Czas żyć czas zabijać
- Автор: Жамбох Мирослав
- Год: 2012
- Язык: польский
- Год: Fabryka Słów
- ISBN: 9788375748017
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Czas żyć czas zabijać». Краткое содержание книги:
- Dziw, że jedziesz bez ludzi pod bronią. Dawniej już byłbyś martwy w pół tej drogi - rzucił Azmund.
- Nie wiozę ze sobą pieniędzy, na razie jadę tylko wybadać sytuację - Łasiczka tym razem odparł mu bez zwłoki.
- Wszystko jedno. - Azmund machnął ręką obojętnie. - Kiedyś wszyscy się ze sobą bili, wszystkie wsie, wszystkie rody. Kto nie bił innych, umierał z głodu. To się teraz odmieniło. A zanim zaczniesz gadać z farmerami, musisz się wystarać o słowo u ludzi Wielkiego Milczącego.
- A to kto?
- No, on tu wszystkim rządzi. Niektórym się wydaje, że to Łysy tu włada, ale tak naprawdę wszystko w garści trzyma Wielki Milczący.
Azmund sięgnął po swoją specjalną mieszankę i też zaczął nabijać ponownie fajkę. Łasiczka zrozumiał, że w związku z tym już nic więcej dziś od starego nie wyciągnie. Może nawet nie tylko dziś, ale i do jutrzejszego popołudnia. Zostawił go więc sam na sam z jego medytacjami, odwiązał swojego konia, wskoczył na siodło i ruszył traktem w górę. Przez to, ile zajęła im rozmowa, obawiał się, że nie zdoła dotrzeć do najbliższej wsi przed zmierzchem.
Mimo wszystko zdążył. Wieś tak naprawdę tworzyło raptem kilka koślawych chat z gliny i kamienia, pomiędzy którymi stał jeden jedyny przyzwoitszy budynek. Musiał być postawiony stosunkowo niedawno, z dużych, grubo ciosanych kamieni, które tu dotransportowano. Dziwacznie kontrastował z miernotą pozostałych zabudowań.
Łasiczka objechał kamienny dom, na tyłach dostrzegł stajnię, jednak konia do niej nie zaprowadził. Zostawił go luzem przed wejściem. Tak na wszelki wypadek. Może i był przeczulony, ale czuł się nieswojo, mając świadomość, że jego przybycie zostało z całą pewnością zauważone. Zawahał się przez chwilę. Nic to, jak już grać rolę, to grać ją do końca. Odczuwając nieprzyjemne mrowienie na plecach, załomotał w drzwi, po czym wszedł do środka.
Gospoda, stacja łącznikowa albo posterunek wojskowy, takie były jego pierwsze domysły, kiedy rozejrzał się po wnętrzu. Stały tu stoły i ławy jak w karczmie, salę jednak przedzielała masywna lada z wyszynkiem, po drugiej stronie której znajdował się duży stół, przy nim krzesła, a na blacie rozłożone zostały licznie jakieś papiery. Mapy i listy, na ile mógł się zorientować. Obok nich jakaś gruba księga otwarta mniej więcej w połowie. Jedynym obecnym był karczmarz, za którym stało, jak na okolicę, zbyt wiele butelek zbyt elegancko wyglądających napitków.
- Dobry wieczór - przywitał się Łasiczka. - Czy można tu co zjeść i wypić? Macie może też pokoje na nocleg?
Mężczyzna podniósł się i uśmiechnął, ukazując zęby człowieka, który jada, jak się należy, i wie, co w życiu dobre.
- Od tego tu jestem. Czego byście sobie zażyczyli?
Nawet nie zapytał, czy Łasiczka miał czym zapłacić. Ta cała gospoda była jedynie fasadą, gdzie nikt szczególnie nie dbał o to, jak szły interesy. Tak naprawdę to była… to była… to musiała być czyjaś siedziba. Pytanie tylko czyja?
- Piwo, do jedzenia cokolwiek - zamówił Łasiczka.
A zatem od razu mnie nie zabiją, osądził.
- Idę zaprowadzić konia do stajni, zaraz wrócę - rzucił do karczmarza. Ten tylko pokiwał głową.
Kiedy przestąpił ponownie próg, czekał już na niego kawał pieczeni wieprzowej, zimne piwo i kawał chleba z doskonale zmielonej mąki. Oraz kolejny gość.
- O, jakie mam szczęście, że tu nie będę siedział sam! - rozgadał się natychmiast tamten. - Przybyłem dopiero przed chwilą, ze wschodu, te góry są tak porozrzucane jakoś, człowiek traci całe dnie i nawet nie wie, ani kiedy, ani jak.
- Dobrze wiedzieć. - Łasiczka skinął mu na powitanie. - Przysiądę się do was, jeśli można? Jakoś trudno tu znaleźć towarzystwo poza miejscowymi.
- Oczywiście, sam nie śmiałem proponować.
Łasiczka zaczął powoli przenosić swoje rzeczy i jedzenie do stołu nowo przybyłego. Jego twarzy nie opuszczał przy tym przyjazny uśmiech. Mężczyzna miał ze sobą podróżne kufry, takie, jak zazwyczaj kupcy transportowali na wozach, odziewał się też według kupieckiej, podróżnej mody - niskie buty na grubej podeszwie, grube pończochy i krótkie wełniane spodnie. Do tego długi nieprzemakalny płaszcz. Wszystko wydawało się pasować. Oprócz twarzy, zbyt twardej, o nieodgadnionym spojrzeniu, nienawykłej do targów i kompromisów. Chociaż nie, nic nie pasowało. Ubranie było świeże, widać było wyraźne zagięcia po tym, jak złożone leżało gdzieś w kufrze czy szufladzie, czekając na taką właśnie okazję. I ta twarz niekupiecka… Łasiczka dostrzegł teraz szramy, z jednego ucha pozostały tylko smętne resztki. To był zabójca udający kogoś zgoła innego. Łasiczka zasiadł do stołu i aby dać sobie parę chwil do namysłu, chwycił się za jadło.
- Wybaczcie. - Uśmiechnął się przepraszająco pomiędzy dwoma kęsami. - Ale strasznie jestem głodny i jeśli czegoś nie zjem, zaczną mnie zaraz łapać straszne skurcze w żołądku.
- Miało się, miało - pokiwał głową ze zrozumieniem tamten. - Nazywam się Fabrico Percus - przedstawił się.
- Łasiczka. Łasiczka Psun - odpowiedział Łasiczka z pełnymi ustami.
Kim byli i czemu z nim grali w tę dziwaczną grę? Naprawdę myśleli, że da im się nabrać? A jeśli będzie udawał, że wierzy w każde słowo, włącznie z tym, iż siedzi w normalnej gospodzie, a Percus to kupiec, darują mu życie? A jeśli się zdradzi, to co wtedy? Zabiją na miejscu? Nie miał pojęcia.
Dodatkowy czas, jaki kupił mu posiłek, skończył się bezapelacyjnie.
- Czym handlujecie? - zapytał pierwszy Percusa, widząc, że tamten już otwiera usta, a przy tym równocześnie zamachał na karczmarza pustym dzbanem. Ten, przy drugim spojrzeniu, też na karczmarza nie wyglądał. Już raczej na kogoś, kto przywykł do noszenia broni, dużej ilości broni, a nie do polerowania szklanic, co czynił ruchem tak nienaturalnym, że musiał go z pewnością podpatrzeć w jakimś lepszym wyszynku w Damarkandzie albo jeszcze lepiej, Krachtiburgu czy innym większym mieście cesarstwa. Czy może to też była część gry? Może go testowali? Może chcieli zobaczyć, jak długo wytrzyma, udając, że nic nie dostrzega? Czy normalny, autentyczny kupiec nie zacząłby się zachowywać, jakby mu coś nie grało?
- No, a czym tu można handlować? - zaśmiał się Percus, puszczając do Łasiczki oko.
Łasiczka skinął ze zrozumieniem i machnął ręką na karczmarza.
- A do tego piwa jeszcze coś dobrego na rozgrzewkę. Całą butelkę.
Odwrócił się z powrotem do Percusa i sam posłał mu porozumiewawczy uśmiech.
- Wieloma rzeczami można handlować. - Sięgnął po przyniesione kieliszki i butelkę gorzałki. - Ale w tej akurat okolicy trudno znaleźć cokolwiek innego niż słomę makową - rzekł wprost.
Kiedy poziom cieczy we flaszce opadł poniżej połowy, Łasiczka już wiedział, na czym stoi. Nie udało mu się od Percusa wydobyć ani jednej konkretnej informacji, podczas kiedy sam przez cały czas miał wrażenie, jakby siedział na przesłuchaniu. Badany był profesjonalnie, bez cienia osobistego zaangażowania. Wypili niemało, i Łasiczka zaczynał mieć coraz większe problemy z tym, aby zachować klarowność myśli, a przy tym przez cały czas przekonująco udawać kupca, który relaksuje się po ciężkim dniu w miłym towarzystwie. Percusowi na pozorach zależało coraz mniej. Wyglądał na mocno spiętego. Nie, nie spiętego, zmienił zdanie Łasiczka, kiedy ponownie mu polewał. Wyglądał jak ktoś, kto usilnie nad czymś rozmyśla, jakby się nie mógł na coś zdecydować. I kiedy Łasiczka dodał dwa do dwóch, poczuł, jak robi mu się zimno. Percus zastanawiał się, czy ma go zabić. Podchodził do tego profesjonalnie, na zimno, kalkulując, które rozwiązanie będzie dogodniejsze. To już o nim samym bardzo wiele mówiło. Zabić ot tak, bez emocji, z zimną krwią i z wyrachowania, do tego nie każdy się nadawał. Sam wiedział, że on by tak nie potrafił i przez całe swoje życie spotkał jedynie kilku takich ludzi. Trzech może? Jednym z nich był oczywiście Bakly, dla którego zabijanie było niczym orka dla farmera. Ten mężczyzna tutaj był do Baklego na swój sposób podobny. Porównanie z Baklym dało wreszcie Łasiczce klucz, którego na próżno dotąd szukał. Fałszywy kupiec pewnie też był człowiekiem, który niechętnie tracił czas na cackanie.