sam.

— Fala? — za­py­tał dla pew­no­ści.

— Tak, pa­nie po­rucz­ni­ku. Fala. Żeby uga­sić po­żar.

— Ale wiesz, że ten sta­tek ma bur­ty wy­so­kie na ja­kieś czter­dzie­ści jar­dów? Albo i wyż­sze.

— Wiem.

— Jak wy­so­ka mu­sia­ła­by być?

Z dru­giej stro­ny aż ta­kie nie­do­wie­rza­nie nie mia­ło sen­su, sko­ro sta­li na stat­ku wiel­ko­ści mia­sta. W koń­cu po coś nada­no mu aż tak mon­stru­al­ne roz­mia­ry. Kto wie, po ja­kich mo­rzach pły­wał wcze­śniej.

— Nie mu­sia­ła być wy­so­ka, czło­wie­ku. Może na­wet w ogó­le nie było żad­nej fali.

Tu­zin kusz wy­ce­lo­wa­no w stro­nę, skąd pa­dły te sło­wa, za­nim wy­po­wie­dzia­no pierw­sze trzy z nich, ale Ken­neth na­wet się nie od­wró­cił. Tyl­ko je­den osob­nik na świe­cie mó­wił do nie­go „czło­wie­ku”.

— Ty się pro­sisz o śmierć, sza­ma­nie.

— Może. Może śmierć by­ła­by lep­sza od tego, co nad­cho­dzi. Gdy­bym wie­dział… gdy­bym wie­dział, co tu na­po­tka­my, nie pro­sił­bym was o po­moc, tyl­ko po­pro­wa­dził ple­mio­na za góry. Na­wet bez po­zwo­le­nia in­nych szcze­pów, na­wet na woj­nę i śmierć. A te­raz… Za póź­no.

Po­rucz­nik spoj­rzał wresz­cie na ahe­ra. Bo­re­hed sie­dział kil­ka­na­ście kro­ków od nich na czymś, co mu­sia­ło być sto­sem zwę­glo­nych be­lek i kro­kwi. Czar­ny od sa­dzy i wę­glo­we­go pyłu, wy­glą­dał tro­chę jak dzi­wacz­na, kan­cia­sta fi­gu­ra dzio­bo­wa. Oczy miał zga­szo­ne i pu­ste.

— Opu­ścić broń. Je­steś ran­ny?

— Nie­waż­ne. — Sza­man po­krę­cił gło­wą, zni­ka­jąc na chwi­lę w chmu­rze czar­ne­go pyłu. — Stra­ci­łem psy — do­rzu­cił ni w pięć, ni w dzie­więć — i sa­nie roz­bi­łem. Wje­cha­łem za wami i na­gle wpa­dłem w ja­kąś dziu­rę. Psy po­ła­ma­ły ko­ści, mu­sia­łem do­bić. Całą noc szu­ka­łem wyj­ścia… pod nami jest mia­sto… ty­sią­ce kom­nat, ko­ry­ta­rze, sale, na­wet ogro­dy… mar­twe. Wszyst­ko mar­twe.

— Daj­cie mu pić.

Naj­bliż­szy straż­nik pod­szedł do sza­ma­na i po­dał mu ma­nier­kę.

— Cze­mu są­dzisz, że fala nie była wy­so­ka?

Bo­re­hed po­cią­gnął kil­ka so­lid­nych ły­ków, za­mru­gał, w oczach za­świe­ci­ło mu się coś dzi­kie­go.

— Uuuch. Go­rzał­ka. Jed­na z tych rze­czy, któ­re lu­dzie ro­bią le­piej niż my. — Po­cią­gnął jesz­cze raz. — On nas pod­jął z mo­rza. Ten sta­tek. Po­chy­lił się na jed­ną bur­tę, wi­dzia­łeś prze­cież, i po­zwo­lił wje­chać na po­kład. Gdy­by po­chy­lił się moc­niej, a po­tem gwał­tow­nie wy­pro­sto­wał, to mógł­by na­brać dość wody, by prze­to­czy­ła się przez nie­go fala.

— Żeby uga­sić po­żar?

— Może. A może żeby uga­sić coś in­ne­go. Po­tem o tym po­roz­ma­wia­my. Idzie­cie na rufę?

— Ow­szem. Tam musi być ster. I ster­nik.

Sza­man wy­szcze­rzył się, po­żół­kłe kły bły­snę­ły w brud­nej twa­rzy jak dwa szty­le­ty.

— Stat­ki Nie­śmier­tel­nej nie mają ster­ni­ków. Ni­g­dy nie mia­ły. Za­sną­łem, tam, na dole… albo stra­ci­łem przy­tom­ność… Przy­szły do mnie sny… daw­ne sny daw­nych sza­ma­nów. Oni wi­dzie­li okrę­ty jak ten. Wiel­kie, czer­wo­ne, czar­ne, zło­te… Pru­ły mo­rza na za­cho­dzie, gdy ahe­ro­wie żyli jesz­cze tam, gdzie otwie­ra się wi­dok na za­chod­ni oce­an. Ka­za­no im od­pły­nąć… zmu­szo­no do tego, a te­raz… je­den wró­cił. Wzbu­dził gniew Pani Lodu, a po­tem po­rwał nas. Po co?

Gło­wa Bo­re­he­da kiw­nę­ła się z boku na bok. Oczy przy­mknę­ły. Ma­nier­ka wy­pa­dła z rąk.

Gdy go ścią­gnę­li ze ster­ty be­lek, oka­za­ło się, że nie tyl­ko psy po­ła­ma­ły ko­ści, wpa­da­jąc w dziu­rę. Od pasa w dół cia­ło sza­ma­na wy­glą­da­ło jak prze­pusz­czo­ne przez młoc­kar­nię, a dło­nie odarł do ży­we­go, wy­czoł­gu­jąc się na górę.

Mimo wszyst­ko żył, choć Ken­neth nie był pe­wien, czy to do­bra, czy zła wia­do­mość. Ale…

— Za­bie­ra­my go z po­wro­tem. Wy­łam­cie tam­te drzwi, po­łóż­cie go na nich. Wra­ca­my.

Rozdział 15

Po kil­ku go­dzi­nach go­rącz­ko­wych na­rad Usta Zie­mi za­bra­ła ją na plac miesz­czą­cy się na jed­nym z ta­ra­sów. Był tam lek­ko wklę­sły krąg o śred­ni­cy oko­ło stu stóp, utwo­rzo­ny z ka­mie­ni róż­nych barw. Va­ihir­ska ko­bie­ta ka­za­ła jej sta­nąć po­środ­ku i cze­kać, po czym cof­nę­ła się na skraj i za­ło­ży­ła ręce na pier­si. Od­cho­dząc, rzu­ci­ła jesz­cze przez ra­mię:

— Pa­mię­tasz, co ro­bić?

— Tak.

— Mo­żesz umrzeć.

— Wiem.

Strach był już za Key’lą. To zna­czy cza­ił się gdzieś z tyłu, wy­cią­ga­jąc w jej stro­nę szpo­nia­ste łapy, ale nie po­zwo­li­ła mu się ob­jąć. Oma­wia­jąc z Usta­mi Zie­mi plan oca­le­nia Ko­cy­ka, od­kry­ła, że śmierć jest ostat­nią rze­czą, któ­ra wzbu­dza w niej trwo­gę. Przez ostat­nie mie­sią­ce wi­dzia­ła tyle jej twa­rzy, że mia­ła wra­że­nie, iż sta­ły się do­bry­mi przy­ja­ciół­ka­mi. Bała się, jak każ­dy, ale bar­dziej niż śmier­ci oba­wia­ła się po­czu­cia bez­rad­no­ści, ja­kie­go za­sma­ko­wa­ła, wi­sząc na ha­kach ko­czow­ni­ków i pa­trząc, jak wo­jen­ny obóz jej ro­da­ków prze­gry­wa bi­twę, bała się, że bę­dzie dla ko­goś cię­ża­rem, że ktoś przez nią ucier­pi i to bę­dzie jej wina, a po­tem bę­dzie mu­sia­ła z tą winą żyć. A tak wła­śnie mia­ły się spra­wy z Ko­cy­kiem.

1 ... 65 66 67 68 69 70 71 72 73 ... 210
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)