Każde martwe marzenie
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #5
- Год: 2018
- Язык: польский
- Год: Powergraph
- ISBN: 9788364384868
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Każde martwe marzenie». Краткое содержание книги:
— O co chodzi?
Fenlo pokazał mu stos rupieci leżących pod ścianą. Jakieś drewniane listwy, kilka nadpalonych kubków i coś, co wyglądało jak resztki połamanych krzeseł.
— Zauważył pan, poruczniku, że w żadnym z tych domów nie ma niczego, co przypominałoby łóżko?
— Nie. Ale masz rację. I co to ma do rzeczy?
— Na razie nic, ale warto zapamiętać taki szczegół. Tak myślę. Chcę obejrzeć jeszcze kilka miejsc, bo to, co podejrzewam, jest lekko szalone. Muszę mieć pewność.
Kenneth nauczył się już ufać podejrzeniom swoich ludzi.
— Działaj.
Ruszyli dalej wzdłuż ulicy. Ocalało tu kilka budynków, w lepszym lub gorszym stanie. We wszystkich szalał kiedyś pożar, niekiedy tak intensywny, że ściany dawało się przebić solidnym kopniakiem. W dwóch przypadkach zaś zawaliły się one całkowicie, otwierając wnętrza na deszcz i śnieg.
Nur łaził od ruin do ruin, sprawdzał, smakował zwęglone szczątki, mruczał coś do siebie. Wreszcie zatrzymał się i przez chwilę kontemplował okazały stos resztek zgromadzonych pod ścianą. Kenneth nie poganiał go, bo sam zaczął podejrzewać, do czego dziesiętnik zmierza. Wnioski były jednak tak absurdalne, że lepiej by padły z ust kogoś niższego stopniem.
— Był pożar — odezwał się wreszcie dziesiętnik. — Płonęła cała ulica. Ale ogień wybuchał w środku, zawsze w środku domu, jakby wszyscy jednocześnie podpalili swój dobytek. A potem przyszła fala. Uderzyła stamtąd. — Wskazał lewą burtę. — Przewaliła się przez miasto, wpadała do pokoi przez okna, zmiotła wszystko, co było w środku, pod przeciwległą ścianę i ugasiła ogień. Może to ona zniszczyła resztę budynków, połamała maszty… cholera, nie wiem. Ale że ugasiła płomienie, daję głowę. To dlatego tam, gdzie ściany wytrzymały, okna są wyłamane do środka, a wszystko, co woda zmyła, leży w kupie na ziemi.
Żołnierze zaszemrali, a któryś, chyba Somnel z Piątej, parsknął. Kenneth uciszył ich niecierpliwym ruchem ręki. Nur mówił dokładnie to, co pomyślał on sam.
— Fala? — zapytał dla pewności.
— Tak, panie poruczniku. Fala. Żeby ugasić pożar.
— Ale wiesz, że ten statek ma burty wysokie na jakieś czterdzieści jardów? Albo i wyższe.
— Wiem.
— Jak wysoka musiałaby być?
Z drugiej strony aż takie niedowierzanie nie miało sensu, skoro stali na statku wielkości miasta. W końcu po coś nadano mu aż tak monstrualne rozmiary. Kto wie, po jakich morzach pływał wcześniej.
— Nie musiała być wysoka, człowieku. Może nawet w ogóle nie było żadnej fali.
Tuzin kusz wycelowano w stronę, skąd padły te słowa, zanim wypowiedziano pierwsze trzy z nich, ale Kenneth nawet się nie odwrócił. Tylko jeden osobnik na świecie mówił do niego „człowieku”.
— Ty się prosisz o śmierć, szamanie.
— Może. Może śmierć byłaby lepsza od tego, co nadchodzi. Gdybym wiedział… gdybym wiedział, co tu napotkamy, nie prosiłbym was o pomoc, tylko poprowadził plemiona za góry. Nawet bez pozwolenia innych szczepów, nawet na wojnę i śmierć. A teraz… Za późno.
Porucznik spojrzał wreszcie na ahera. Borehed siedział kilkanaście kroków od nich na czymś, co musiało być stosem zwęglonych belek i krokwi. Czarny od sadzy i węglowego pyłu, wyglądał trochę jak dziwaczna, kanciasta figura dziobowa. Oczy miał zgaszone i puste.
— Opuścić broń. Jesteś ranny?
— Nieważne. — Szaman pokręcił głową, znikając na chwilę w chmurze czarnego pyłu. — Straciłem psy — dorzucił ni w pięć, ni w dziewięć — i sanie rozbiłem. Wjechałem za wami i nagle wpadłem w jakąś dziurę. Psy połamały kości, musiałem dobić. Całą noc szukałem wyjścia… pod nami jest miasto… tysiące komnat, korytarze, sale, nawet ogrody… martwe. Wszystko martwe.
— Dajcie mu pić.
Najbliższy strażnik podszedł do szamana i podał mu manierkę.
— Czemu sądzisz, że fala nie była wysoka?
Borehed pociągnął kilka solidnych łyków, zamrugał, w oczach zaświeciło mu się coś dzikiego.
— Uuuch. Gorzałka. Jedna z tych rzeczy, które ludzie robią lepiej niż my. — Pociągnął jeszcze raz. — On nas podjął z morza. Ten statek. Pochylił się na jedną burtę, widziałeś przecież, i pozwolił wjechać na pokład. Gdyby pochylił się mocniej, a potem gwałtownie wyprostował, to mógłby nabrać dość wody, by przetoczyła się przez niego fala.
— Żeby ugasić pożar?
— Może. A może żeby ugasić coś innego. Potem o tym porozmawiamy. Idziecie na rufę?
— Owszem. Tam musi być ster. I sternik.
Szaman wyszczerzył się, pożółkłe kły błysnęły w brudnej twarzy jak dwa sztylety.
— Statki Nieśmiertelnej nie mają sterników. Nigdy nie miały. Zasnąłem, tam, na dole… albo straciłem przytomność… Przyszły do mnie sny… dawne sny dawnych szamanów. Oni widzieli okręty jak ten. Wielkie, czerwone, czarne, złote… Pruły morza na zachodzie, gdy aherowie żyli jeszcze tam, gdzie otwiera się widok na zachodni ocean. Kazano im odpłynąć… zmuszono do tego, a teraz… jeden wrócił. Wzbudził gniew Pani Lodu, a potem porwał nas. Po co?
Głowa Boreheda kiwnęła się z boku na bok. Oczy przymknęły. Manierka wypadła z rąk.
Gdy go ściągnęli ze sterty belek, okazało się, że nie tylko psy połamały kości, wpadając w dziurę. Od pasa w dół ciało szamana wyglądało jak przepuszczone przez młockarnię, a dłonie odarł do żywego, wyczołgując się na górę.
Mimo wszystko żył, choć Kenneth nie był pewien, czy to dobra, czy zła wiadomość. Ale…
— Zabieramy go z powrotem. Wyłamcie tamte drzwi, połóżcie go na nich. Wracamy.
Rozdział 15
Po kilku godzinach gorączkowych narad Usta Ziemi zabrała ją na plac mieszczący się na jednym z tarasów. Był tam lekko wklęsły krąg o średnicy około stu stóp, utworzony z kamieni różnych barw. Vaihirska kobieta kazała jej stanąć pośrodku i czekać, po czym cofnęła się na skraj i założyła ręce na piersi. Odchodząc, rzuciła jeszcze przez ramię:
— Pamiętasz, co robić?
— Tak.
— Możesz umrzeć.
— Wiem.
Strach był już za Key’lą. To znaczy czaił się gdzieś z tyłu, wyciągając w jej stronę szponiaste łapy, ale nie pozwoliła mu się objąć. Omawiając z Ustami Ziemi plan ocalenia Kocyka, odkryła, że śmierć jest ostatnią rzeczą, która wzbudza w niej trwogę. Przez ostatnie miesiące widziała tyle jej twarzy, że miała wrażenie, iż stały się dobrymi przyjaciółkami. Bała się, jak każdy, ale bardziej niż śmierci obawiała się poczucia bezradności, jakiego zasmakowała, wisząc na hakach koczowników i patrząc, jak wojenny obóz jej rodaków przegrywa bitwę, bała się, że będzie dla kogoś ciężarem, że ktoś przez nią ucierpi i to będzie jej wina, a potem będzie musiała z tą winą żyć. A tak właśnie miały się sprawy z Kocykiem.