Pamięć Światłości
- Автор: Джордан Роберт, Сандерсон Брендон
- Серия: Kolo czasu #14
- Язык: польский
- Переводчик: Jan Karłowski
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Pamięć Światłości». Краткое содержание книги:
Starał się trzymać prosto na oczach odwodów, które właśnie go mijały, wkraczając do bitwy, ale tak naprawdę marzył tylko o tym, by paść na ziemię i spać przez wiele dni. Mimo silnego wsparcia, które przysłał mu Smok Odrodzony, każdy żołnierz musiał zmieniać się na pierwszej linii kilka razy dziennie. Sam Lan zawsze odbywał kilka nadprogramowych tur.
Znaleźć czas na sen nie było łatwo, skoro należało zadbać o ekwipunek, zebrać drzewo na ogniska i sprowadzić zapasy. Przyglądając się wycofującym się razem z nim żołnierzom, dumał nad tym, co mógłby jeszcze zrobić, żeby dodać im ducha. Jadący tuż obok Bulen zakołysał się bezwładnie w siodle. Trzeba koniecznie dopatrzeć, żeby tamten wreszcie się wyspał albo…
Bulen ześlizgnął się z siodła.
Lan zaklął, zatrzymał Mandarba i zeskoczył na ziemię. Podbiegł do leżącego Bulena i zobaczył jego oczy martwo wbite w niebo. W boku Bulena ziała wielka rana. Kolczuga była rozerwana jak żagiel, który złapał zbyt dużo wiatru. Bulen skrył ranę, narzucając kaftan na zbroję. Lan nie widział, kiedy tamten oberwał, nie widział też, jak kamuflował ranę.
„Głupcze!” – pomyślał, przykładając palce do szyi Bulena.
Nie wyczuł pulsu. Bulen nie żył.
„Głupcze!” – powtórzył po raz drugi w myślach, spuszczając głowę. – „Za nic nie chciałeś mnie zostawić, co? Dlatego skryłeś ranę. Bałeś się, że zginę tutaj, kiedy ciebie będą Uzdrawiać… Albo nie chciałeś zabierać sił przenoszącym Moc. Wiedziałeś, że dochodzą do granic swoich możliwości”.
Z zaciśniętymi zębami pochylił się, podniósł ciało poległego Bulena i przerzucił przez ramię. Potem objuczył nim wierzchowca tamtego, mocując, żeby pod drodze nie spadł. Andere i książę Kaisel – kandorański młodzieniec, zazwyczaj wraz ze swym oddziałem trzymał się blisko Lana w bitewnej zawierusze – siedzieli nieruchomo w siodłach, przyglądając się z powagą. Pod ich spojrzeniami Lan położył rękę na ramieniu umarłego.
– Dzielnie dotrzymywałeś pola, przyjacielu – zaczął. – Twoja sławę głosić będą pokolenia. Spocznij teraz w dłoniach Stwórcy, a ostatni uścisk matki niech cię powita w domu. – Odwrócił się do tamtych. – Nie będę pogrążał się w żałobie. Żałoba jest dla tych, którzy żałują, a ja nie żałuję tego, cośmy uczynili! Bulen nie mógł zginąć lepszą śmiercią. Nie będę po nim płakał, będę się radował!
Trzymając wodze wierzchowca Bulena, wskoczył na siodło Mandarba i wyprostował się. Nie okaże im wyczerpania, które czuł w całym ciele. Ani smutku.
– Czy ktoś wie, co się stało z Bakhem? Czy zginął? Jak? – zapytał, zwracając się do towarzyszy, którzy tymczasem zajęli miejsca obok niego. – Przytraczał kuszę do grzbietu konia. I zawsze miał ją ze sobą. Obiecałem mu, że jeśli kiedykolwiek „przypadkiem” wystrzeli, każę Asha’manowi powiesić go z nogi nad przepaścią.
– Zginął wczoraj, kiedy miecz uwiązł mi w zbroi Trolloka. Zdążył go wypuścić i spróbował dobyć drugi, ale Trolloki powaliły pod nim konia. Uznałem, że już po nim i ruszyłem w tamtą stronę, żeby się upewnić, a w wtedy on wstał z tą swoją przez Światłość przeklętą kuszą i z odległości dwóch stóp strzelił Trollokowi w oko. Grot przeszedł na wylot przez czaszkę. Ten drugi jednak zdążył go wypatroszyć, zanim mógł spróbować szczęścia z nożem. – Lan pokiwał głową. – Będę cię pamiętać, Bakh. Umarłeś dobrą śmiercią.
Przez kilka następnych chwil jechali w milczeniu, które w końcu przerwał książę Kaiseclass="underline"
– Ragon. On też zginął dobrą śmiercią. Sam jeden ruszył na trzydzieści Trolloków, które zachodziły nas z flanki. Jego szarża prawdopodobnie uratowała kilkunastu ludzi, ponieważ pozwoliła nam się przegrupować. Widziałem, jak, kiedy ściągali go z konia, kopnął jednego w pysk.
– Tak, Ragon był natchnionym szaleńcem – dodał Andere. – Jestem jednym z tych, których wtedy ocalił. – Uśmiechnął się. – Zaiste zginął dobrą śmiercią. Światłości, dobrą śmiercią. Oczywiście najbardziej szaloną rzeczą, jaką widziałem ostatnio, była walka Kragila z Pomorem. Może któryś z was…
Zanim dotarli do obozu, śmiali się już, wychwalając w głos poległych towarzyszy. Lan skręcił w kierunku, gdzie stacjonowali Asha’mani, wiodąc za sobą konia z ciałem Bulena.
Kiedy dojechał na miejsce, przez bramę Podróżowania stworzoną przez Narishmę właśnie przejeżdżał wóz z zapasami. Tamten skinął Lanowi głową.
– Lordzie Mandragoran?
– Chciałbym, żebyś przechował jego ciało w jakimś chłodnym miejscu – polecił, zsiadając z konia. – Kiedy to już się skończy i Malkier na powrót powstanie, znajdziemy stosowne miejsce spoczynku dla naszych szlachetnych poległych. Póki co nie chcę, żeby został spalony ani żeby zgnił. Był pierwszym Malkierczykiem, który powrócił pod sztandar króla Malkieru.
Narishma pokiwał głową i zadźwięczały dzwoneczki, którymi na arafeliańską modłę zdobił końce licznych warkoczyków. Pozwolił wozowi przejechać przez bramę i uniósł rękę, zatrzymując następne. Zamknął bramę, a po chwili otworzył następną – zaświtała w niej powierzchnia górskiego szczytu.
Zaświstał lodowaty wiatr. Lan ściągnął ciało Bulena z konia. Narishma ruszył mu z pomocą, ale Lan powstrzymał go gestem dłoni i stęknąwszy, zarzucił sobie zwłoki na ramię. Wyszedł przez bramę na śnieg, czując na policzkach ostre ukąszenia wiatru, jakby ktoś siekł je nożem.
Złożył ciało Burena na śniegu, a następnie przykląkł obok i delikatnym gestem zdjął mu hadori z czoła. Weźmie je ze sobą w bój, by walka Bulena miała dalszy ciąg, a po bitwie powróci po ciało.
– Dzielnie dotrzymywałeś pola, przyjacielu – powtórzył cicho rytualne słowa. – Dziękuję, że o mnie nie zapomniałeś.
Wstał i z towarzyszeniem skrzypienia butów po śniegu wrócił przez bramę z hadori Bulena w ręku. Kiedy sploty Narishmy rozwiązywały się, Lan – na wypadek gdyby Asha’man zginął w walce – zapytał o lokalizację szczytu, żeby w razie czego sam mógł znaleźć Bulena.
Zdawał sobie sprawę, rzecz jasna, że nie uda się w ten sposób zabezpieczyć ciał wszystkich poległych Malkierczyków, ale nawet jedno to lepiej niż nic. Potem owinął skórzany rzemyk hadori tamtego wokół rękojeści swego miecza tuż pod jelcem i mocno zawiązał. Wreszcie oddał wodze Mandarba koniuszemu, unosząc palec i zaglądając w czarne, wilgotne ślepia rumaka.
– Żadnego gryzienia koniuszych – warknął surowo.
Później udał się na poszukiwanie lorda Agelmara. Znalazł go w saldaeańskiej części obozu, rozmawiającego z Tenobią. Obok w dwustuosobowych szeregach stali łucznicy z naciągniętą bronią i bacznie obserwowali niebo. Już wcześniej odnotowano wypadki powietrznych ataków draghkarów. W momencie, gdy do nich podszedł, ziemia pod nogami zadrżała i zagrzmiała głucho.
Żaden z żołnierzy nawet nie mrugnął okiem. Przywykali do dziwnych zjawisk. w owe dni ziemia po prostu drżała.
W nagim kamienistym gruncie tuż obok Lana pojawiła się szczelina. Odskoczył nerwowo i wśród kolejnych drżeń obserwował, jak skałę znaczą cieniutkie rysy, nie grubsze niż włos. Zdało mu się, że w rysach tych dostrzegł coś bardzo złowrogiego. Były przy swojej grubości zbyt ciemne, zbyt głębokie. I choć grunt wciąż trząsł się pod jego stopami, podszedł bliżej i przyjrzał się szczelinom, próbując się zorientować, o co chodzi, choć ruchy ziemi utrudniały obserwację.
Odniósł wrażenie, że zagląda w nicość. Jakby skała chłonęła światło siatką pęknięć, a potem zasysała w głąb. Jakby przyglądał się rysom pęknięć w samej materii bytu.