Bogowie, honor, Ankh-Morpork [Jingo - pl]
- Автор: Пратчетт Теренс Дэвид Джон
- Год: 2005
- Язык: польский
- Год: Pr
- ISBN: 978-83-7469-032-4
- Переводчик: Piotr W. Cholewa
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Bogowie, honor, Ankh-Morpork [Jingo - pl]». Краткое содержание книги:
— Może być bardzo wielka, owszem.
— Świetnie, świetnie — mruknął Colon. — Hm… ma ktoś ołówek? Przysiągłbym, że miałem tu…
Przed tawerną rozległ się hałas. Był to śmiech wielu kobiet — co dla mężczyzn zawsze jest dźwiękiem bardzo niepokojącym[16]. Klienci spoglądali podejrzliwie przez pędy winorośli.
Colon i pozostali wyjrzeli zza urny na grupkę przy studni. Starsza pani turlała się ze śmiechu po piasku, a wiele młodszych opierało się o siebie nawzajem.
Colon usłyszał, jak któraś z nich mówi:
— Powtórz, co on powiedział.
— Powiedział: „To zabawne, nigdy tak nie robi, kiedy ja próbuję!”.
— Tak, to szczera prawda! — rechotała starsza kobieta. — Nigdy tak nie robi!
— „To zabawne, nigdy tak nie robi, kiedy ja próbuję!” — powtórzył Nobby.
Colon jęknął w duchu. Był to głos kaprala Nobbsa działającego w trybie anegdotycznym, kiedy mógł na dwadzieścia łokci przypalić deskę.
— Przepraszam — rzucił i przecisnął się przez tłum gości przy bramie.
— A znacie ten o kró… o sułtanie, który się bał, że jego żona… jedna z jego żon nie będzie mu wierna, kiedy wyruszy na wyprawę?
— W ogóle nie słyszałyśmy jeszcze takich opowieści, Beti — wykrztusiła Bana.
— Naprawdę? Och, znam ich tysiąc i jedną. W każdym razie sułtan poszedł do takiego starego kowala, jasne… i mówi…
— Nie możecie opowiadać tutaj takich historii, kap… Beti — wysapał Colon, kiedy zatrzymał się przy koledze.
Nobby zauważył, że w grupie zaszła pewna zmiana. Teraz otaczały go kobiety, które znalazły się w obecności mężczyzny. Rozpoznanego mężczyzny, poprawił się w myślach.
Kilka z nich się zarumieniło. Poprzednio się nie rumieniły.
— A niby czemu? — spytała złośliwie Beti.
— No… urażasz innych — odparł niepewnie Colon.
— Ehm… nie jesteśmy urażone, szlachetny panie — wtrąciła Bana cicho, pokornym tonem. — Uważamy, że opowieści Beti są bardzo… pouczające. Zwłaszcza ta o człowieku, który przyszedł do tawerny z bardzo małym muzykiem.
— A trudno było ją przetłumaczyć — oświadczył dumnie Nobby. — W Klatchu nie wiedzą, co to jest fortepian. Ale okazało się, że mają tu taki strunowy…
— Bardzo ciekawa była również ta o człowieku z rękami i nogami w gipsie — dodała Netal.
— Tak. I śmiały się, chociaż nie mają tu takich samych dzwonków do drzwi — pochwalił się Nobby. — Zaraz, nie musicie jeszcze iść…
Grupka już się rozchodziła. Wszystkie kobiety ogarnęła jakaś zaabsorbowana pracowitość. Chwytały dzbany z wodą i je niosły dokądś.
Bana skinęła Beti na pożegnanie.
— Dziękujemy ci. To było bardzo… interesujące spotkanie. Ale musimy już wracać. Wyświadczyłaś nam wielką uprzejmość, godząc się na rozmowę.
— Nie, nie odchodźcie…
W powietrzu pozostała tylko delikatna sugestia perfum.
Beti spojrzała gniewnie na Colona.
— Czasami naprawdę mam ochotę przyłożyć ci solidnie w ucho — warknęła. — Moja pierwsza okazja od lat, do demona, a ty…
Urwała. Za Colonem dostrzegła sporo twarzy zdumionych, jednak pełnych dezaprobaty. Wszystko mogło skończyć się całkiem inaczej, gdyby nie rozległ się nagle ośli ryk. Z góry.
Skradziona oślica łatwo wyplątała się z amatorsko związanej przez Nobby’ego uprzęży i ruszyła na poszukiwanie karmy. Niejasno kojarzyła jedzenie z bramą do swojej stajni, a zatem z drzwiami w ogóle. Dlatego postanowiła wejść w najbliższe otwarte.
Wewnątrz były wąskie spiralne schody, ale ona zagrodę miała też dość wąską, a przyzwyczajona do uliczek w Al-Khali, nie przejmowała się schodami. Rozczarowanie przeżyła dopiero wtedy, gdy schody się skończyły i wciąż nie znalazła siana.
— No nie… — odezwał się ktoś za Colonem. — Znowu mamy osła w minarecie.
Rozległy się powszechne jęki.
— Co w tym złego? — zdziwił się Colon. — Co weszło na górę, musi zejść na dół.
— Nie wiesz? — zdziwił się któryś z jego towarzyszy przy posiłku. — Nie macie w Ur minaretów?
— Eee… — zająknął się Colon.
— Ale mamy mnóstwo osłów — wtrącił lord Vetinari.
Zabrzmiały chóralne śmiechy, w większej części z Colona.
— Patrz… — Jeden z mężczyzn wskazał mroczne wnętrze. — Widzisz?
— Bardzo wąskie spiralne schody — stwierdził Patrycjusz. — I…?
— I na górze nie ma miejsca, żeby się odwrócić, jasne? Pewnie, każdy dureń potrafi wprowadzić osła na szczyt minaretu. Ale próbowałeś kiedyś zmusić zwierzaka, żeby tyłem zszedł po wąskich schodach w dół po ciemku? To niemożliwe.
— Jest coś takiego w prowadzących do góry schodach — zauważył ktoś inny. — Przyciągają osły. One chyba myślą, że coś jest na szczycie.
— Ostatniego musieliśmy zepchnąć, nie? — rzucił jeden z obecnych strażników.
— Właśnie. Rozprysnął się — dodał jego towarzysz.
— Nikt nie będzie znikąd spychał Walerii — zastrzegła Beti. — Niech no tylko któryś spróbuje takiego numeru, to bogowie świadkami, poczuje ten gorszy koniec… — Umilkła. Pod welonem pojawił się straszliwy grymas. — Znaczy, temu dam mocnego, wilgotnego całusa.
Kilku mężczyzn z tylnych szeregów odeszło pospiesznie.
— Nie ma powodów, żeby tak się złościć — uspokajał ją strażnik.
— Nie żartuję! — Beti ruszyła w jego stronę.
Wystraszony strażnik odsunął się niespokojnie.
— Czy możecie coś z nią zrobić, panowie?
— My? Obawiam się, że nie — rzekł Vetinari. — Och jej… Znowu będzie jak wtedy w Djelibeybi, Al…
— O rety… — zgodził się Colon, lojalny w zastraszaniu. Gapie, którzy uważali, że stoją dostatecznie daleko od Beti, zaczęli się uśmiechać. To był prawdziwy uliczny teatr.
— Nie wiem, czy w ogóle ściągnęli tego człowieka z masztu — mówił Vetinari.
— Tak, większą jego część jakoś ściągnęli… — mruknął Colon.
— Wiecie co? Wiecie co? — zaproponował pospiesznie strażnik. — A gdybyśmy obwiązali go liną…
— …ją… — rzuciła groźnie Beti.
— Ją, no właśnie, a potem…
— Potrzebujesz na górze co najmniej trzech ludzi, a tam nie ma miejsca!
— Sir, mam pomysł! — szepnął drugi strażnik.
— Lepiej się pospiesz — poradził Colon. — Bo kiedy Beti już zacznie, nie da się jej powstrzymać.
Strażnicy zaczęli szeptać między sobą.
— Będziemy mieli kłopoty, jeśli zrobimy coś takiego! Pamiętasz to wszystko, co nam mówili o wysiłku wojennym! Dlatego właśnie je skonfiskowali!
— Nikt nie zauważy, że przez pięć minut któregoś nie ma!
— Tak, ale chcesz potem sam powiedzieć księciu, że go zgubiliśmy?
— No nie. A wolisz się tłumaczyć przed nią?
Obaj spojrzeli na Beti.
— No i przecież łatwo nimi sterować — szepnął jeden z nich.
— Waleria? — spytał Colon.
— Jakiś problem? — rzuciła rozdrażniona Beti.
— Nie! Skąd! Świetne imię dla oślicy, No… Beti.
— Niech nikt nic nie robi! — rozkazał strażnik. — Wrócimy.
— O co im chodziło? — zapytał Colon.
— Pewnie poszli po dywan — wyjaśnił ktoś.
— To ładnie, ale nie rozumiem, jak to ma nam pomóc.
— Latający.
— Aha… — ucieszył się Colon. — Mają jeden taki na uniwersytecie.
16
Zwykle obawiają się, że to z nich żartują.