Trzej muszkieterowie
- Автор: Дюма Александр
- Год: 1993
- Язык: польский
- Год: Wydawnictwo “Krąg”
- ISBN: 83-85208-13-5
- Переводчик: Joanna Guze
- Жанр: Исторические приключения
Электронная книга - «Trzej muszkieterowie». Краткое содержание книги:
— A któż zatem?
— Proboszcz z Montdidier[*] i przeor jezuitów z Amiens.
— Mój Boże — zawołał d’Artagnan — tak z nim źle?
— Nie, panie, wprost przeciwnie; ale na skutek choroby spłynęła nań łaska i postanowił wstąpić do klasztoru.
— To prawda, zapomniałem, że był muszkieterem tylko chwilowo.
— Pan chciałby go koniecznie widzieć?
— Oczywiście.
— Dobrze, niech pan wejdzie schodami z prawej strony podwórza, drugie piętro, numer pięć.
D’Artagnan udał się we wskazanym kierunku i znalazł owe schody zewnętrzne, jakie widuje się dziś jeszcze w starych oberżach. Ale do przyszłego księdza nie wchodziło się od razu: pokoju Aramisa strzeżono nie mniej czujnie niż ogrodów Armidy; Bazin, który stał na korytarzu, zagrodził d’Artagnanowi przejście z tym większym męstwem, że po wielu latach próby nareszcie dochodził do spełnienia swych pragnień.
Marzeniem biednego Bazina była zawsze służba u osoby duchownej, toteż czekał z niecierpliwością na z dawna upragnioną chwilę, kiedy Aramis porzuci wreszcie opończę muszkietera i włoży sutannę. Jedynie przyrzeczenie, które stale powtarzał młodzieniec, że ta chwila bez wątpienia nadejdzie, zatrzymywało Bazina w służbie muszkietera, choć obawiał się, że zagraża to zbawieniu jego duszy.
Bazin był więc u szczytu radości. Wedle wszelkiego prawdopodobieństwa jego pan tym razem się nie cofnie. Połączenie cierpienia fizycznego z cierpieniem duchowym wywarło efekt od dawna spodziewany; Aramis cierpiąc na duchu i na ciele zwrócił wreszcie swą myśl i serce ku religii, to zaś, co go spotkało, a mianowicie nagłe zniknięcie kochanki oraz ranę w ramię, uznał za ostrzeżenie niebios.
Jest rzeczą zrozumiałą, że w tym stanie ducha, w jakim Bazin się teraz znajdował, nic nie mogło mu być bardziej niemiłe niż przybycie d’Artagnana, d’Artagnan bowiem mógł znowu wtrącić jego pana w wir myśli świeckich, które pochłaniały go tak długo. Postanowił zatem dzielnie bronić drzwi; ale zdradzony przez oberżystkę nie mógł powiedzieć, że Aramisa nie ma, spróbował więc wytłumaczyć nowo przybyłemu, iż byłoby szczytem nietaktu przeszkadzać jego panu w pobożnej dyspucie, którą rozpoczął z samego rana i która, zdaniem Bazina, skończy się dopiero wieczorem. D’Artagnan nie zwracał jednak najmniejszej uwagi na wymowę imć Bazina, a ponieważ nie miał zamiaru wdawać się w polemiki ze sługą przyjaciela, odsunął go jedną ręką, drugą zaś nacisnął klamkę drzwi numer pięć.
Drzwi się otwarły i d’Artagnan wszedł do pokoju.
Aramis w czarnym kaftanie, z głową przyczesaną gładko i okrągło, co przypominało wcale dobrze czapeczkę zakonną, siedział przy podłużnym stole, na którym spoczywały zwoje papieru i olbrzymie foliały; po jego prawej stronie znajdował się przeor jezuitów, po lewej proboszcz z Montdidier. Okna były na wpół zasłonięte i do pokoju przedostawało się przyćmione światło sprzyjające świątobliwym rozmyślaniom. Wszystkie przedmioty świeckie, zatrzymujące spojrzenie, gdy wchodzi się do pokoju młodzieńca, a tym bardziej, młodego muszkietera, zniknęły jak zaczarowane; Bazin, zapewne z obawy, że widok szpady, pistoletów, kapelusza z piórami, haftów i koronek nasunie jego panu myśli światowe, schował je w ukryciu. Zamiast nich d’Artagnan ujrzał w ciemnym kącie coś na kształt dyscypliny zawieszonej na gwoździu.
Na hałas otwieranych drzwi Aramis podniósł głowę i poznał przyjaciela. Ale ku wielkiemu zdumieniu młodzieńca, jego widok nie wywarł wielkiego wrażenia na muszkieterze, tak bardzo umysł Aramisa oderwany był od spraw ziemskich.
— Dzień dobry, drogi d’Artagnanie — rzekł Aramis — wierzaj mi, że jestem rad cię widzieć.
— Ja również, choć nie jestem całkiem pewien, czy mówię z Aramisem.
— Z nim samym, mój przyjacielu, z nim samym; czemuż o tym wątpisz?...
— Przeląkłem się, że zmyliłem numer pokoju, i wydało mi się wpierw, że wszedłem do mieszkania jakiegoś duchownego; potem popełniłem inny błąd widząc cię w towarzystwie tych panów; przyszło mi na myśl, że jesteś ciężko chory.
Dwaj czarno odziani mężczyźni zrozumieli aluzję d’Artagnana i spojrzeli na niego niemal groźnie; ale d’Artagnan nic sobie z tego nie robił.
— Może przeszkadzam ci, mój drogi Aramisie — ciągnął d’Artagnan — ponieważ z tego, co widzę, skłonny jestem sądzić, że spowiadasz się tym panom.
Aramis zaczerwienił się lekko.
— Ty mi przeszkadzasz? Przeciwnie, drogi przyjacielu, przysięgam. A na dowód pozwól mi powiedzieć, że rad jestem wielce widząc cię zdrowym i całym.
“Ach, nareszcie! — pomyślał d’Artagnan — nie jest więc z nim tak źle”.
— Albowiem ten młody człowiek, który jest moim przyjacielem, uniknął wielkiego niebezpieczeństwa — ciągnął z namaszczeniem Aramis zwracając się do duchownych i pokazując d’Artagnana palcem.
— Nie zapomniałem o tym, wielebni ojcowie — rzekł młodzieniec kłaniając się z kolei.
— Przychodzisz w porę, drogi d’Artagnanie — powiedział Aramis — biorąc bowiem udział w dyskusji, rzucisz na nią nowe światło. Wielebny przeor z Amiens, wielebny proboszcz z Montdidier i ja rozprawialiśmy o pewnych kwestiach teologicznych, zajmujących nas od dawna; byłbym zachwycony, gdybym mógł usłyszeć twe zdanie.
— W tych sprawach zdanie żołnierza nie ma wielkiej wagi — odparł d’Artagnan, którego obrót rozmowy zaczynał nieco niepokoić — i wierzaj mi, że możesz w tej materii zaufać wiedzy wielebnych ojców.
Dwaj księża w czerni skłonili się znowu.
— Przeciwnie — rzekł Aramis — twoje zdanie będzie dla nas cenne. Posłuchaj, o co chodzi: ksiądz przeor mniema, że moja rozprawa powinna być przede wszystkim dogmatyczna i dydaktyczna.
— Twoja rozprawa? Przygotowujesz więc rozprawę?
— Oczywiście — odparł jezuita — rozprawa jest wymagana przy egzaminie poprzedzającym święcenia.
— Święcenia! — zawołał d’Artagnan, który nie mógł uwierzyć w to, co mówiła mu gospodyni i Bazin. — Święcenia!
I powiódł zdumionymi oczyma po trzech osobach, które miał przed sobą.
— A zatem — ciągnął Aramis przybierając w swym fotelu pozę równie wdzięczną, jak gdyby był w alkowie, i przyglądając się z przyjemnością swojej ręce białej i gładkiej jak ręka kobieca, którą wzniósł do góry, żeby odpłynęła z niej krew — a zatem, jakeś słyszał, d’Artagnanie, ksiądz przeor pragnie, by moja rozprawa była dogmatyczna, podczas gdy ja wolałbym, żeby miała charakter idealny. Dlatego ksiądz przeor zaproponował mi temat jeszcze nie opracowany, w którym widzę materiał pełen wspaniałych możliwości: Utraque manus in benedicendo clericis inferioribus necessaria est.
D’Artagnan, którego erudycję znamy, nie drgnął nawet, tak samo jak przy cytacie pana de Tréville dotyczącym podarunków otrzymanych od księcia Buckinghama.
— Co znaczy — rzekł Aramis, chcąc mu rzecz ułatwić — “Dwóch rąk trzeba kapłanom posiadającym niższe święcenia, kiedy udzielają błogosławieństwa”.
— Cudowny temat! — zawołał jezuita.
— Cudowny i dogmatyczny! — zawołał proboszcz, który tęgi w łacinie mniej więcej tak samo jak d’Artagnan, baczył pilnie, by nie pozostać w tyle za jezuitą, i powtarzał jego słowa niczym echo.
Jeśli idzie o d’Artagnana, pozostał całkowicie obojętny na entuzjazm duchownych.
— Tak, cudowny! Prorsus admirabile! — ciągnął Aramis — ale wymaga głębokich studiów nad Ojcami Kościoła i Pismem Świętym. Jakoż wyznałem tym uczonym kapłanom z całą pokorą, że noce spędzone na straży i służba dla króla zmusiły mnie do zaniedbania studiów. Czułbym się więc bardziej swobodnie, facilius natans, mając temat przez siebie wybrany, a mianowicie jakieś zagadnienie, którego związek z zasadniczymi zagadnieniami teologii byłby podobny do związku moralności z metafizyką w dziedzinie filozofii.