Pelagia i czerwony kogut
- Автор: Акунин Борис Чхартишвили
- Серия: Prowincjonalny kryminał #3
- Год: 2004
- Язык: польский
- Год: Noir sur Blanc
- ISBN: 83-7392-078-1
- Переводчик: Henryk Chłystowski
- Жанр: Исторические детективы
Электронная книга - «Pelagia i czerwony kogut». Краткое содержание книги:
– I naprawdę chcesz się tam wybrać? – W oczach Małke widać było i przerażenie, i ciekawość. – Jesteś szalona! Wyobrażam sobie, co tam się dzieje! Napisz do mnie, co? Ale ze szczegółami!
Trąciła mniszkę łokciem i zachichotała.
Pelagia, potrącona, upuściła przewodnik. Podniosła jednak cenną książeczkę i schowała ją do kieszeni.
Tymczasem wóz wjechał na szczyt wzgórza, skąd otwierał się widok na dolinę i okoliczne góry.
– A tam daleko widać nasz chan. – Małke uniosła się na siedzeniu. – Teraz zjedziemy wzdłuż rzeczki. Za jakieś czterdzieści minut dotrzemy. Umyjesz się, odpoczniesz.
– Nie, dziękuję. – Polina Andriejewna zeskoczyła z wozu. – Na mnie pora. Powiedz, w którą stronę mamy zjechać, żeby dotrzeć do Jordanu?
Małke westchnęła – najwyraźniej nie miała ochoty na rozstanie.
– Jedź tą oto dróżką. Jest wyboista i zarośnięta trawą, ale doprowadzi cię prosto do rozstajów. Jeśli chcesz do Jordanu, to kieruj się na prawo. A co z rozbójnikami? Mówiłaś przecież, że boisz się bez ochrony?
– To nic – odparła z roztargnieniem Pelagia. – Bóg miłościw.
Bóg istnieje!
Droga z Jerozolimy do Doliny Izraelskiej była tylko jedna, tak że obiekt udało się dopędzić zaraz pierwszego dnia.
Jakow Michajłowicz ulokował się z tyłu i kroczył sobie, oddychając górskim powietrzem. Słoneczko w Ziemi Świętej nie żartowało. Spiekł się niczym Arab. I bardzo dobrze, bo ruszając w drogę, przebrał się właśnie za Araba. Najbardziej odpowiednia odzież na tutejszy klimat: wiaterek przewiewa cienką długą koszulę, a chusta (nazywa się „kufla") chroni przed palącymi promieniami głowę i kark.
Kiedy napotykał kogoś na drodze, a ów zwracał się do niego po arabsku, Jakow Michajłowicz z szacunkiem przykładał dłoń do czoła, potem do piersi i szedł sobie dalej. Może człowiek nie ma ochoty z tobą rozmawiać, a może złożył śluby, że nie będzie gadał po próżnicy – tłumacz to sobie, jak chcesz.
Pech przytrafił się trzeciego dnia, kiedy Ruda skręciła w lewo i pojechała drogą, która ciągnęła się między doliną a wzgórzami.
Jakow Michajłowicz widział, jak Czerkiesi zatrzymują chantur, ale postanowił nie mieszać się do tego. Ludzie poważni, z karabinami, on zaś miał tylko sześciostrzałową pukawkę. Sprawdza się w mieście, gdzie wszędzie mury i zakamarki, ale na otwartej przestrzeni to rzecz nieprzydatna. Poza tym nie wolno mu było się ujawnić.
Zaczaił się wieczorem pod czerkieskim wzgórzem i obserwował całą żydowską operację. Patrzajcie no, jak to się rozbuchali. A jeśli podobnej śmiałości nabiorą też u nas, w mateczce Rosji?
Mówi się: wolniej jedziesz, dalej zajedziesz. Dlatego Jakow Michajłowicz uzbroił się w cierpliwość. Odczekał, dopóki Czerkiesi i Żydzi nie dogadają się i nie odejdą, a potem sprawy ułożyły się najkorzystniej, jak tylko to możliwe.
Mniszka wyjechała z aułu w towarzystwie pulchnej Żydóweczki i wiernego Araba. Wszystko wróciło na swoje miejsce.
Okolica była równinna, rozległa, należało więc zwiększyć dystans – na otwartej przestrzeni zauważyliby go z daleka. Ale i oni, chwała Bogu, też są dobrze widoczni. Nigdzie się nie zgubią.
Kiedy wozy zaczęły wspinać się na wzgórze, Jakow Michajłowicz nieco sobie pofolgował. Był pewien, że za wzgórzem droga zjeżdża do parowu, pomyślał więc: mądry nie będzie pchał się pod górę, mądry górę obejdzie.
Po co się wysilać, lepiej obejść wzgórze dołem, łączką. Bywa, że własne nogi są lepsze niż koła. Kto wie, czy jeszcze nie zyskasz na czasie? Można będzie zamoczyć nóżki w strumieniu. Zasiąść tam sobie w cienistej wiklinie i zaczekać, aż obiekt przejedzie obok.
Tak też uczynił. I nogi zamoczył, i napił się świeżej wody, i nawet coś naprędce przekąsił. Ledwie usunął okruchy, a tu skrzypienie i stukot. Jadą.
No, no.
Wyjrzał zza krzaków i zamarł.
Zamiast dwóch wozów jeden. Siedzi na nim Żydóweczka i wymachuje batem, a Rudej nie ma! Serce aż się ścisnęło. Idiotą jesteś, Jakowie Michajłowiczu, żaden tam z ciebie mądrala! Teraz trzeba biegiem na górę.
Przyczaił się, aby przepuścić wóz. Ów odjechał nieco dalej i skręcił do rzeczki – najwyraźniej Żydóweczka także postanowiła się ochłodzić.
Jakow Michajłowicz kłusem popędził na zbocze. Czuł, jak pot leje się z niego strumieniami, ścieka po twarzy i po plecach. W ciągu pięciu minut wbiegł na sam szczyt.
Co godzina, to nowina!
Okazało się, że jest tam skrzyżowanie: jedna droga prowadziła na prawo, druga na lewo. A jeśli dobrze się przyjrzeć – to w bok odchodził jeszcze mało używany szlak. Trawa rosła na nim ostra, sztywna, nie widać więc było, czy niedawno przejechał tędy wóz, czy też nie.
Co tu robić? Dokąd biec?
Zwrócił się do rozumu, a ten zuch jak zwykle go nie zawiódł. Jakow Michajłowicz puścił się z powrotem do rzeczki. Z górki biec było łatwiej. Żydówka zdążyła napoić konia i prowadziła go za uzdę do wozu. Usłyszawszy tupot, odwróciła się i ściągnęła z ramion śrutówkę.
– Źle, dziewczyno! Nieszczęście! – Jakow Michajłowicz wrzasnął z daleka po rosyjsku. Otworzyła szeroko usta: jakże to – Arab, a krzyczy po rosyjsku? O swojej pukawce zapomniała całkowicie.
– Ktoś ty? – zawołała. – Jakie nieszczęście? Zatrzymał się przed nią, odzyskał oddech, otarł pot z czoła.
– Zgubiłem ją, oto jakie nieszczęście.
– Kogo zgubiłeś? Kim jesteś?
– Daj no. Nigdy nie wiadomo...
Chwycił za lufę śrutówki. Dziewczyna nie chciała puścić broni, ale Jakow Michajłowicz stuknął ją leciutko pięścią w dołek, Żydóweczka zgięła się wpół i zaczęła chwytać ustami powietrze, niczym wyciągnięte z wody rybisko.
Pukawkę odrzucił w krzaki, a grubaskę tak palnął w kark, że klapnęła na pupę. Krzyknęła:
– Kanalia!
Przeszyła go wzrokiem – czarnymi, nieulękłymi oczyma.
No to trzeba będzie się potrudzić, zrozumiał doświadczony człowiek. Nie tracił więc czasu na niepotrzebne gadanie. Najpierw należało nauczyć „krówkę" rozumu, zmiękczyć jej upór. „Krówka" to termin, który Jakow Michajłowicz stosował na własny użytek. „Krówkę" doi się, kiedy trzeba zdobyć niezbędne informacje, a potem, zależnie od okoliczności, albo puszcza z powrotem na łączkę, albo przeznacza na befsztyki.
Krnąbrna Żydóweczka pójdzie na befsztyki, to było jasne, przedtem jednak niechaj da mleczka. Zaczął ją kopać – bez rozmachu, bo było gorąco. Kopnął w kostkę, potem dwa razy w nerki, a kiedy skuliła się z bólu, w kość ogonową. Kiedy znowu się wyprostowała – w kobiece miejsce.
Że głośno wrzeszczała, to bez znaczenia, w pobliżu nie było żywej duszy.
Uznał, że na razie wystarczy. Usiadł dziewczynie na piersi i ścisnął palcami gardło, żeby pomyślała, że nadszedł koniec.
Gdy jednak zsiniała, a oczy wyszły jej z orbit, Jakow Michajłowicz puścił ją, pozwolił odetchnąć, poczuć smak życia. Dopiero teraz przystąpił do rozmowy.
– Gdzie ona pojechała? Którą drogą?
– Kanalia – powtórzyła „krówka". – Magellan spod ziemi cię...
Znowu trzeba było ją poddusić.
Jakow Michajłowicz zmartwił się – tępy upór zawsze go przygnębiał, bo to najgorszy spośród ludzkich grzechów. Tak czy owak, wszystko powie, niepotrzebnie tylko męczy siebie i spieszącego się człowieka.