Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #2
- Год: 2010
- Язык: польский
- Год: Powergraph
- ISBN: 9788361187165
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód». Краткое содержание книги:
Zawróciła konia.
– I powiedz mu też, że przez najbliższe dni może się nie obawiać zbójców. Dziękuję za informacje. – W powietrzu błysnęła srebrna moneta.
Wiedział, że nie opowie innym o porannym gościu, bo karczmarka wykorzysta to przeciw niemu. Bo niby dlaczego nie namówił dziewczyny choćby na śniadanie? Albo kufel grzanego piwa? A w ogóle, co to znaczy, że mogą się nie obawiać zbójców?
Zrozumiał dopiero w południe, gdy pierwsze wozy zaturkotały okutymi kołami na trakcie.
* * *
Gdy tylko Kailean wróciła na drogę, puściła wodze i pozwoliła koniowi na galop. Musiała ulżyć pęcherzowi, a ten zapomniany przez wszystkich zajazd był jedynym osłoniętym miejscem, jakie napotkali od opuszczenia miasta. Co prawda był jeszcze las, ale wolałaby już wysikać się na środku drogi, niż wjeżdżać między drzewa.
W czasie, gdy rozmawiała z parobkiem, Daghena, Kocimiętka i Janne wyprzedzili ją o spory kawałek, ale to akurat nawet dobrze. Toryn miał kiepski nastrój nie tylko ze względu na konieczność wstania przed świtem, ale też dlatego, że było mu zimno. Jej samej tyłek przymarzał do siodła, na południu wiosna już dawno pokryła całe Wielkie Stepy nowymi trawami, a tutaj jakby cofnęli się w czasie o dobry miesiąc. Pola i łąki, które miała po lewej, wciąż nie wypuściły z siebie nawet kiełka, każdy oddech mglił się jej przed twarzą, a od gór ciągnęło zimne, wilgotne powietrze.
Pokonawszy niewielkie wzniesienie, zobaczyła resztę grupy jakieś ćwierć mili przed sobą. Jechali stępa, strzemię w strzemię, konie lekko parowały w chłodzie. Widocznie też przegalopowali kawałek. Daghena obejrzała się przez ramię i pomachała jej. Kailean puściła konia w krótki cwał.
Dogoniła ich w kilkadziesiąt uderzeń serca. Toryn zwolnił niechętnie, bocząc się i gryząc wędzidło. Brakowało mu ruchu, pościgów i walki; zamiast tego od dziesięciu dni wędrowali imperialnym traktem, prostym, nudnym i równym jak stół. Jedynym urozmaiceniem podróży były słupy milowe z wypisanymi na nich odległościami. Daghena liczyła je z nudów i ostatnio wyszło jej sto pięćdziesiąt. Sto pięćdziesiąt mil w dziesięć dni. W życiu by nie pomyślała, że to możliwe.
– No i jak zajazd? – Kocimiętka uśmiechnął się pod wąsem.
– Dziura, i to taka z biedniejszych.
– Jakieś ładne karczmareczki?
– Nie zwróciłam uwagi, ale był całkiem ładny parobek. Możesz zawrócić, jak chcesz...
– Może w drodze powrotnej. Jak się porządnie ogoli...
Janne się uśmiechnął, Daghena przewróciła oczami. Taki był efekt przebywania od dziesięciu dni w drodze, wciąż na szpicy, wciąż tylko we czwórkę. Po dwóch dniach skończyły im się sensowne tematy do rozmowy, a okolica jakoś nie podsuwała nowych. Po prawej cały czas mieli ponury las i wznoszące się nad nim góry, po lewej równie ponurą wyżynę, będącą główną częścią Law-Onee, najbardziej paskudnej i smutnej prowincji Imperium. Mglista, dżdżysta i wilgotna kraina, o której mówiono, że Święto Lata i Święto Jesieni wypadają tu jednego dnia. Rankiem ogłasza się to pierwsze, a po południu, gdy słońce zajrzy na kilka minut, to drugie. Tak naprawdę jedynym bogactwem Law-Onee były długowłose owce i kozy, z których wełny tkano płaszcze dla cesarskiej armii oraz sukno dla każdego, kto szukał taniego i solidnego materiału. Zwierzęta były tyleż liczne, co niewybredne i zapewniały jaki taki byt mieszkańcom. One i oczywiście imperialny trakt, którym co roku płynęła rzeka żywności. Jej ojciec zawsze powtarzał, że gdyby nie handel, prowincja zdechłaby z głodu.
Tylko że teraz trakt będzie zablokowany jeszcze przez co najmniej dziesięć dni, może dłużej. Cesarskie rozkazy muszą być wykonywane bez żadnego sprzeciwu.
– Kiedy ma być zjazd w stronę gór? – rzucił Janne.
– Za trzy albo cztery mile. Za rzeką.
Dag pokiwała głową.
– Rzeka, właśnie. Ktoś ma ochotę przejechać się i sprawdzić co z mostem? Jak w ogóle się ona nazywa?
– Malawa. Podobno jest tam wodopój, więc musi być łagodne podejście do brzegu. I nie rozdzielajmy się. Kiedy dotrzemy na miejsce, to się zobaczy co i jak. Jeśli coś będzie nie tak, zdążymy wrócić i uprzedzić resztę.
– Dobrze.
Znowu zapadła cisza. I tak przegadali więcej czasu niż przez cały wczorajszy dzień. No cóż, wczoraj nie było takich ekscytujących wydarzeń, jak sikanie pod ścianą kiepskiego zajazdu i sprawdzanie stanu najbliższego mostu. Choć jeśli budowali go cesarscy inżynierowie, to z pewnością stał solidnie jak skała. Ale nawet taka skała ma swoją wytrzymałość, a ten most czeka wkrótce ciężka próba.
Kailean rzuciła okiem na boki. Daghena, Janne, Kocimiętka. I ona. Oraz Niiar, Lea i Faylen za nimi. Siedmioro. W tej chwili tylko tyle zostało z czaardanu Laskolnyka. Nie mieli zresztą pewności, czy jeszcze w ogóle mogą się tak nazywać. Bo co to za czaardan Laskolnyka bez Laskolnyka?
* * *
– Nazywam się Genno Laskolnyk, choć, jak pewnie niektórzy wiedzą, Genno to tylko przydomek. Moja matka nadała mi imię po prapradziadku, Wulgrefgerieh. Wolę Genno. Jak wszyscy wiecie, nie mam w żyłach nawet kropli meekhańskiej krwi, a mimo to zostałem generałem Imperium i jak twierdzą pochlebcy, stworzyłem pierwszą prawdziwą armię konną Meekhanu. To nieprawda, nie stworzyłem jej. Zrobili to meekhańscy oficerowie, ja tylko przez dwa lata nie pozwalałem użyć jej w walce, dopóki nie byłem pewien, że sobie poradzi. Do dziś niektórzy mają mi to za złe, uważają, że za długo czekałem, i przez tę zwłokę przegraliśmy bitwę pod Grenolyt, gdzie poległo osiemnaście tysięcy żołnierzy. Ale ja wiedziałem wtedy i nadal wiem, że postąpiłem słusznie. Dowódcy regimentów piechoty, które wykrwawiały się w starciach z Se-kohlandczykami, słali do stolicy prośby o kawalerię, o konnicę, która wspierałaby ich w polu. Bo prawda jest taka, że piechota może odeprzeć jazdę, może wytrzymać każdy atak, może nawet zmusić ją do ucieczki, ale nigdy nie zdoła jej rozbić i wyrżnąć. Bo do wyrżnięcia konnicy potrzebna jest własna jazda. A więc przez pierwsze dwa lata wojny Imperium szkoliło pułki kawalerii, zaciągało najemników z południowych równin i posyłało ich do wsparcia regimentów piechoty. Do każdego po trochę. Dlatego zawsze, gdy przychodziło do bitwy, koczownicy mieli dziesięciu konnych na jednego naszego. Potem zjawiłem się ja, a cesarz dał mi wolną rękę w kwestii jazdy i przez następne lata wojny piechota niemal zawsze walczyła sama.