Wydziedziczeni [The Dispossessed - pl]
- Автор: Гуин Урсула К. Ле
- Год: 1993
- Язык: польский
- Год: Phantom Press International
- ISBN: 83-7075-502-X
- Переводчик: Lukasz Nicpan
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Wydziedziczeni [The Dispossessed - pl]». Краткое содержание книги:
Powieść otrzymała nagrodę Nebulę w 1974 i Hugo w 1975.
Nie dadzą mu odjechać. Nie opłacił podróży. Zresztą on sam nie może sobie pozwolić na wyjazd; poddać się i czmychnąć.
Siedząc przy biurku w słonecznym blasku poranka, uderzył rękami o krawędź blatu — raz, drugi i trzeci — z całej siły, z rozmysłem; na jego twarzy malowały się spokój i zaduma.
— Dokąd pójść? — zapytał na głos.
Zapukano do drzwi. Efor wniósł na tacy śniadanie i poranne gazety.
— Stawiłem się jak zwykle o szóstej, ale pan jeszcze spał — usprawiedliwiał się, z godną podziwu zręcznością opróżniając tacę.
— Upiłem się wczoraj wieczorem.
— To piękne, dopóki trwa — zauważył służący. — Czy to wszystko, sir? Doskonale — powiedział i wycofał się (równie zwinnie, jak nakrywał do stołu), kłaniając się po drodze wchodzącemu właśnie Pae.
— Nie chciałbym zakłócać panu śniadania! Wracam z kaplicy, przyszło mi do głowy, żeby do pana zajrzeć.
— Siadaj. Napij się czekolady.
Szevek nie mógł zabrać się do jedzenia, dopóki Pae nie udał, że dzieli z nim posiłek. Pae wziął bułkę z miodem i kruszył ją na talerz. Szevek czuł się wciąż rozbity, ale i bardzo już zgłodniały, rzucił się więc na jedzenie. Wyglądało na to, że nawiązanie rozmowy przychodzi Pae trudniej niż zwykle.
— Nadal dostaje pan te śmieci? — spytał na koniec rozbawionym tonem, dotknąwszy złożonych gazet, które Efor zostawił na stole.
— Efor mi je przynosi.
— Ach tak.
— Prosiłem go o to — wyjaśnił Szevek i rzucił tamtemu badawcze spojrzenie. — Pozwalają mi lepiej zrozumieć wasz kraj. Interesują mnie wasze klasy niższe. Wywodzi się z nich większość Anarresyjczyków.
— Tak, oczywiście — z wyrazem aprobaty i szacunku przytaknął Pae. Zjadł kęs bułki z miodem. — Chyba się jednak skuszę na kropelkę tej czekolady — oświadczył i zadzwonił stojącym na tacy dzwonkiem.
W drzwiach pojawił się Efor.
— No cóż, sir, mieliśmy zamiar zabrać pana, teraz kiedy poprawiła się pogoda, znowu na wycieczkę, pokazać nieco więcej naszego kraju. Może nawet wyskoczyć za granicę. Obawiam się jednak, że ta przeklęta wojna pokrzyżowała nam plany.
Szevek zerknął na nagłówek leżącej na wierzchu gazety:
IO I THU ŚCIERAJĄ SIĘ W POBLIŻU STOLICY BENBILI.
— Telefaksem nadeszły już świeższe nowiny — poinformował go Pae. — Wyzwoliliśmy stolicę. Generał Havevert zostanie przywrócony do władzy.
— A więc wojna skończona?
— Dopóki Thu okupuje dwie wschodnie prowincje, nie.
— Rozumiem. A więc wasza armia i ich armia będą się biły w Benbili? Ale nie tutaj?
— Ach nie, nie. Dokonanie najazdu na nas byłoby z ich strony bezgraniczną głupotą, podobnie zresztą jak nasz najazd na nich.
Wyrośliśmy już z barbarzyńskich obyczajów toczenia wojen w ośrodkach wyższej cywilizacji! Równowagę sił utrzymujemy dzięki tego rodzaju akcjom policyjnym jak obecna. Oficjalnie pozostajemy jednakże w stanie wojny. Obawiam się więc, że wejdą w życie wszystkie zwykłe, uciążliwe ograniczenia.
— Ograniczenia?
— Na przykład weryfikacja badań przeprowadzanych w Kolegium Nauki Szlachetnej. Nic takiego, po prostu wymóg rządowej parafki. Czasem zwłoka w publikacji artykułu, wysokim czynnikom wydaje się bowiem, że coś, czego nie rozumieją, musi być zaraz niebezpieczne…! Ograniczy się też nieco swobodę podróżowania, szczególnie, jak się obawiam, panu oraz innym cudzoziemcom bawiącym w naszym kraju. Dopóki trwa stan wojny, dopóty nie będzie panu wolno, o ile się nie mylę, opuszczać bez zgody rektora terenu uczelni. Proszę się tym jednak nie przejmować. Mogę stąd pana wywieźć, gdy tylko pan zechce, bez przechodzenia przez ten cały galimatias.
— Masz klucze — z chytrym uśmieszkiem domyślił się Szevek.
— Och, jestem w tej dziedzinie najwytrawniejszym specjalistą.
Uwielbiam obchodzić przepisy i przechytrzać władze. Może jestem urodzonym anarchistą? Gdzież się, u diabła, podział ten stary dureń, którego posłałem po filiżankę?
Musiał zejść po nią na dół do kuchni.
— Nie trzeba na to aż pół dnia. No cóż, nie będę czekał. Nie chcę panu zabierać reszty poranka. Przy okazji, czy miał pan w ręku ostatni numer Biuletynu Fundacji Badań Kosmicznych! Publikują plany astrografu Reumere’a.
— Co to takiego?
— Coś, co on sam nazywa urządzeniem do komunikacji momentalnej. Powiada, że jeśli tylko temporaliści — chodzi oczywiście o pana — opracują równania czasowej bezwładności, inżynierowie — czyli on — będą w stanie, w przeciągu paru miesięcy czy nawet tygodni, zbudować to urządzonko i wypróbować je, udowadniając przy okazji prawdziwość teorii.
— Inżynierowie są najlepszym dowodem na istnienie odwracalności przyczynowej. Widzisz, Reumere zbudował swój skutek, zanim ja dostarczyłem mu przyczyny. — Znowu się uśmiechnął, tym razem już nie tak przebiegle. Kiedy zaś Pae zamknął za sobą drzwi, zerwał się gwałtownie. — Ty zasrany spekulancki kłamco! — wykrzyknął w swoim ojczystym języku, pobladły z gniewu, zaciskając dłonie w pięści, żeby nie chwyciły czegoś i nie rzuciły tym za Pae.
Wszedł Efor, niosąc tacę z filiżanką i spodkiem. Zatrzymał się, sprawiał wrażenie zaniepokojonego.
— W porządku, Eforze. On nie… nie chciał filiżanki. Możesz już to zabrać.
— Tak jest, sir.
— Posłuchaj, przez jakiś czas nie chciałbym tu widzieć gości.
Czy mógłbyś nikogo do mnie nie wpuszczać?
— Z łatwością, sir. Czy kogoś szczególnie?
— Tak, jego. Wszystkich. Powiedz, że pracuję.
— Ucieszy się, słysząc to, sir. — Zmarszczki na twarzy Efora rozpłynęły się na chwilę w złośliwym grymasie; następnie dodał z pełną szacunku poufałością: — Nikt, kogo nie życzy pan sobie widzieć, nie prześlizgnie się obok mnie. — Zakończył zaś tonem należytej oficjalności: — Dziękuję, sir, i życzę dobrego dnia.
Dzięki posiłkowi — i adrenalinie — odtrętwiałość Szeveka ustąpiła. Poirytowany i niespokojny zaczął chodzić w tę i z powrotem po pokoju. Chciał coś zrobić. Od blisko roku nie robił nic, nie licząc robienia z siebie głupca. Pora, żeby się do czegoś zabrał.
Po co tu przyjechał?
Żeby uprawiać fizykę. Bronić, siłą swojego talentu, praw obywatela w społeczeństwie: prawa do pracy, do zapłaty za pracę oraz do dzielenia się jej efektami ze wszystkimi, którzy tego chcą. Praw odonianina i praw człowieka.
Jego wspaniałomyślni i opiekuńczy gospodarze pozwolili mu pracować i zapewnili mu utrzymanie na czas pracy, zgoda. Trudności powstają w członie trzecim. Tyle że on jeszcze do tego punktu nie dotarł. Nie skończył swojej pracy. Nie mógł podzielić się czymś, czego nie posiadał.
Zasiadł na powrót za biurkiem i wydobył z najgłębszej i najmniej praktycznej kieszeni obcisłych, eleganckich spodni dwa świstki gęsto zapisanego papieru. Rozprostował je w palcach i począł się w nie wpatrywać. Przyszło mu do głowy, że upodobnił się oto do Sabula, tak jak tamten robiąc oszczędne, skrótowe notatki na strzępkach papieru. Teraz już wiedział, dlaczego Sabul tak czynił: bo był zachłanny i skryty. To, co na Anarres było psychopatią, na Urras — zachowaniem racjonalnym.
Siedział tak nieruchomo, ze zwieszoną głową, gapiąc się na dwa kawałeczki papieru, na których zanotował zasadnicze punkty ogólnej teorii czasu (na ile ją zdołał rozwinąć).
Przesiedział tak trzy następne dni, wpatrzony w dwa małe świstki papieru.
Co jakiś czas wstawał, przechadzał się po pokoju, zapisywał coś, siadał do komputera, prosił Efora, żeby przyniósł mu coś do zjedzenia lub kładł się i zasypiał. Obudziwszy się znowu zasiadał za biurkiem.