Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Bogowie, honor, Ankh-Morpork [Jingo - pl]
Bogowie, honor, Ankh-Morpork [Jingo - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Bogowie, honor, Ankh-Morpork [Jingo - pl]

Электронная книга - «Bogowie, honor, Ankh-Morpork [Jingo - pl]». Краткое содержание книги:

Coś nowego pojawiło się między starożytnymi miastami Ankh-Morpork i Al-Khali. Dosłownie. To wyspa, wynurzająca się z dna Okrągłego Morza Dysku. Ponieważ jest niezamieszkana i oba miasta roszczą sobie do niej prawa, komendant Vimes ze swymi wiernymi strażnikami staje wobec zbrodni tak wielkiej, że żadne prawa jej nie obejmują.
1 ... 64 65 66 67 68 69 70 71 72 ... 87
Перейти на страницу:

— Może być bardzo wielka, owszem.

— Świetnie, świetnie — mruknął Colon. — Hm… ma ktoś ołówek? Przysiągłbym, że miałem tu…

Przed tawerną rozległ się hałas. Był to śmiech wielu kobiet — co dla mężczyzn zawsze jest dźwiękiem bardzo niepokojącym[16]. Klienci spoglądali podejrzliwie przez pędy winorośli.

Colon i pozostali wyjrzeli zza urny na grupkę przy studni. Starsza pani turlała się ze śmiechu po piasku, a wiele młodszych opierało się o siebie nawzajem.

Colon usłyszał, jak któraś z nich mówi:

— Powtórz, co on powiedział.

— Powiedział: „To zabawne, nigdy tak nie robi, kiedy ja próbuję!”.

— Tak, to szczera prawda! — rechotała starsza kobieta. — Nigdy tak nie robi!

— „To zabawne, nigdy tak nie robi, kiedy ja próbuję!” — powtórzył Nobby.

Colon jęknął w duchu. Był to głos kaprala Nobbsa działającego w trybie anegdotycznym, kiedy mógł na dwadzieścia łokci przypalić deskę.

— Przepraszam — rzucił i przecisnął się przez tłum gości przy bramie.

— A znacie ten o kró… o sułtanie, który się bał, że jego żona… jedna z jego żon nie będzie mu wierna, kiedy wyruszy na wyprawę?

— W ogóle nie słyszałyśmy jeszcze takich opowieści, Beti — wykrztusiła Bana.

— Naprawdę? Och, znam ich tysiąc i jedną. W każdym razie sułtan poszedł do takiego starego kowala, jasne… i mówi…

— Nie możecie opowiadać tutaj takich historii, kap… Beti — wysapał Colon, kiedy zatrzymał się przy koledze.

Nobby zauważył, że w grupie zaszła pewna zmiana. Teraz otaczały go kobiety, które znalazły się w obecności mężczyzny. Rozpoznanego mężczyzny, poprawił się w myślach.

Kilka z nich się zarumieniło. Poprzednio się nie rumieniły.

— A niby czemu? — spytała złośliwie Beti.

— No… urażasz innych — odparł niepewnie Colon.

— Ehm… nie jesteśmy urażone, szlachetny panie — wtrąciła Bana cicho, pokornym tonem. — Uważamy, że opowieści Beti są bardzo… pouczające. Zwłaszcza ta o człowieku, który przyszedł do tawerny z bardzo małym muzykiem.

— A trudno było ją przetłumaczyć — oświadczył dumnie Nobby. — W Klatchu nie wiedzą, co to jest fortepian. Ale okazało się, że mają tu taki strunowy…

— Bardzo ciekawa była również ta o człowieku z rękami i nogami w gipsie — dodała Netal.

— Tak. I śmiały się, chociaż nie mają tu takich samych dzwonków do drzwi — pochwalił się Nobby. — Zaraz, nie musicie jeszcze iść…

Grupka już się rozchodziła. Wszystkie kobiety ogarnęła jakaś zaabsorbowana pracowitość. Chwytały dzbany z wodą i je niosły dokądś.

Bana skinęła Beti na pożegnanie.

— Dziękujemy ci. To było bardzo… interesujące spotkanie. Ale musimy już wracać. Wyświadczyłaś nam wielką uprzejmość, godząc się na rozmowę.

— Nie, nie odchodźcie…

W powietrzu pozostała tylko delikatna sugestia perfum.

Beti spojrzała gniewnie na Colona.

— Czasami naprawdę mam ochotę przyłożyć ci solidnie w ucho — warknęła. — Moja pierwsza okazja od lat, do demona, a ty…

Urwała. Za Colonem dostrzegła sporo twarzy zdumionych, jednak pełnych dezaprobaty. Wszystko mogło skończyć się całkiem inaczej, gdyby nie rozległ się nagle ośli ryk. Z góry.

Skradziona oślica łatwo wyplątała się z amatorsko związanej przez Nobby’ego uprzęży i ruszyła na poszukiwanie karmy. Niejasno kojarzyła jedzenie z bramą do swojej stajni, a zatem z drzwiami w ogóle. Dlatego postanowiła wejść w najbliższe otwarte.

Wewnątrz były wąskie spiralne schody, ale ona zagrodę miała też dość wąską, a przyzwyczajona do uliczek w Al-Khali, nie przejmowała się schodami. Rozczarowanie przeżyła dopiero wtedy, gdy schody się skończyły i wciąż nie znalazła siana.

— No nie… — odezwał się ktoś za Colonem. — Znowu mamy osła w minarecie.

Rozległy się powszechne jęki.

— Co w tym złego? — zdziwił się Colon. — Co weszło na górę, musi zejść na dół.

— Nie wiesz? — zdziwił się któryś z jego towarzyszy przy posiłku. — Nie macie w Ur minaretów?

— Eee… — zająknął się Colon.

— Ale mamy mnóstwo osłów — wtrącił lord Vetinari.

Zabrzmiały chóralne śmiechy, w większej części z Colona.

— Patrz… — Jeden z mężczyzn wskazał mroczne wnętrze. — Widzisz?

— Bardzo wąskie spiralne schody — stwierdził Patrycjusz. — I…?

— I na górze nie ma miejsca, żeby się odwrócić, jasne? Pewnie, każdy dureń potrafi wprowadzić osła na szczyt minaretu. Ale próbowałeś kiedyś zmusić zwierzaka, żeby tyłem zszedł po wąskich schodach w dół po ciemku? To niemożliwe.

— Jest coś takiego w prowadzących do góry schodach — zauważył ktoś inny. — Przyciągają osły. One chyba myślą, że coś jest na szczycie.

— Ostatniego musieliśmy zepchnąć, nie? — rzucił jeden z obecnych strażników.

— Właśnie. Rozprysnął się — dodał jego towarzysz.

— Nikt nie będzie znikąd spychał Walerii — zastrzegła Beti. — Niech no tylko któryś spróbuje takiego numeru, to bogowie świadkami, poczuje ten gorszy koniec… — Umilkła. Pod welonem pojawił się straszliwy grymas. — Znaczy, temu dam mocnego, wilgotnego całusa.

Kilku mężczyzn z tylnych szeregów odeszło pospiesznie.

— Nie ma powodów, żeby tak się złościć — uspokajał ją strażnik.

— Nie żartuję! — Beti ruszyła w jego stronę.

Wystraszony strażnik odsunął się niespokojnie.

— Czy możecie coś z nią zrobić, panowie?

— My? Obawiam się, że nie — rzekł Vetinari. — Och jej… Znowu będzie jak wtedy w Djelibeybi, Al…

— O rety… — zgodził się Colon, lojalny w zastraszaniu. Gapie, którzy uważali, że stoją dostatecznie daleko od Beti, zaczęli się uśmiechać. To był prawdziwy uliczny teatr.

— Nie wiem, czy w ogóle ściągnęli tego człowieka z masztu — mówił Vetinari.

— Tak, większą jego część jakoś ściągnęli… — mruknął Colon.

— Wiecie co? Wiecie co? — zaproponował pospiesznie strażnik. — A gdybyśmy obwiązali go liną…

— …ją… — rzuciła groźnie Beti.

— Ją, no właśnie, a potem…

— Potrzebujesz na górze co najmniej trzech ludzi, a tam nie ma miejsca!

— Sir, mam pomysł! — szepnął drugi strażnik.

— Lepiej się pospiesz — poradził Colon. — Bo kiedy Beti już zacznie, nie da się jej powstrzymać.

Strażnicy zaczęli szeptać między sobą.

— Będziemy mieli kłopoty, jeśli zrobimy coś takiego! Pamiętasz to wszystko, co nam mówili o wysiłku wojennym! Dlatego właśnie je skonfiskowali!

— Nikt nie zauważy, że przez pięć minut któregoś nie ma!

— Tak, ale chcesz potem sam powiedzieć księciu, że go zgubiliśmy?

— No nie. A wolisz się tłumaczyć przed nią?

Obaj spojrzeli na Beti.

— No i przecież łatwo nimi sterować — szepnął jeden z nich.

— Waleria? — spytał Colon.

— Jakiś problem? — rzuciła rozdrażniona Beti.

— Nie! Skąd! Świetne imię dla oślicy, No… Beti.

— Niech nikt nic nie robi! — rozkazał strażnik. — Wrócimy.

— O co im chodziło? — zapytał Colon.

— Pewnie poszli po dywan — wyjaśnił ktoś.

— To ładnie, ale nie rozumiem, jak to ma nam pomóc.

— Latający.

— Aha… — ucieszył się Colon. — Mają jeden taki na uniwersytecie.

вернуться

16

Zwykle obawiają się, że to z nich żartują.

1 ... 64 65 66 67 68 69 70 71 72 ... 87
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)