Pelagia i czerwony kogut
- Автор: Акунин Борис Чхартишвили
- Серия: Prowincjonalny kryminał #3
- Год: 2004
- Язык: польский
- Год: Noir sur Blanc
- ISBN: 83-7392-078-1
- Переводчик: Henryk Chłystowski
- Жанр: Исторические детективы
Электронная книга - «Pelagia i czerwony kogut». Краткое содержание книги:
Rozejrzał się wokół i ujrzał leżącą obok gałąź. Podniósł ją i przełamał.
– Zaraz ci, idiotko, wydłubię tym patyczkiem oko. – Jaków Michajłowicz pokazał dziewczynie rozszczepiony koniec. – Potem drugie. Jeśli i to nie wystarczy, będę ci ten drążek wpychał powoli w tylny otwór. Zrozum, dziewuszko, nie jestem bestią – mam jednak pilną sprawę. Mów, kochaneczko, mów. Gdzie skierowała się Ruda?
Znowu pozwolił jej nabrać powietrza. Ona zaś, niewdzięcznica, splunęła. Ślina nie trafiła celu, opadła jej na brodę. Nawet gdyby trafiła – to co z tego?
I co tu z nią robić?
– To kim ona dla ciebie jest? Siostrą, przyjaciółką? – zaczął się dopytywać. – No dobrze, miej pretensję do samej siebie.
Przysiadł mocniej, unieruchomił ręce Żydówki kolanami, szyję przycisnął łokciem do ziemi. Ujął gałąź tuż przy ostrym końcu i podsunął kretynce pod sam nos.
– No?
Jej oczy zabłysły, a on zrozumiał, że niczego się nie dowie. Wepchnął patyk w oczodół – krew zakipiała i pociekła po pulchnym policzku. Z gardła „krówki" wyrwał się szloch i odsłoniły się równe białe zęby.
Tu Żydóweczka odstawiła numer. Jakow Michajłowicz spodziewał się, że będzie wciskać głowę w ziemię, ona tymczasem szarpnęła się do przodu, i to z taką siłą, jakiej po grubasce nigdy by się nie spodziewał.
Kijek wszedł w oko po samą pięść. Jakow Michajłowicz, rzecz jasna, natychmiast go wyszarpnął, ale było za późno – głowa dziewuchy stuknęła martwo o ziemię. W miejscu oka ziała purpurowa dziura, przykro było patrzeć, a z koniuszka patyka ściekało coś szarego – wbił się jej w mózg.
To dopiero ścierwo!
W pierwszej chwili Jakow Michajłowicz nie uwierzył we własny pech.
Och, niedobrze! Jak niedobrze, to już na całego! Panie Boże, za co mnie karzesz? Oświeć i wspomóż!
Co teraz robić, jak odszukać Rudą?
Jakow Michajłowicz trapił się bardzo, ale nie siedział bezczynnie. Bo to wiadomo, kogo droga może przyprowadzić?
Martwą Żydówkę wepchnął do wody, pod brzeżek. Przy okazji zmył z ręki krew.
Podszedł do wozu. Może nim pojechać? Zawsze to łatwiej niż na piechotę. Spróbować najpierw jedną drogą i pierwszego napotkanego człowieka zapytać, czy nie przejeżdżała tędy kobieta w chanturze. Jeśli się nie powiedzie, zawrócić i powtórzyć to samo na drugiej drodze. Jeśli znowu nic, to ruszyć tamtym zarośniętym szlakiem.
Zdawał sobie sprawę, że plan jest kiepski. Można tutaj jechać przez godzinę albo dwie, zanim się kogoś spotka. Poza tym jak się z nim porozumieć? A jeśli droga znowu się rozwidli?
Worki z ziarnem utopił w rzeczce, bronę i sejf także. Co prawda, przy skrzyneczce z pieniędzmi nieco się zawahał. Przydałaby się laseczka dynamitu, żeby zerknąć do środka. Ale grubszej gotówki ci golcy mieć nie mogą, a taszczyć się z dodatkowym ciężarem to na nic.
Krowy chlasnął batem po zadach.
Chciał już wsiąść i pojechać na chybił trafił, gdy nagle na dnie wozu zauważył złożoną karteczkę. Rozłożył – mapa Palestyny, malutka, dołączają takie do przewodników. Ruda też miała taką książeczkę, zdążył zobaczyć. Upuściła?
Na mapie czerwonym ołówkiem zaznaczona była marszruta.
„Bet-Kebir" – odczytał Jakow Michajłowicz nazwę kropki, na której kończyła się czerwona linia. Przeżegnał się zamaszyście.
Bóg istnieje, na pewno istnieje.
XII
ZAMEK SZWARCWINKEL
Wersja numer trzy
– Katarzynkę – wyszeptał, rozglądając się, przystojny młody człowiek.
– Sto rubli?! – oburzył się Matwiej Bencjonowicz, ale raczej tylko dla porządku, bo gotów był teraz zapłacić każde pieniądze, nawet tak duże. Łatwo powiedzieć – sto rubli. Jedna czwarta miesięcznego uposażenia. Rzecz jasna, życie w Zawołżsku jest tańsze niż gdzie indziej, nie mówiąc już o stolicach, ale kiedy masz czternastoosobowa rodzinę, szybko nauczysz się oszczędzać. Najgorsze, że nie da się wziąć pokwitowania – zmartwił się przy okazji Berdyczowski – a zatem nie będzie można tego włączyć do wydatków służbowych.
– Niech pan się nie waha. – Kiesza wyciągnął wąską, wypielęgnowaną dłoń. – Jeśli moje dane nie będą wiarygodne, zwracam całą sumę.
Słusznie. Prokurator wyjął papierek z Katarzyną Wielką i wręczył go blondynowi, ale ten nie spieszył się z przyjęciem honorarium – trzymał banknot delikatnie dwoma palcami, jakby chciał zademonstrować, że gotów jest go zwrócić na pierwsze żądanie.
– Kto zatem wykupił Racewicza? – zapytał ochryple Matwiej Bencjonowicz.
– Sądzę, że ten, który go kochał.
Romantyczna historia? Prokurator był zaskoczony. To całkowicie nowy trop i nie wiadomo na razie, dokąd zaprowadzi.
– Chciał pan powiedzieć: „ta, która go kochała"?
– Nie, nie chciałem – uśmiechnął się Kiesza.
– Jakoś nie bardzo...
– Myśli pan, że Racewicza szurnęli z żandarmów za długi? W żadnym razie. Gdyby wszystkich przepędzali ze służby za takie drobiazgi, mało kto by został. Poza tym zwierzchność nie pozwoliłaby posadzić do kozy zasłużonego oficera. Nie, to był tylko pretekst.
– To jaka była rzeczywista przyczyna? Młody człowiek uśmiechnął się zagadkowo.
– Nikt tego nie wie oprócz miejscowego dowództwa żandarmerii i naszych.
– Naszych?
Subiekt ponownie ujął lewą rękę Berdyczowskiego i powtórzył dziwny rytuał – połaskotał dłoń palcem. Widząc na twarzy rozmówcy pełną konsternację, parsknął:
– Co, trudno uwierzyć? Proszę sobie wyobrazić, że i wśród żandarmów są tacy, którym podobają się mężczyźni.
Zdumiony Matwiej Bencjonowicz bezwiednie otworzył usta.
– Widzę, że swoje sto rubli zarobiłem – zauważył z zadowoleniem blondyn i włożył banknot do portfela.
Prokurator tymczasem wciąż nie mógł się pozbierać. Czy to możliwe?
I tu jakby grom go poraził. Ależ tak! Pelagia opowiadała, że parowcem płynęli pederaści, przesiedleńcy do odbudowywanej Sodomy. Ale to... Ale to kierowało śledztwo w zupełnie inną stronę!
Radca stanu mocno ujął młodego człowieka za łokieć.
– Nie powiedział pan mi jeszcze, kto wniósł pieniądze.
– Nie wiem tego na pewno, ale jestem przekonany, że to Czarnokucki, nikt inny.
– Kim jest ten Czarnokucki?
– Nie słyszał pan o hrabiach Czarnokuckich? – zapytał z niedowierzaniem Kiesza.
– Słyszałem. Znany polski ród.
– Znany! To za mało! Czarnokuccy są najbogatszą familią na całym Wołyniu. Dwadzieścia wiorst stąd zaczyna się powiat czarnokącki, a miasto powiatowe Czarny Kąt w całości należy do hrabiego.
– Całe miasto? Czy to w ogóle możliwe? – zdumiał się Matwiej Bencjonowicz. – W końcu to nie średniowiecze.
– Na Wołyniu bardzo możliwe. Równe należy do księcia Lubomirskiego, Staro-Konstantynów do księżny Abamelek, a Dubno do księżny Bariatyńskiej. Czarnokuccy zaś siedzą na Wołyniu od siedmiuset lat. Czy widzi pan tamtą skałę? – Kiesza wskazał widoczne w oddali malownicze urwisko, które nawisało nad rzeką. – Żytomierska osobliwość. Nazwano ją „Głową Czackiego".
Skała istotnie przypominała nieco dumnie pochyloną głowę.
– Co tu ma do rzeczy Czacki?
– Absolutnie nic. Dawniej skała nazywała się „Głową Czarnokuckiego". W szesnastym wieku hajdamacy ścięli tutaj przodka obecnego hrabiego. Po sześćdziesiątym trzecim zaś skałę postanowiono przemianować. Rzecz w tym, że niektórzy spośród Czarnokuckich brali udział w polskim powstaniu, a jeden nawet zapłacił za to głową. I żeby uniknąć dwuznaczności, przerobiono na Czackiego.