Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Niebo ze stali. Opowieści z meekhańskiego pogranicza
Niebo ze stali. Opowieści z meekhańskiego pogranicza - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Niebo ze stali. Opowieści z meekhańskiego pogranicza

Электронная книга - «Niebo ze stali. Opowieści z meekhańskiego pogranicza». Краткое содержание книги:

Niebo ze stali. Opowieści z meekhańskiego pogranicza
1 ... 65 66 67 68 69 70 71 72 73 ... 152
Перейти на страницу:

Kailean zerknęła na Laiwę. Groza i horror otoczenia wydawały się do niej nie docierać.

– Umierają ostatni z jej braci i sióstr – w głosie Sainhy po raz pierwszy pojawiła się jakaś emocja. Głęboki, pełen współczucia smutek. – Wkrótce zostanie sama. Pani na Ukrytym Zamku nie wybaczy żadnej ze swoich córek zdrady. Nawet jej.

– A dlaczego miałaby wybaczyć?

Wyłonił się z ciemności, w których tonął drugi kraniec stajni. Średniego wzrostu, w szarym ubraniu, z kapturem odrzuconym na plecy. Zwykła twarz, jasne tęczówki, jeszcze jaśniejsze włosy.

– Ty – wskazał służącą – umrzesz. Ona – starannie wypielęgnowana dłoń skierowała się ku Daghenie – też. A nasza zaginiona córka i ona pójdą ze mną. Matka ucieszy się z jej oczu.

Kailean zrozumiała, że chodzi o nią. Co, do cholery, wszyscy mają do jej oczu?

– Umrze, tak? Tak po prostu, jakby chodziło o złamanie gałązki?

Daghena skończyła wycierać szarą klingę i wyszła z boksu. Na widok jej uśmiechu Kailean cofnęła się nieco. Czy on tego nie dostrzega?, przemknęło jej przez głowę, tej przetykanej purpurą czerni, która spowija czarnowłosą dziewczynę?

Najwyraźniej nie widział. Jakiekolwiek były jego umiejętności, nie pozwalały mu dostrzec Mocy okiełznywanej przez duchy. Wściekłe duchy.

Skinął tylko głową i skoczył na nią wyciągając w powietrzu noże, a pasma ciemnej szarości otoczyły go ze wszystkich stron. I był naprawdę szybki, znacznie szybszy niż inni. Ale Dag po prostu wyciągnęła dłoń, a Moc spływając z niej, uderzyła mężczyznę w brzuch falą czerni i czerwieni, aż zgiął się wpół, jakby w locie trafił na sterczący drąg.

Otaczające go szare smugi pomknęły naprzód, ale zostały pożarte przez czerń. Upadł, a Daghena zrobiła kilka kroków i z całej siły kopnęła go w twarz. Jego głowa odskoczyła w tył tak, iż wydawało się, że potylicą uderzył o własne plecy. Dziewczyna jedną ręką złapała go za ubranie na piersi i podniosła, jakby był małym dzieckiem. Uderzyła drugą. Krzyknął krótko, gdy sztych szarego noża wyrósł mu na plecach, i drugi raz, gdy zakrwawione ostrze wpełzło z powrotem w ciało, i kolejny, gdy w eksplozji krwi wyskoczyło w innym miejscu. Potem już nie krzyczał.

Dag zbliżyła twarz do twarzy trupa.

– Matka będzie musiała poczekać – wysyczała, a wraz z nią zasyczały otaczające ją pasma czerni.

Nóż jeszcze raz pogrążył się w ciele.

– Dag? – Kailean starała się mówić spokojnie.

– No?

– Chyba go już zabiłaś.

– Wiem.

Trup wylądował na ziemi.

– I co teraz?

Sainha przyglądała się dziewczynie z pozbawioną wyrazu miną. Kailean dopiero teraz zauważyła, że mrok spływał z dłoni kobiety i otaczał ją szerokim na kilka stóp kręgiem. Zupełnie jakby stała pośrodku wypełnionej dymem sadzawki. Spojrzenie służącej powędrowało za jej wzrokiem.

– Ty to widzisz. – To nie było pytanie. – Widzisz soe’guon.

– Ten cień? Moc, którą zabiłaś strażników na wieży?

Starsza kobieta przymknęła oczy.

– To mój grzech... moja wina... i przekleństwo. To nie tak miało być, ale oni byli za silni, a... ja się bałam... zbliżali się, prowadził ich... soe’guon nie ma służyć do walki.

– Do nas przyszłaś, szukając walki.

– Tak. Ale bałam się jeszcze bardziej. Wszyscy umierają... wszyscy, którzy przeszli, bracia i siostry, a wy szukacie... od początku wam nie ufałam... – Uśmiechnęła się, po raz pierwszy. – I miałam rację.

Cienie wokół niej znikły, wsiąkły w dłonie.

– Mam propozycję.

– Jaką?

– Nie wyjdziecie stąd żywe, jest ich zbyt wielu... Przerwało jej uderzenie o drzwi stajni. Deski wrót zaskrzypiały.

– ... i już wiedzą, że tu jesteście. – Wyprostowała się. – Ja ich zatrzymam, a wy zawieziecie panienkę Laiwę tam, gdzie będzie chciała. Ona wskaże wam drogę.

– A jeśli wolimy zostać i walczyć?

– Wtedy wszystkie umrzemy.

Wrota zadrżały ponownie, a potem wygięły się na zewnątrz, jakby ręka olbrzyma pociągnęła je do siebie.

– Umowa?

Spojrzały na siebie, walka była czymś, co rozumiały.

– Jak się teraz damy zabić – Kailean nie spuszczała wzroku z Dagheny, otaczająca ją czerń była jakby mniej głęboka – to okaże się, że niepotrzebnie paradowałam tyle czasu w brzydkich kieckach.

Czarnowłosa skinęła głową i już, bez zbędnych słów, była przy podarowanym jej przez Aeryha koniu.

– Umowa? – Służąca Laiwy nie zamierzała wypuścić ich bez słowa.

– Gdzie mamy ją zawieźć?

– Do miejsca, w którym będzie bezpieczna, savhoren. Ona zna drogę. To cztery dni drogi stąd.

– A potem?

– Rozstaniecie się.

Wrota zatrzęsły się jeszcze raz, uderzone z taką siłą, że jeden z górnych zawiasów wygiął się do środka.

– Cztery dni. – Kailean siodłała górskiego kuca. – Jeśli nie znajdzie tego miejsca w cztery dni, zawracamy i oddamy ją Szczurom. Umowa?

Sainha wpiła się wzrokiem w jej twarz.

– Umowa – potwierdziła po chwili. – Gdy wrota padną, jedźcie.

I tak się stało, wyjechały ze stajni otoczone przez ciemny wir, który porywał i odrzucał na boki rozmazane sylwetki, przemknęły przez otwartą bramę i ruszyły w góry. I choć zakrawało to na cud, nikt ich nie ścigał. Aż wreszcie po połowie nocy i całym dniu wędrówki trafiły tu, do tego zapomnianego przez wszystkich szałasu, bez jedzenia, wody, z kilkoma garściami owsa dla koni. I z irytującym poczuciem, że jadą bez celu, bo choć wydawało się, że Laiwa prowadzi je w znane sobie miejsce, to przez większość czasu zachowywała się jak bezwolna kukła, której jest wszystko jedno.

I teraz właśnie Daghena postanowiła poruszyć temat, którego unikały przez całą drogę.

– Co robimy, Kailean? Wieziemy ją dalej?

– Przysięgałyśmy.

– Obiecałyśmy, a to różnica. I najpierw przysięgłyśmy Laskolnykowi, a nie sądzę, by kha-dar pochwalił nas za to, co robimy. Ona – wskazała na leżącą szlachciankę – jest kluczem do tego, co dzieje się w górach. Ktoś od trzech miesięcy zabija tu ludzi, by ją dopaść. Szczury muszą z nią porozmawiać.

– Porozmawiać? Zaproszą na ciasto i pogaduchy?

– Nie jestem aż tak głupia.

– Wiem, Dag, wiem. Ja też nie. Ale zginęłybyśmy w tej stajni, gdyby nie jej służąca.

– Nie dla nas została.

– Ale została. Obiecałam jej cztery dni. Potem zawrócimy.

– Do tego czasu będzie nas ścigać cała Górska Straż.

– Setki mężczyzn uganiających się za nami po okolicy? Czemu nie?

Kolejny żart nie rozładował atmosfery, ale jej przyjaciółka zrozumiała, że dalsza rozmowa nie ma sensu.

– Cztery dni?

– W tej chwili trzy i pół nocy, Dag. Obiecuję.

– Besara obedrze nas ze skóry, kiedy wrócimy. Eeech, na szeroki zadek Laal, bardzo bym chciała mieć tu resztę naszych.

– Ja też.

* * *

Gdy konie szły galopem, trudno było dostrzec poszczególne szprychy, a gdy przechodziły w cwał, koła rydwanów zamieniały się w rozmazane płaszczyzny. Przy takiej prędkości wydawało się, że załogi bojowych pojazdów powinny odczuwać każdą nierówność, ale Kocimiętka miał już okazję przejechać się rydwanem w czasie ćwiczeń i wiedział, że zrobiona z krzyżujących się, skórzanych pasów elastyczna podłoga pochłania najmniejsze wstrząsy. Ciekawiła go taktyka, którą Verdanno zamierzają zastosować, znał ich opowieści o dwóch poprzednich wojnach z koczownikami, lecz najważniejszą sprawą było to, czy potrafili wyciągnąć wnioski ze swoich klęsk. Czy usprawnili manewry, jak zmienili rydwany, by mogły mierzyć się z konnicą, czy zdołają przeciwstawić się a’keerom konnych łuczników i ciężko opancerzonych Błyskawic?

1 ... 65 66 67 68 69 70 71 72 73 ... 152
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)