Statki czasu [The Time Ships - pl]
- Автор: Бакстер Стивен М.
- Год: 1996
- Язык: польский
- Год: Zysk i S-ka
- ISBN: 83-7150-087-4
- Переводчик: Edward Szmigiel
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Statki czasu [The Time Ships - pl]». Краткое содержание книги:
Autoryzowana kontynuacja Wehikułu czasu Herberta George’a Wellsa.
Nebogipfel wypadł mi z rąk i wraz z gradem drewnianych i metalowych odłamków obaj runęliśmy na miękką, wilgotną ziemię.
KSIĘGA CZWARTA
PALEOCENSKIE MORZE
1. DIATRYMA GIGANTICA
Leżałem na plecach, wpatrując się w drzewo, które rozdarło nasz samochód czasu, kiedy podróż dobiegła końca. Słyszałem w pobliżu płytki oddech Nebogipfela, ale nie widziałem Morloka.
Nasze drzewo, które zastygło teraz w bezruchu, łączyło się wysoko nade mną z innymi, tworząc gęsty i jednolity baldachim. Z ziemi wokół jego podstawy i pomiędzy potrzaskanymi częściami samochodu wyrastały pędy i odrośle. Upał był ogromny, powietrze wilgotne i męczące dla moich płuc, a świat wokół wypełniony odgłosami kasłania, trelami oraz westchnieniami dżungli. Tłem tych wszystkich dźwięków było niskie, głębsze dudnienie i dlatego podejrzewałem, że w pobliżu znajduje się duży zbiornik wody, albo rzeka — jakaś pierwotna wersja Tamizy — albo morze.
Przypominało to bardziej tropik niż Anglię!
Kiedy tak leżałem i patrzyłem, jakieś zwierzątko zeszło po pniu w naszym kierunku. Miało mniej więcej dziesięć cali długości i przypominało wiewiórkę, ale jego sierść była rzadka i długa, zwisająca na ciałku jak płaszcz. Trzymało w małych szczękach jakiś owoc. Dziesięć stóp nad ziemią stworzenie dostrzegło nas. Przekrzywiło ostro zakończoną główkę, otworzyło mordkę — upuszczając owoc — i syknęło. Zobaczyłem, że końcówki jego siekaczy wyglądają jak grzebyki o pięciu ząbkach. Potem zwierzątko odskoczyło od pnia. Szeroko rozłożyło przednie i tylne nóżki, a jego porośnięta sierścią skóra rozwinęła się z trzaskiem, upodabniając zwierzątko do pokrytego futerkiem latawca. Odleciało w górę, wtapiając się w cień i znikając z pola mojego widzenia.
— Niezłe powitanie — wysapałem. — Ten stwór przypominał latającego lemura. Ale czy zauważyłeś jego ząbki?
Nebogipfel, nadal poza zasięgiem mojego wzroku, odrzekł:
— To było planetaterium. A to drzewo nazywa się dipterocarps i niewiele się różni od gatunku, który będzie rosnąć w lasach W twoich czasach.
Wepchnąłem ręce w ściółkę leśną pode mną — była dość zgniła i śliska — i spróbowałem się obrócić, żeby go widzieć.
— Nebogipfelu, czy jesteś ranny?
Morlok leżał na boku, ale miał przekrzywioną głowę, tak iż patrzył w niebo.
— Nie — szepnął. — Proponuję, abyśmy zaczęli szukać...
Aleja nie słuchałem go dalej, gdyż tuż za jego plecami dostrzegłem zakończoną dziobem głowę wielkości końskiej, która przepychała się przez listowie i pochylała w kierunku wątłego ciała Morloka!
Przez chwilę byłem sparaliżowany wskutek szoku. Haczykowaty dziób otworzył się z mlaśnięciem, a okrągłe oczy patrzyły na mnie z wszelkimi oznakami inteligencji.
Wielki łeb opadł ciężko i dziób zacisnął się wokół nogi Morloka. Nebogipfel wrzasnął i wbił małe palce w ziemię. Skrawki liści przywarły do jego sierści.
Odczołgałem się do tyłu, kopiąc liście, aż oparłem się plecami o pień drzewa.
Rozległ się trzask łamanych gałęzi. Bestia przedarła się przez zieleń i ukazała moim oczom. Pokryty czarnymi, łuskowatymi piórami zwierz miał jakieś siedem stóp wzrostu, grube nogi, stopy zakończone pazurami i obwisłe, żółte cielsko. Trzepotał szczątkowymi skrzydłami, które były nieproporcjonalnie małe w stosunku do olbrzymiego tułowia. Ten ptasi potwór cofnął łeb i biedny Morlok został odciągnięty po papkowatym podłożu.
— Nebogipfelu!
— To diatryma — wysapał. — Diatryma gigantica. Ja... och!
— Mniejsza o jej filogenezę — zawołałem — Uciekaj od niej!
— Obawiam się... że nie mam jak... Och!
Ponownie jego głos przeszedł we wrzask wyrażający udrękę. Teraz stwór kiwał łbem z boku na bok. Domyśliłem się, że stara się rozbić czaszkę Morloka o pień drzewa. Miał to być niewątpliwie wstęp do uczty złożonej z bladego ciała Nebogipfela!
Potrzebowałem jakiejś broni i przyszedł mi na myśl jedynie klucz Mosesa. Wstałem i wgramoliłem się do wraka naszego samochodu czasu. Wszędzie wokół leżało mnóstwo rozporek, płyt i drutów, a stal i polerowane drewno z roku 1938 wyglądało dziwnie nie na miejscu w tym antycznym lesie. Nie dostrzegłem klucza! Aż po same łokcie zanurzyłem ręce w gnijącym runie leśnym. Poszukiwania trwały wiele dręczących sekund, a przez cały ten czas diatryma odciągała swoją zdobycz w las.
I wtedy znalazłem! Wyciągnąłem prawe ramię z tej mazi, ściskając w ręku uchwyt klucza.
Z rykiem uniosłem klucz na wysokość ramienia i zacząłem się przedzierać przez bagnistą ściółkę. Paciorkowate ślepia diatrymy śledziły, jak się zbliżam. Bestia przestała potrząsać głową, ale nie puściła nogi Nebogipfela. Oczywiście nigdy przedtem nie widziała człowieka. Wątpiłem, czy rozumie, że mogę stanowić dla niej zagrożenie. Nacierałem dalej, próbując nie zważać na straszną, łuskowatą skórę wokół pazurów przy stopach, wielkie rozmiary dzioba i odór gnijącego mięsa, który unosił się w pobliżu stwora.
W sposób typowy dla uderzenia w krykiecie machnąłem prowizoryczną maczugą, trafiając w łeb diatrymy. Siła ciosu została złagodzona przez pióra i warstwę ciała, ale poczułem, że metal skutecznie zderzył się z kością.
Ptaszysko otworzyło dziób, upuszczając Morloka, i wydało skrzek, który przypominał odgłos rozpruwania blachy. Teraz ten olbrzymi dziób zawisł nade mną i instynkt podpowiadał mi, żebym uciekał, ale wiedziałem, że jeśli to uczynię, obaj przepadniemy. Ponownie uniosłem klucz nad głową i machnąłem nim w kierunku czubka czaszki diatrymy. Tym razem bestia zrobiła unik i ledwie ją musnąłem, więc w następnej chwili uniosłem klucz i uderzyłem w spodnią część dzioba.
Rozległ się potworny chrzęst i łeb diatrymy odskoczył do tyłu. Bestia zatoczyła się, po czym obrzuciła mnie taksującym spojrzeniem. Wydała skrzekliwy głos, który był tak niski, że przypominał bardziej warknięcie.
A potem, całkiem nagle, stwór nastroszył czarne pióra, odwrócił się i odszedł utykającym krokiem w las.
Wsunąłem klucz za pas i uklęknąłem przy Morloku. Był nieprzytomny. Jego noga była zmiażdżona i zakrwawiona, a włosy na plecach przesiąknięte lepką śliną ptasiego potwora.
— No cóż, mój towarzyszu w czasie — szepnąłem. — Są sytuacje, kiedy warto mieć obok siebie antycznego dzikusa!
Znalazłem jego gogle w mazistej ściółce, wytarłem je o rękaw i założyłem Nebogipfelowi na oczy.
Spojrzałem w ciemny las, zastanawiając się, co powinienem teraz zrobić. Chociaż podróżowałem w czasie i przemierzyłem wielką przestrzeń w drodze do Sfery Morloków, to we własnym stuleciu nigdy nie byłem w żadnym kraju tropikalnym. W walce o przetrwanie mogłem się teraz kierować tylko mglistymi wspomnieniami opowieści podróżników i innych popularnych źródeł.
Pocieszałem się jednak, że przyszłe wyzwania będą stosunkowo łatwe! Nie będę musiał stanąć oko w oko z moim młodszym odpowiednikiem ani — ponieważ samochód czasu był zniszczony — borykać się z moralnymi i filozoficznymi dwuznacznościami wielorakich historii. Musiałem raczej poszukać jedzenia i schronienia przed deszczem oraz zabezpieczyć nas przed zwierzętami i ptakami tych zamierzchłych czasów.