Wielobarwny kraj [The Many-Colored Land - pl]
- Автор: Мэй Джулиан
- Год: 1994
- Язык: польский
- Год: Alfa-Wero
- ISBN: 83-7001-781-9
- Переводчик: Juliusz W. Garztecki
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Wielobarwny kraj [The Many-Colored Land - pl]». Краткое содержание книги:
— Jesteśmy obecnie na skarpie nad jeziorem — oświadczył Klaudiusz. — Trakt wiodący do fortu musi być blisko. Zachowajcie się bardzo cicho i nastawcie uszu.
Szli skradając się i kryjąc w cieniu olbrzymich drzew iglastych, sagowców i paproci. I zupełnie niespodzianie natknęli się na trakt, gdy musieli skręcić, by uniknąć spotkania z pajęczyną wielkości obrusa bankietowego. Przebity przez gęste krzaki trakt był opustoszały.
Felicja schyliła się nad stertą nawozu chalika.
— Zimny. Przejeżdżali tędy dwie godziny temu. Widzicie ślady idące na północ?
— Będą wracać — odrzekł Klaudiusz. — A jeśli mają ze sobą amficjony, mogą nas wytropić. Trzeba zatrzeć nasze ślady i znikać stąd. Gdy przedostaniemy się wyżej, będzie mniej drzew i łatwiej iść.
— I aby nas nie wywęszyły, musimy iść strumieniem, jeśli taki napotkamy.
Wspinali się po zboczu, gdzie drzewa stały w większych odstępach, ale marsz nie był wcale łatwy. Przez prawie godzinę posuwali się łożyskiem wyschłego potoku, aż łagodne zbocze nad skarpą zmieniło się w stromiznę pełną odłamów skał wielkości domu. Wiatr ucichł i przy wspinaczce przygniatał ich upał popołudnia.
Podczas postojów mieli widok na wielkie jezioro. Daleko na południe żagle jakby stały nieruchomo na wodzie. Nie można było odróżnić, czy należały do łodzi reszty uciekinierów, czy statków marynarzy w szarych obrożach. Dyskutowali na temat losu, jaki mógł spotkać Basila i jego oddział, Yosha i Cyganów w ich absurdalnie romantycznym wypadzie na posterunek przy moście. Na szlaku jednak rozmowa cichła, bo musieli oszczędzać oddech przy coraz trudniejszej wspinaczce. Gdy Ryszard rozciął sobie sportowe pantofle na kamieniu i musiał włożyć niewygodne morskie buty swego kostiumu pirata, zaczęła znikać nadzieja, że wkrótce pokonają pierwszy wysoki grzbiet. Następnie Amerie zawiodły jej sforsowane jazdą na chaliku nogi, potknęła się na zdradliwym zboczu i strąciła kilka dużych głazów, które spadły na Klaudiusza i uderzyły go mocno w rękę i ramię.
— Nie damy dzisiaj rady wleźć na szczyt — gderał Ryszard. — Moja lewa pięta to jeden wielki pęcherz, a Amerie zaraz zemdleje.
— To jeszcze tylko kilkaset metrów — rzekła Felicja. — Jeśli nie możecie się wspinać, zaniosę was! Chcę się rozejrzeć po terenie, przez który ma– my iść jutro. A może uda się dostrzec ogniska fortu, a nawet ognie sygnałowe na trakcie pod nami, gdy się ściemni.
Klaudiusz oświadczył, że da sobie radę. Felicja podała jedną rękę Ryszardowi, drugą zakonnicy i zaczęła ich holować. Posuwali się wolno, ale udało im się dojść do szczytu w momencie, kiedy słońce zaszło za pagórki po przeciwnej stronie jeziora.
Gdy już złapali oddech, Klaudiusz powiedział:
— Czemu by nie ukryć się na noc po wschodniej stronie tych wielkich głazów? Znajdziemy tam dobre, suche schronienie i nie przypuszczam, by ktokolwiek mógł dostrzec z dołu ognisko, jeśli je rozpalimy w nocy. Mogę pozbierać trochę drzewa.
— Dobra myśl — odparła Felicja. — A ja rozejrzę się po okolicy. — Znikła wśród skał i pokręconych jałowców sabińskich.
Reszta grupy zajęła się opatrywaniem swych ran, nadmuchała dekamolowe tapczany i obciążyła ich nogi ziemią, bo nie mieli wody do stracenia. Z ubolewaniem przygotowali posiłek z sucharów, wafli odżywczych i algoproteiny o posmaku sera. Gdy Klaudiusz naznosił stos suchych gałęzi, zjawiła się Felicja z łukiem niedbale opartym na ramieniu; machała trzymanymi za tylne łapy trzema tłustymi, podobnymi do świstaków zwierzętami.
— Witaj, Diano! — zarechotał starszy pan. — A ja gotów jestem obedrzeć je ze skóry i wypatroszyć.
Gdy zapadły ciemności rozpalili ognisko i upiekli dziczyznę, którą pożarli do ostatka. Następnie Ryszard i Klaudiusz zwalili się na posłania i prawie natychmiast zasnęli. Amerie, choć kręciło jej się głowie ze zmęczenia, uważała za swój obowiązek zeskrobać tłuszcz i resztki jedzenia z zastawy, wysterylizować ją zasilaczem, a następnie wypuścić z naczyń powietrze i schować je. Oto duża, pożyteczna dziewczyna!
Poszła między skałami na miejsce, gdzie stała hokeistka. Zbocze opadało stromo na południowy zachód. Nad jeziorem wisiał księżyc w pierwszej kwadrze, a w wodzie odbijało się niewiarygodnie dużo plioceńskich gwiazd, co umożliwiało odróżnienie jej od lądu. Daleko na południu po ich stronie jeziora widać było grupę pomarańczowych punkcików.
— Jak to daleko? — spytała mniszka.
— Przynajmniej z piętnaście kilosów. Może więcej. W linii powietrznej. — Felicja zaśmiała się.
Amerie nagle zupełnie oprzytomniała; odczuwała ten sam stan i fascynację co kiedyś. Sylwetka dziewczyny koło niej rysowała się w świetle gwiazd niewyraźnie, lecz Amerie wiedziała, że Felicja na nią patrzy.
— Nie podziękowali mi — powiedziała sportsmenka cichym głosem. — Ja ich uwolniłam, ale oni nie podziękowali. Nadal się mnie boją. I ten dureń Dougal!… Żaden z nich, nawet ty, nie czuł do mnie sympatii ani nie zrozumiał, czego chciałem…
— Przecież nie mogłaś zabić Dougala! Na miłość boską, Felicjo! Ja musiałam cię ogłuszyć.
— Zabicie go podniosłoby mnie na duchu — odparła dziewczyna i podeszła bliżej Amerie. — Pracowałam nad moimi planami. Planami, o których nigdy wam nie mówiłam. Kluczem była złota obręcz. Nie tylko do uwolnienia nas, ale i ocalenia pozostałych: Bryana, Elżbiety, Aikena, Steina. Uwolnienia wszystkich ludzkich niewolników! Czy nie rozumiesz? Naprawdę mogłabym to zrobić! Za pomocą złotej obręczy poskromiłabym to, co we mnie siedzi i użyłabym tego.
Amerie zaczęła ją łagodzić:
— Wszyscy jesteśmy ci wdzięczni, Felicjo. Byliśmy tylko zbyt oszołomieni przez wydarzenia, by ci cokolwiek powiedzieć po walce. A co do Dougala… był zbyt szybki dla Basila i Yosha, żeby go powstrzymali, i zbyt szalony, by zrozumieć, co robi, że wyrzuca naszyjnik. Sądził pewno, iż nie będzie wolny od przemocy Epone, póki obręcz nie zostanie oddzielona od jej ciała.
Felicja nie odpowiedziała. Po chwili zakonnica dodała:
— Może ci się uda zdobyć drugą.
Usłyszała westchnienie.
— Teraz już o mnie wiedzą — rzekła Felicja — więc będzie to bardzo niebezpieczne. Ale muszę spróbować. Może napaść na drugą karawanę, a może nawet na Finiah. To będzie trudne i potrzebna mi będzie pomoc.
— Pomożemy ci.
Felicja zaśmiała się cicho.
— Ja ci pomogę. Jeszcze dużo czasu upłynie, nim udam się do pustelni.
— Ach, to… dobrze. Potrzebuję twojej pomocy, Amerie. Potrzebuję ciebie.
— Felicjo… Nie zrozum mnie źle.
— Och, przecież wiem o twoim malutkim ślubie wyrzeczenia. Ale zrobiłaś go sześć milionów lat temu i w innym świecie. Uważam, że teraz ty potrzebujesz mnie nie mniej niż ja ciebie.
— Potrzebuję twojej obrony. Wszyscy potrzebujemy.
— Ty potrzebujesz czegoś więcej.
Amerie cofnęła się, potknęła o kamień i upadła; podrażniła zabliźniające się rany na rękach.
— Pomogę ci — powiedziała Felicja.
Ale zakonnica wstała, choć z trudem, bez pomocy i skierowała się w stronę żarzących się resztek ogniska, przy którym spali pozostali podróżnicy. Potykała się i zaciskała pięści coraz mocniej, aż wbiła sobie paznokcie w rany, przez co otworzyły się jeszcze bardziej. Za nią w ciemności śmiała się Felicja.