Trzej muszkieterowie
- Автор: Дюма Александр
- Год: 1993
- Язык: польский
- Год: Wydawnictwo “Krąg”
- ISBN: 83-85208-13-5
- Переводчик: Joanna Guze
- Жанр: Исторические приключения
Электронная книга - «Trzej muszkieterowie». Краткое содержание книги:
— Tak, panie, i to on nauczył mnie zastawiać sidła na zwierzynę i sieci na ryby. Toteż gdy zobaczyłem, że ten nicpoń oberżysta karmi nas zwyczajnym mięsem, dobrym dla byle kogo, ale nie nadającym się dla żołądków tak delikatnych jak nasze, przypomniałem sobie swój dawny fach. Przechadzając się w lasach księcia zastawiałem tu i ówdzie sidła; leżąc na brzegach wód Jego Książęcej Wysokości, zapuszczałem sieci. Tak że jak pan się może o tym przekonać, nie zbywa nam, dzięki Bogu, na niczym; mamy kuropatwy i króliki, karpie i węgorze, co jest pożywieniem lekkim, zdrowym i odpowiednim dla chorych.
— Ale kto dostarcza wina? — zapytał d’Artagnan. — Wasz gospodarz?
— To znaczy i tak, i nie.
— Jak to “i tak, i nie”?
— Dostarcza nam, to prawda, ale nie wie o tym, że spotyka go ten zaszczyt.
— Wytłumacz się jaśniej, Mousqueton, rozmowa z tobą jest bardzo pouczająca.
— Rzecz wygląda tak, panie. W moich podróżach poznałem przypadkiem Hiszpana, który widział wiele krajów, między innymi Nowy Świat.
— Jakiż może być związek między Nowym Światem a butelkami stojącymi na sekreterze i komodzie?
— Cierpliwości, panie, na wszystko przyjdzie czas.
— To prawda, Mousqueton; zdaję się na ciebie i słucham.
— Ów Hiszpan miał służącego, który towarzyszył mu w podróży do Meksyku. Służący był moim ziomkiem, a zaprzyjaźniliśmy się tym szybciej, że podobne mieliśmy usposobienie. Obaj lubiliśmy nade wszystko polowanie; opowiedział mi kiedyś, że w pampasach poluje się na tygrysy i bawoły zarzucając pętlicę na szyję tych straszliwych zwierząt. Z początku nie chciałem wierzyć, że można dojść do takiej zręczności i zarzucić pętlę z odległości dwudziestu czy trzydziestu kroków, ale dowiedziono mi, że opowiadanie jest prawdziwe. Mój przyjaciel ustawiał butelkę w odległości trzydziestu kroków i za każdym razem zarzucał pętlę na szyjkę butelki. Zacząłem się także ćwiczyć, a że natura obdarzyła mnie pewnymi zdolnościami, rzucam dziś lassem tak samo celnie jak tubylec z Nowego Świata. Rozumie pan zatem? Nasz gospodarz ma dobrze zaopatrzoną piwniczkę, ale nie rozstaje się nigdy z kluczem; ta piwnica ma wszakże okienko. Zarzucam więc lasso przez okienko, a że wiem już, gdzie stoją najlepsze wina, stamtąd wybieram sobie flaszki. Oto, proszę pana, związek, jaki zachodzi między Nowym Światem a butelkami stojącymi na komodzie i sekreterze. Teraz proszę spróbować naszego wina, panie, i powiedzieć nam szczerze, co pan o nim sądzi.
— Dziękuję, mój przyjacielu; niestety, jestem już po obiedzie.
— Zatem nakryj do stołu, Mousqueton, a gdy będziemy jedli obiad, d’Artagnan opowie nam, jakich przygód zaznał podczas owych dziewięciu dni, kiedyśmy się nie widzieli.
— Chętnie — rzekł d’Artagnan.
I gdy Portos z Mousquetonem zajadali z apetytem rekonwalescentów i ową braterską serdecznością, która zbliża ludzi w nieszczęściu, d’Artagnan opowiedział o tym, jak ranny Aramis musiał pozostać w Crève-cœur, jak w Amiens zostawił Atosa z czterema ludźmi, oskarżającymi go o fałszerstwo, i jak sam po brzuchu hrabiego de Wardes przyjechał do Anglii.
Ale tu urwały się zwierzenia d’Artagnana; powiedział tylko, że przywiózł z Anglii cztery wspaniałe konie, po jednym dla każdego z przyjaciół, i dodał, że koń przeznaczony dla Portosa znajduje się już w stajni zajazdu.
W tej chwili wszedł Planchet; oświadczył swemu panu, że konie wypoczęły dostatecznie i jeśli pojadą zaraz, zdążą na nocleg do Clermont[*].
Ponieważ d’Artagnan był już mniej więcej spokojny o Portosa, a chciał jak najszybciej dowiedzieć się o losach dwóch pozostałych przyjaciół, wyciągnął rękę do chorego, mówiąc, że rusza w dalszą drogę. Przypuszczał zresztą, że będzie wracał tędy i zabierze za powrotem Portosa, jeśli za jakie osiem dni Portos będzie jeszcze w oberży “Pod Wielkim Świętym Marcinem”.
Portos odparł, że wedle wszelkiego prawdopodobieństwa chora noga nie pozwoli mu się stąd ruszyć, zresztą musi zostać w Chantilly, by czekać na odpowiedź księżny.
Życząc Portosowi szybkiej i pomyślnej odpowiedzi, d’Artagnan polecił go raz jeszcze opiece Mousquetona, zapłacił należność gospodarzowi i ruszył w drogę z Planchetem, który teraz kłopotał się o jednego konia mniej.
Rozdział XXVI
UCZONA ROZPRAWA ARAMISA
D’Artagnan nie powiedział Portosowi ani słowa o ranie i prokuratorowej. Nasz Bearneńczyk choć tak jeszcze młody, był bardzo rozsądnym chłopcem. Udał więc, że wierzy we wszystko, co powiedział chełpliwy muszkieter, sądził bowiem, że nie ma takiej przyjaźni, której nie zaszkodzi odkrycie cudzej tajemnicy, zwłaszcza gdy ta tajemnica godzi w miłość własną; poza tym mamy zawsze pewną przewagę moralną nad ludźmi, których życie jest nam znane, a jako że d’Artagnan chciał uczynić z przyjaciół narzędzia pomocne mu w zdobyciu łask losu, nie miał nic przeciwko temu, by w jego rękach znalazły się zawczasu niewidzialne nici, za ich pomocą bowiem mógłby nimi kierować.
Jednak przez całą drogę głęboki smutek ściskał mu serce, gdy myślał o młodej i ślicznej pani Bonacieux, która miała mu wynagrodzić wierną służbę; pośpieszmy wszakże powiedzieć, że ten smutek mniej wynikał z żalu za utraconym szczęściem niż z obawy, czy biednej kobiecie nie przytrafiło się jakieś nieszczęście. Wedle jego mniemania pani Bonacieux padła ofiarą zemsty kardynała, a wiemy, że zemsta Jego Eminencji była straszna. Nie wiedział, jak to się stało, że znalazł łaskę w oczach ministra; wyjaśniłby mu to kapitan gwardii, pan de Cavois, gdyby go zastał w domu.
Nic tak nie skraca czasu w podróży, jak myśl zaprzątająca całkowicie człowieka. Świat zewnętrzny wydaje się wówczas marzeniem sennym, czas nie ma miary, przestrzeń odległości. Wyjeżdżamy z jednego miejsca i przybywamy do drugiego, nic więcej. Z przebytej przestrzeni pozostaje w naszej pamięci tylko jakaś mgła, w której zacierają się pomieszane widoki drzew, gór i krajobrazów. W tym stanie ducha, który można by nazwać halucynacją, d’Artagnan przebył sześć czy osiem mil dzielących Chantilly od Crève-cœur, pozwalając, by koń jechał tak prędko, jak mu się podoba; gdy przyjechał na miejsce, nie pamiętał nic z tego, co widział po drodze.
Tu dopiero odzyskał pamięć; potrząsnął głową, zauważył gospodę, w której zostawił Aramisa, popędził konia i zatrzymał się przy bramie.
Tym razem przyjął go nie gospodarz, ale gospodyni. D’Artagnan był fizjonomistą: jednym spojrzeniem objął zażywną i wesołą twarz oberżystki i zrozumiał, że nie trzeba mu wyprowadzać jej w pole i nie ma się czego obawiać ze strony tak pogodnej osoby.
— Moja zacna pani — zapytał d’Artagnan — czy możesz mi powiedzieć, co się stało z moim przyjacielem, którego zostawiliśmy tu przed dwunastu dniami?
— Piękny młodzieniec liczący sobie dwadzieścia trzy albo cztery lata, łagodny, uprzejmy, dobrze ułożony?
— I ranny w ramię.
— Tak jest.
— Właśnie.
— Jest wciąż tutaj, proszę pana.
— Tam do licha, moja pani gosposiu — rzekł d’Artagnan zsiadając z konia i rzucając uzdę Planchetowi — wracasz mi życie. Gdzież jest ten drogi Aramis, niechże go uścisnę! Muszę wyznać, że bardzo mi pilno go zobaczyć.
— Przepraszam, panie, ale wątpię, czy mógłby pana przyjąć w tej chwili.
— Dlaczego? Czy jest u niego kobieta?
— Jezu! Co też pan mówi! Biedny chłopiec! Nie, panie, to nie kobieta.