Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Научная фантастика » Pan Lodowego Ogrodu. Tom II
Pan Lodowego Ogrodu. Tom II - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Pan Lodowego Ogrodu. Tom II

Электронная книга - «Pan Lodowego Ogrodu. Tom II». Краткое содержание книги:

Jarosław Grzędowicz — urodzony w 1965 roku, debiutował w 1982 na łamach tygodnika „Odgłosy” opowiadaniem Azyl dla starych pilotów. Klub absolutnej karty kredytowej (publikacja w internecie w 1999 r.) otrzymał nominację do Nagrody Elektrybałta, a po publikacji w Wizjach alternatywnych 2002 także nominację do nagrody Sfinksa. W 1990 roku wraz z Andrzejem Łaskim, Krzysztofem Sokołowskim, Dariuszem Zientalakiem i Rafałem Ziemkiewiczem założył magazyn literacki „Fenix”, w którym prowadził dział prozy polskiej, a od 1993 roku był jego redaktorem naczelnym.
Oprócz tego pracuje jako dziennikarz „wolny strzelec”, prowadzi stałą rubrykę naukowo-cywilizacyjną w Gazecie Polskiej i tłumaczy komiksy, głównie z serii Usagi Yojimbo i Batman.
W Fabryce Słów ukazała się Księga jesiennych demonów, jego pierwszy autorski zbiór opowiadań grozy.
Pan Lodowego Ogrodu to pierwsza powieść Jarosława Grzędowicza, w mistrzowski sposób łącząca elementy science fiction i fantasy.
Ilustracje Jan J. Marek
1 ... 64 65 66 67 68 69 70 71 72 ... 116
Перейти на страницу:

Głos uwiązł mi w gardle.

— Jest zdrowy — odezwał się Mrok. — Na tyle, na ile byłem w stanie mu pomóc. Choroba głowy może wracać. Był już chory, kiedy wbito w niego igły. Przy okazji, N’Gwemba Asani nie żyje.

— Jak to...

— NGwemba Asani, Węzeł, syn Ptasznika, Kłos, syn Garncarza — tropiciel, który was pojmał. Dwaj żołnierze, którzy eskortowali cię do kopuły na górze, a dziś mieli wartę, oraz chłopiec. Sierota imieniem Młot, syn Łowcy. Leczyłem jego siostrę z żółtej gorączki.

Otworzyłem tylko usta i zostałem tak. Nie ma oddechu, nie ma słów. Najwyżej skrzek.

— To był demon — ciągnął Mrok zza swojej kolczej zasłony. — Potężny demon uroczyska, z takich, które my nazywamy roiho, a Amitraje upyrmaz. To właśnie widziałem w wodzie i kształtach dymu, ale zrozumiałem dopiero teraz. Idzie twoim śladem. Zabija każdego, kto miał z tobą cokolwiek wspólnego. Każdego. Dlatego musicie odejść natychmiast. Damy wam kilku ludzi, zapasy, nawet wierzchowce. Musisz dotrzeć tam, gdzie prowadzi cię twój los, synu Oszczepnika. Twój i nasz, i oby ci się udało. Będę się za was modlił, Filarze.

— Skąd on... — zaczął z osłupieniem Brus, ale nie zwróciliśmy na niego uwagi. Zauważył to i umilkł.

— Jak to każdego...? — zapytałem. — Przecież ty, tohimon Knot... Brus... Nie mówiąc już...

— Przez całą noc odprawiałem nad twoim towarzyszem egzorcyzmy. Potwór krążył wokół namiotu, czułem go, słyszałem, lecz nie mógł pokonać pieśni. N’Gwemba wyszedł, żeby go odpędzić, i zginął. Dopiero mnie się udało. Odszedł, ale wróci.

— Powiedziałeś, że podąża moim śladem. W takim razie musimy zaraz wyruszać. Może pójdzie za nami, a was zostawi w spokoju. Skoro napada na tych, których spotykam, to...

— Na to właśnie liczę — przerwał mi mnich. — On nie napada na twoich prześladowców, napada, bo czuje ciebie. Twój trop. To ciebie roiho chce dostać. Jeśli zostaniesz, to zginie i Brus, syn Piołunnika, i Knot, syn Kowala, i ja, i Woda, córka Tkaczki. A także każdy, o kogo bodaj się otrzesz. Idź po swoje rzeczy, synu Oszczepnika. Nie ma czasu do stracenia.

— Agiru Kano! — szczeknąłem kamiennym głosem i ruszyłem do wyjścia.

— Filarze! — zawołał Mrok. Odwróciłem się.

— Zdążysz się pożegnać.

— Mroku, Woda... Kiedy ruszycie w dalszą drogę...

— Wiem, synu Oszczepnika.

Wyszedłem z namiotu.

Rozdział 7

Droga czarownika

Płomień od płomienia zapala się, aż się wypali,

ogień wzniecasz od ognia;

mąż od męża mądrości się uczy,

mąż o mężu przez rozmowę o sobie wiedzą.

(...)

Ta rzecz jest pewna: gdy pytasz o runy

od bogów pochodzące, radą ich rytowane,

przez Najwyższego znaczone —

najlepiej zachowaj milczenie.

Hávamál — Pieśni Najwyższego

Biegł równym, miarowym krokiem, buchając parą i przytrzymując miecz przy pasie. Nie za szybko, nie za wolno. Mógł tak biec kilometrami. Byle trzymać rytm.

— Dlaczego biegniesz? — spytała Cyfral, unosząc się opodal jego głowy.

— Zbyt długo stałem w miejscu — odpowiedział, przeskakując leżący na drodze pień. Obłok migotliwych iskier wciąż otaczał go aureolą, poruszające się ręce pozostawiały słabą poświatę.

Wbiegli na szczyt i Vuko zatrzymał się nagle.

— Wiesz, jakie to ma możliwości? Jakie ograniczenia? Jak to obsługiwać?

— Nie wiem niczego, czego ty nie wiesz — odparła. — Spróbuj przemieścić coś siłą woli. Po prostu skoncentruj się i zrób to.

Drakkainen usiadł na głazie i wybrał sobie kamień stojący na sąsiedniej skale. Jeden z tych irytujących, grzybowatych tworów, które trafiają się wśród wapiennych skałek. Sprawiają wrażenie, że powinny były dawno temu spaść, a stoją tak tysiące lat. Wyciągnął rękę.

— Czuję się jak kretyn — oznajmił. — Mam coś powiedzieć? Abrakadabra?

— Nie wiem. Skoncentruj się. Tak jak wtedy, kiedy poruszyłeś podkowę.

— Wtedy nie zrobiłem niczego szczególnego. Siedział przez dłuższy czas z wyciągniętą dłonią.

— Spadaj... — wyszeptał. — Spadaj! Pudota! Alas! Nic się nie działo, poza tym, że zaczęło mżyć. Zaczął sobie wyobrażać pękającą strukturę skały, krystaliczne formy minerałów, nawet zrywane wiązania atomowe. A potem stracił cierpliwość.

Wstał, owijając się płaszczem, i ruszył w dół. Na odchodnym zgarnął jeszcze garść mieniącego się iskrami powietrza jakby robił śnieżkę i machnął ręką w udawanym rzucie.

— Perkele kallio! — wycedził. — Jebal tebe pas! Idziemy, Cyfral!

Huknęło jak wystrzał z moździerza. Podstawa kamienia rozbryznęła się chmurą gwiżdżących odłamków, głaz przekoziołkował w powietrzu i runął w dół z wizgiem rozdzieranego powietrza. Ledwo grzmotnął z ogłuszającym łomotem w piarg, zwaliła się też kamienna iglica. Popękała na parę kawałków i obsunęła się powoli niczym wysadzany budynek, wzbijając słup pyłu.

A potem zbocze ożyło. Z przerażającym łoskotem lawina kamieni, skał i odłamków potoczyła się w dół wąskiej doliny, miażdżąc wszystko na drodze, aż dotarła do nieodległego lasu. Korony drzew skłoniły się majestatycznie. Chmura siwego skalnego pyłu ogarnęła drzewa niczym fala powodziowa, kilka zwaliło się z trzaskiem.

Trwało to jakąś minutę, po czym zapadła cisza, przerywana tylko krakaniem oburzonych ptaków kłębiących się nad spowitym chmurą pyłu zagajnikiem. Ta część zbocza zmieniła się nie do poznania.

Drakkainen leżał na ścieżce w dziwnej pozycji, z nogami zwisającymi ze zbocza, ściskając kurczowo jakiś krzak, siwy od pyłu. Podciągnął się i wczołgał z powrotem na ścieżkę. A potem usiadł, wypluwając ślinę zmieszaną z piaskiem. Miał rozcięte czoło, boleśnie stłuczone ramię, w ręce tkwiło parę skalnych odłamków wąskich jak igły. Powyciągał je zębami i spojrzał na zrujnowany brzeg lasu.

— Jebem ti duszu... — mruknął. — Mam nadzieję, że nikt nie wybrał się tam na grzyby. Chodziło o ten niby rzut?

Zgarnął znacznie mniejszą porcję mieniącej się wokół niego diamentowej mgły i cisnął w inną skałę.

Nic się jednak nie wydarzyło, tylko opływający Drakkainena nimb zafalował lekko.

— Muszę potrenować — oznajmił Vuko. — Byle gdzieś na odludziu.

— Z czego się tak cieszysz? Bo rozwaliłeś skałę?

— Nie. Zrobiłem to mimowolnie i jeszcze okazało się nieprzewidywalne. To klęska, nie sukces. Działa jak granat, a ja potrzebuję pistoletu. Nie, cieszę się, bo żyję. Czuję, że żyję. Zamienili mnie w drzewo, a ja żyję. Ocknąłem się nagi w górach i żyję. Wszedłem do uroczyska i nadal żyję. To dodaje ducha, wiesz?

Schodził z góry długimi krokami, gdy nagle zatrzymał się i zaśpiewał na całe gardło wibrującym, bałkańskim głosem:

— Hej, doktore-e-e! Srdce mne bole-e! Na ljubavi nema lijeka, ne pomože apoteka, hej, hej, hej, doktore! Ja — hou!

Cyfral patrzyła na niego trochę ze zgorszeniem, a trochę z obawą.

Chata Pieśniarza stała tak, jak ją zostawił. Wtulona w skałę niczym spróchniały grzyb, otoczona krzywymi słupami menhirów. W dole huczał wodospad, wzbijając chmurę wodnego pyłu.

— Halo, Bondswif! Wróciłem! — zawołał zwiadowca wesoło. Odpowiedziała mu cisza, szum wodospadu i jakieś dziwne skomlenie.

1 ... 64 65 66 67 68 69 70 71 72 ... 116
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)