Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
Trzej muszkieterowie - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Trzej muszkieterowie

Электронная книга - «Trzej muszkieterowie». Краткое содержание книги:

Najsłynniejsza powieść Aleksandra Dumasa ojca, której akcja toczy się w XVII wieku za panowania Ludwika XIII. Bohater książki, ubogi gaskoński szlachcic d’Artagnan i jego trzej przyjaciele: Atos, Portos i Aramis przeżywają mnóstwo zaskakujących przygód w świecie pełnym intryg, pojedynków, zdrad, miłosnych namiętności... Ze wszystkich opresji wychodzą obronną ręką, bowiem postępują wedle skutecznej zasady: “Jeden za wszystkich, wszyscy za jednego”.
1 ... 66 67 68 69 70 71 72 73 74 ... 167
Перейти на страницу:

— A któż zatem?

— Proboszcz z Montdidier[*] i przeor jezuitów z Amiens.

— Mój Boże — zawołał d’Artagnan — tak z nim źle?

— Nie, panie, wprost przeciwnie; ale na skutek choroby spłynęła nań łaska i postanowił wstąpić do klasztoru.

— To prawda, zapomniałem, że był muszkieterem tylko chwilowo.

— Pan chciałby go koniecznie widzieć?

— Oczywiście.

— Dobrze, niech pan wejdzie schodami z prawej strony podwórza, drugie piętro, numer pięć.

D’Artagnan udał się we wskazanym kierunku i znalazł owe schody zewnętrzne, jakie widuje się dziś jeszcze w starych oberżach. Ale do przyszłego księdza nie wchodziło się od razu: pokoju Aramisa strzeżono nie mniej czujnie niż ogrodów Armidy; Bazin, który stał na korytarzu, zagrodził d’Artagnanowi przejście z tym większym męstwem, że po wielu latach próby nareszcie dochodził do spełnienia swych pragnień.

Marzeniem biednego Bazina była zawsze służba u osoby duchownej, toteż czekał z niecierpliwością na z dawna upragnioną chwilę, kiedy Aramis porzuci wreszcie opończę muszkietera i włoży sutannę. Jedynie przyrzeczenie, które stale powtarzał młodzieniec, że ta chwila bez wątpienia nadejdzie, zatrzymywało Bazina w służbie muszkietera, choć obawiał się, że zagraża to zbawieniu jego duszy.

Bazin był więc u szczytu radości. Wedle wszelkiego prawdopodobieństwa jego pan tym razem się nie cofnie. Połączenie cierpienia fizycznego z cierpieniem duchowym wywarło efekt od dawna spodziewany; Aramis cierpiąc na duchu i na ciele zwrócił wreszcie swą myśl i serce ku religii, to zaś, co go spotkało, a mianowicie nagłe zniknięcie kochanki oraz ranę w ramię, uznał za ostrzeżenie niebios.

Jest rzeczą zrozumiałą, że w tym stanie ducha, w jakim Bazin się teraz znajdował, nic nie mogło mu być bardziej niemiłe niż przybycie d’Artagnana, d’Artagnan bowiem mógł znowu wtrącić jego pana w wir myśli świeckich, które pochłaniały go tak długo. Postanowił zatem dzielnie bronić drzwi; ale zdradzony przez oberżystkę nie mógł powiedzieć, że Aramisa nie ma, spróbował więc wytłumaczyć nowo przybyłemu, iż byłoby szczytem nietaktu przeszkadzać jego panu w pobożnej dyspucie, którą rozpoczął z samego rana i która, zdaniem Bazina, skończy się dopiero wieczorem. D’Artagnan nie zwracał jednak najmniejszej uwagi na wymowę imć Bazina, a ponieważ nie miał zamiaru wdawać się w polemiki ze sługą przyjaciela, odsunął go jedną ręką, drugą zaś nacisnął klamkę drzwi numer pięć.

Drzwi się otwarły i d’Artagnan wszedł do pokoju.

Aramis w czarnym kaftanie, z głową przyczesaną gładko i okrągło, co przypominało wcale dobrze czapeczkę zakonną, siedział przy podłużnym stole, na którym spoczywały zwoje papieru i olbrzymie foliały; po jego prawej stronie znajdował się przeor jezuitów, po lewej proboszcz z Montdidier. Okna były na wpół zasłonięte i do pokoju przedostawało się przyćmione światło sprzyjające świątobliwym rozmyślaniom. Wszystkie przedmioty świeckie, zatrzymujące spojrzenie, gdy wchodzi się do pokoju młodzieńca, a tym bardziej, młodego muszkietera, zniknęły jak zaczarowane; Bazin, zapewne z obawy, że widok szpady, pistoletów, kapelusza z piórami, haftów i koronek nasunie jego panu myśli światowe, schował je w ukryciu. Zamiast nich d’Artagnan ujrzał w ciemnym kącie coś na kształt dyscypliny zawieszonej na gwoździu.

Na hałas otwieranych drzwi Aramis podniósł głowę i poznał przyjaciela. Ale ku wielkiemu zdumieniu młodzieńca, jego widok nie wywarł wielkiego wrażenia na muszkieterze, tak bardzo umysł Aramisa oderwany był od spraw ziemskich.

— Dzień dobry, drogi d’Artagnanie — rzekł Aramis — wierzaj mi, że jestem rad cię widzieć.

— Ja również, choć nie jestem całkiem pewien, czy mówię z Aramisem.

— Z nim samym, mój przyjacielu, z nim samym; czemuż o tym wątpisz?...

— Przeląkłem się, że zmyliłem numer pokoju, i wydało mi się wpierw, że wszedłem do mieszkania jakiegoś duchownego; potem popełniłem inny błąd widząc cię w towarzystwie tych panów; przyszło mi na myśl, że jesteś ciężko chory.

Dwaj czarno odziani mężczyźni zrozumieli aluzję d’Artagnana i spojrzeli na niego niemal groźnie; ale d’Artagnan nic sobie z tego nie robił.

— Może przeszkadzam ci, mój drogi Aramisie — ciągnął d’Artagnan — ponieważ z tego, co widzę, skłonny jestem sądzić, że spowiadasz się tym panom.

Aramis zaczerwienił się lekko.

— Ty mi przeszkadzasz? Przeciwnie, drogi przyjacielu, przysięgam. A na dowód pozwól mi powiedzieć, że rad jestem wielce widząc cię zdrowym i całym.

“Ach, nareszcie! — pomyślał d’Artagnan — nie jest więc z nim tak źle”.

— Albowiem ten młody człowiek, który jest moim przyjacielem, uniknął wielkiego niebezpieczeństwa — ciągnął z namaszczeniem Aramis zwracając się do duchownych i pokazując d’Artagnana palcem.

— Nie zapomniałem o tym, wielebni ojcowie — rzekł młodzieniec kłaniając się z kolei.

— Przychodzisz w porę, drogi d’Artagnanie — powiedział Aramis — biorąc bowiem udział w dyskusji, rzucisz na nią nowe światło. Wielebny przeor z Amiens, wielebny proboszcz z Montdidier i ja rozprawialiśmy o pewnych kwestiach teologicznych, zajmujących nas od dawna; byłbym zachwycony, gdybym mógł usłyszeć twe zdanie.

— W tych sprawach zdanie żołnierza nie ma wielkiej wagi — odparł d’Artagnan, którego obrót rozmowy zaczynał nieco niepokoić — i wierzaj mi, że możesz w tej materii zaufać wiedzy wielebnych ojców.

Dwaj księża w czerni skłonili się znowu.

— Przeciwnie — rzekł Aramis — twoje zdanie będzie dla nas cenne. Posłuchaj, o co chodzi: ksiądz przeor mniema, że moja rozprawa powinna być przede wszystkim dogmatyczna i dydaktyczna.

— Twoja rozprawa? Przygotowujesz więc rozprawę?

— Oczywiście — odparł jezuita — rozprawa jest wymagana przy egzaminie poprzedzającym święcenia.

— Święcenia! — zawołał d’Artagnan, który nie mógł uwierzyć w to, co mówiła mu gospodyni i Bazin. — Święcenia!

I powiódł zdumionymi oczyma po trzech osobach, które miał przed sobą.

— A zatem — ciągnął Aramis przybierając w swym fotelu pozę równie wdzięczną, jak gdyby był w alkowie, i przyglądając się z przyjemnością swojej ręce białej i gładkiej jak ręka kobieca, którą wzniósł do góry, żeby odpłynęła z niej krew — a zatem, jakeś słyszał, d’Artagnanie, ksiądz przeor pragnie, by moja rozprawa była dogmatyczna, podczas gdy ja wolałbym, żeby miała charakter idealny. Dlatego ksiądz przeor zaproponował mi temat jeszcze nie opracowany, w którym widzę materiał pełen wspaniałych możliwości: Utraque manus in benedicendo clericis inferioribus necessaria est.

D’Artagnan, którego erudycję znamy, nie drgnął nawet, tak samo jak przy cytacie pana de Tréville dotyczącym podarunków otrzymanych od księcia Buckinghama.

— Co znaczy — rzekł Aramis, chcąc mu rzecz ułatwić — “Dwóch rąk trzeba kapłanom posiadającym niższe święcenia, kiedy udzielają błogosławieństwa”.

— Cudowny temat! — zawołał jezuita.

— Cudowny i dogmatyczny! — zawołał proboszcz, który tęgi w łacinie mniej więcej tak samo jak d’Artagnan, baczył pilnie, by nie pozostać w tyle za jezuitą, i powtarzał jego słowa niczym echo.

Jeśli idzie o d’Artagnana, pozostał całkowicie obojętny na entuzjazm duchownych.

— Tak, cudowny! Prorsus admirabile! — ciągnął Aramis — ale wymaga głębokich studiów nad Ojcami Kościoła i Pismem Świętym. Jakoż wyznałem tym uczonym kapłanom z całą pokorą, że noce spędzone na straży i służba dla króla zmusiły mnie do zaniedbania studiów. Czułbym się więc bardziej swobodnie, facilius natans, mając temat przez siebie wybrany, a mianowicie jakieś zagadnienie, którego związek z zasadniczymi zagadnieniami teologii byłby podobny do związku moralności z metafizyką w dziedzinie filozofii.

1 ... 66 67 68 69 70 71 72 73 74 ... 167
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)