Statki czasu [The Time Ships - pl]
- Автор: Бакстер Стивен М.
- Год: 1996
- Язык: польский
- Год: Zysk i S-ka
- ISBN: 83-7150-087-4
- Переводчик: Edward Szmigiel
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Statki czasu [The Time Ships - pl]». Краткое содержание книги:
Autoryzowana kontynuacja Wehikułu czasu Herberta George’a Wellsa.
Skorupa Ziemi falowała jak pierś duszącego się człowieka i samochód czasu unosił się lub opadał wraz z ewoluującym krajobrazem. Przypominało to rejs po wzburzonym morzu. Roślinność zrobiła się bardziej bujna i zielona. Nowe lasy tłoczyły się wokół samochodu czasu — wydawało mi się, że są to również drzewa z gatunku zrzucających liście, choć wskutek naszej prędkości kwiaty i liście tworzyły jednobarwną, zieloną plamę; a powietrze ociepliło się.
Wreszcie przestałem odczuwać ból w palcach spowodowany zimnem, trwającym eony. Zrzuciłem marynarkę i rozpiąłem koszulę. Zdjąłem buty i rozmasowałem palce u nóg, przywracając w nich krążenie krwi. Z kieszeni marynarki wypadł znaczek z numerem, który dostałem od Wallisa. Podniosłem ten mały symbol podejrzliwości człowieka w stosunku do bliźnich. W tamtym otoczeniu pierwotnej zieleni chyba nie mogłem znaleźć lepszego symbolu ciasnoty umysłowej i absurdalności, na które ludzie marnują tyle swojej energii! Rzuciłem znaczek w ciemny kąt samochodu.
Długie godziny pośród zielonego gąszczu mijały wolniej niż dotąd i zasnąłem. Po przebudzeniu otaczająca mnie zieleń zmieniła się — była bardziej świecąca, o odcieniu trochę podobnym do plattnerytu. Wydawało mi się, że znajduję się w środku czegoś w rodzaju gwiezdnych póclass="underline" przypominało to bardziej przebywanie wśród szmaragdów niż liści.
I wtedy go zobaczyłem. Unosił się w wilgotnym powietrzu mrocznej kabiny, odporny na kołysanie samochodu, z ogromnymi oczami, mięsistymi ustami w kształcie litery „V” i palczastymi mackami, które zwisały, lecz nie dotykały podłogi. To nie była żadna ułuda. Jego ciało uniemożliwiało mi dostrzeżenie szczegółów lasu za nim. Był tak realny jak ja, Nebogipfel czy buty, które postawiłem na ławce.
Obserwator patrzył na mnie badawczo.
Nie czułem strachu. Wyciągnąłem ku niemu rękę, ale odskoczył. Nie miałem żadnych wątpliwości, że utkwił szare oczy w mojej twarzy.
— Kim jesteś? — zapytałem. — Czy możesz nam pomóc?
Nawet jeśli słyszał, nie odpowiedział. Jednak oświetlenie już się zmieniało, powracał zielony kolor roślinności. Potem dostrzegłem, że stwór wprawił się w ruch wirowy — obracając się wokół własnej osi, ta wielka głowa przypominała jakąś nieprawdopodobną zabawkę — i w chwilę później zniknął.
Nebogipfel podszedł do mnie, ostrożnie stawiając długie stopy na żebrach podłogi. Już wcześniej zdjął ubranie pochodzące z dziewiętnastego wieku i chodził goły, z wyjątkiem stłuczonych gogli na nosie i białych włosów, teraz długich i splątanych, na plecach.
— Co się stało? — zapytał. — Czy jesteś chory?
Powiedziałem mu o Obserwatorze, ale Morlok go nie widział. Położyłem się z powrotem na ławce, nie mając pewności, czy to, co zobaczyłem, było rzeczywistością, czy powtarzającym się snem.
Upał był uciążliwy, a powietrze w kabinie duszne.
Pomyślałem o Gödelu i Mosesie.
Ten niesympatyczny człowiek, Gödel, wydedukował istnienie wielorakich historii, opierając się wyłącznie na przesłankach ontologicznych, natomiast ja, biedny głupiec, potrzebowałem kilku podróży w czasie, nim taka możliwość w ogóle przyszła mi do głowy! Teraz jednak ten człowiek, który roił wspaniałe sny o ostatecznym świecie, gdzie wyjaśnione jest całe znaczenie, leżał przygnieciony kupą gruzów, zabity przez ciasnotę umysłową i głupotę swoich bliźnich.
Jeżeli chodzi o Mosesa, to po prostu bolałem nad nim. Przypuszczam, że było to podobne do uczucia pustki, którego człowiek doznaje po śmierci dziecka lub młodszego brata. Moses zginął w wieku dwudziestu sześciu lat, a jednak ja — ta sama osoba — nadal żyłem w wieku czterdziestu czterech! Moja przeszłość została jakby wycięta spode mnie, jakby ziemia wyparowała, pozostawiając mnie zawieszonego w powietrzu. Ale poznałem Mosesa, choć była to krótka znajomość, jako osobę posiadającą własne cechy charakteru. Był wesoły, ekscentryczny, impulsywny, trochę śmieszny — tak jak ja! — i przesympatyczny.
Byłem odpowiedzialny za śmierć kolejnego człowieka!
Żadne mgliste wywody Nebogipfela o wielorakości historii — żadne argumenty, że Moses, którego znałem, nie miał nigdy stać się mną, lecz tylko jakimś innym wariantem mojej osoby — nie były w stanie złagodzić smutku, jakiego doznawałem po jego stracie.
Myśli zaczęły mi się plątać. Usilnie starałem się nie zamykać oczu, gdyż miałem obawę, że już nigdy się nie obudzę, ale dręczony uczuciem żalu i zamętem w głowie, ponownie zasnąłem.
Obudził mnie dźwięk własnego imienia, które wypowiedziane zostało dziwnym, płynnym, gardłowym głosem Morloka. Powietrze było takie paskudne jak dotychczas i nowe pulsowanie, wywołane upałem i brakiem tlenu, walczyło o miejsce w mojej czaszce z bólem z powodu wcześniejszych obrażeń.
W tamtym leśnym półmroku zmaltretowane oczy Nebogipfela wydawały się olbrzymie.
— Rozejrzyj się — powiedział.
Zieleń tłoczyła się wokół nas tak uporczywie jak dotychczas, a jednak zaszła w niej jakaś zmiana. Stwierdziłem, że patrząc uważnie, jestem w stanie śledzić ewolucję pojedynczych liści na gęsto porośniętych gałęziach. Każdy liść powstawał w szybkim tempie z pyłu, przechodził proces pewnego rodzaju odwrotnego więdnięcia i zwijał się w pączek. Odbywało się to w czasie krótszym od jednej sekundy, ale mimo to...
— Zwalniamy — wysapałem.
— Tak. Przypuszczam, że plattneryt traci swoją moc.
Odmówiłem modlitwę dziękczynną, gdyż odzyskałem dość sił, by już nie pragnąć śmierci na jakiejś bezwietrznej, skalistej równinie u zarania dziejów Ziemi!
— Czy wiesz, gdzie jesteśmy?
— Gdzieś w epoce paleoceńskiej. Podróżowaliśmy przez dwadzieścia godzin. Znajdujemy się mniej więcej pięćdziesiąt milionów lat przed teraźniejszością...
— Czyją teraźniejszością? Moją, roku 1891, czy twoją?
Dotknął twarzy, którą nadal pokrywała zakrzepła krew.
— W takich skalach czasowych to nie ma większego znaczenia.
Liście i kwiaty kwitły teraz bardzo wolno, prawie majestatycznie. Pojawiło się migotanie i chwile głębszej ciemności, które nakładały się na zielony półmrok.
— Rozróżniam już dzień i noc — powiedziałem. — Zwalniamy.
— Tak.
Morlok usiadł na ławce naprzeciwko mnie i chwycił jej krawędź długimi palcami. Zastanawiałem się, czy się boi, miał ku temu wszelkie prawo! Wydawało mi się, że podłoga samochodu się rusza i wybrzusza łagodnie pod ławką Nebogipfela.
— Co powinniśmy zrobić?
Pokręcił głową.
— Możemy jedynie czekać na rozwój wydarzeń. Nie panujemy nad sytuacją...
Trzepotanie dni i nocy stało się jeszcze wolniejsze, aż zaczęło równomiernie pulsować wokół nas niczym bicie serca. Podłoga zaskrzypiała i w jej stalowych płytach pojawiły się wzgórki...
Nagle zrozumiałem!
— Uważaj! — krzyknąłem, wstałem, wyciągnąłem ręce i chwyciłem Nebogipfela za ramiona. Nie stawiał oporu. Uniosłem go, jakby był chudym, włochatym dzieckiem, i cofnąłem się chwiejnie...
Przede mną wyrosło drzewo, rozdzierając metalowe poszycie samochodu jak papier. Ogromna gałąź przesunęła się w kierunku urządzeń sterowniczych niczym ramię olbrzymiego, drewnianego człowieka, który celowo tam sięga, i przebiła płytę czołową obudowy.
Widocznie wylądowaliśmy w miejscu zajmowanym przez to drzewo w tej odległej erze!
Upadłem do tyłu na ławkę, ochraniając ramionami Nebogipfela. Drzewo trochę się skurczyło, kiedy przybliżyliśmy się do chwili jego narodzin. Trzepotanie dni i nocy stało się jeszcze bardziej ślamazarne. Pień zrobił się znacznie cieńszy, a potem rozległ się ogłuszający trzask i kabina rozpadła się na pół jak skorupka jajka.