Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
Pelagia i czerwony kogut - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Pelagia i czerwony kogut

Электронная книга - «Pelagia i czerwony kogut». Краткое содержание книги:

Na płynącym Rzeką parowcu Jesiotr zebrało się barwne towarzystwo pielgrzymujących do Ziemi Świętej. Wśród pasażerów są tez znajdy, odstępcy od wiary prawosławnej, którym przewodzi charyzmatyczny Manujła. Sytuacja nabiera dramatyzmu, gdy w kajucie ktoś znajduje jego zwłoki. A jeszcze większą niespodzianką okaże się ujawnienie prawdziwej tożsamości domniemanego proroka. Próby wyjaśnienia tajemnicy Manujły zawiodą Pelagię najpierw do małej wioski, zagubionej w nieprzebytych poduralskich lasach, a następnie do Ziemi Świętej, dokąd podąży za nią bezwzględny prześladowca. Pojawi się również czerwony kogut, który swoim pianiem sprawia, że rozstępują się ciemności i światło dnia zmusza do ucieczki demony nocy potrafi on wskazać wyjście z jaskini, a taka pomoc będzie siostrze Pelagii bardzo potrzebna.
1 ... 70 71 72 73 74 75 76 77 78 ... 104
Перейти на страницу:

Przypomniał sobie jednak Pelagię. Jak wchodziła po trapie, jak szła po pokładzie z opuszczoną głową, jak na jej bezbronne ramiona padało światło latarni...

Radca stanu wysunął do przodu brodę i groźnie ściągnął brwi. Jeszcze zobaczymy, kto kogo powinien się bać: Berdyczowski wołyńskiego magnata czy też na odwrót.

– Ma pan ładny profil – przerwał milczenie Kiesza. – Jak na rzymskiej monecie. Otarł się kolanem o nogę sąsiada. Matwiej Bencjonowicz spojrzał surowo na zepsutego młodzika i odsunął się.

– To z powodu Racewicza, tak? – westchnął młody człowiek. – Tak pan go kocha? No cóż, wierność trzeba uszanować.

– Tak, jestem wierny – kategorycznie odparł prokurator i odwrócił się.

Czym jest homoseksualizm, po co on ludziom? – rozmyślał Matwiej Bencjonowicz. I co charakterystyczne: im wyższy poziom cywilizacji, tym więcej ludzi oddaje się temu zboczeniu, które potępiają i wszystkie religie, i społeczeństwa. I czy jest to zboczenie? A może jest to prawidłowość, wiążąca się z tym, że ludzkość, postępując od ogniska do światła elektrycznego, oddala się od natury? Kiedy przyjedzie się do jakiegokolwiek dużego miasta – czy to do Pitra, do Moskwy czy do Warszawy – wszędzie ich pełno, z każdym rokiem coraz więcej i coraz mniej się krępują. Dzieje się tak nie bez kozery, to jakiś znak, i nie jest to kwestia upadku obyczajów albo zepsucia. W człowieku zachodzą jakieś ważne procesy, których znaczenia na razie nie rozumiemy. Kultura oznacza wyrafinowanie, a wyrafinowanie odrzuca naturę. Mężczyzna nie musi już być silny, staje się to przeżytkiem. Kobieta przestaje rozumieć, z jakiej racji miałaby ustępować pierwszeństwa, jeśli mężczyzna jest coraz słabszy. Za jakieś sto lat społeczeństwo (w każdym razie jego wyższe warstwy) składać się będzie bez wyjątku z kobiecych mężczyzn, jak Kiesza, i z męskich kobiet, jak Fira Dorman. Tylko patrzeć, jak przemieszają się wszelkie instynkty i skłonności seksualne!

Myśl Matwieja Bencjonowicza sięgała coraz dalej, w całkowicie już odległe czasy. Ród ludzki wymrze, bo koniec końców różnica między płciami w ogóle zaniknie i ludzie przestaną się rozmnażać. Jeśli, rzecz jasna, nauka nie wynajdzie jakiegoś innego sposobu powielania ludzkich istot, na przykład przez pączkowanie. Bierze się, dajmy na to, żebro, jak Pan Bóg uczynił to z Adamem, i wytwarza nowego człowieka. Żadnych tam ognistych namiętności, żadnego zlania się pierwiastków męskiego i żeńskiego.

Jakie to szczęście, że w tym raju na ziemi mnie już nie będzie! – wstrząsnął się radca stanu.

– A oto i Szwarcwinkel – wskazał gdzieś ku górze Kiesza.

Wyjątkowa kolekcja

Matwiej Bencjonowicz wysunął się z kolaski i ujrzał w oddali duży ciemny kontur, na którego szczycie drgały światełka.

– Co tam jest, ogniska? – zdumiał się.

– Pochodnie na basztach. Przecież mówiłem, że to średniowieczny zamek.

Od rozjeżdżonego, wyboistego traktu w stronę tajemniczej bryły skręcała wąska droga, wyłożona równym brukiem.

To duże lesiste wzgórze – domyślił się Berdyczowski. Na szczycie zamek. Można było już zobaczyć zębate mury, oświetlone pełgającymi języczkami ognia.

Po chwili kolaska wjechała w las i zamek zniknął. Zrobiło się całkowicie ciemno.

– Dobrze, że na hołobli jest latarnia – zauważył prokurator, czując, że faeton pochyla się na bok. – Bo zupełnie nic nie widać.

Przedstawiło mu się natychmiast: wywrócimy się na stromym zboczu, potoczymy jak kula w gęstwinę, a tam czeka jakaś wilcza jama z zaostrzonymi kołkami...

– Bez obawy, Siemion zna drogę doskonale.

Przesieka opasywała wzgórze spiralnie, wznosząc się stopniowo. Z obydwu stron napierały drzewa, tworząc częstokół, i trudno było uwierzyć, że tuż obok, o jakieś sto kroków, mieszkają ludzie.

Jak na złość Kiesza milczał.

– Jakoś tak jedziemy i jedziemy... – nie wytrzymał Matwiej Bencjonowicz. – Daleko jeszcze? Pytanie nie miało żadnego znaczenia, chciał tylko usłyszeć ludzki głos; młody człowiek jednak, tak wcześniej rozmowny, nie odpowiedział.

Ekwipaż odzyskał równowagę i potoczył się po płaskim. Ostatni zakręt i droga doprowadziła do sporego placu wyłożonego kamieniem. Przed nimi pojawiła się masywna baszta i brama z dwoma płonącymi pochodniami. Bramę poprzedzał most zwodzony, pod nim zaś fosa – to w niej, wedle zapewnień recepcjonisty, żyła gadzina...

Brrr, romans gotycki, wzdygnął się radca stanu. Wyrwa w czasie.

Skądś z góry dobiegł donośny głos:

– Chto?

– Foma? To ja, Innokientij! Otwieraj! I włącz światło, bo ni cholery nie widać.

Na placu zapaliły się dwie latarnie elektryczne, najnowsze osiągnięcie techniki, i czas utracił względność, ze środka drugiego tysiąclecia powrócił do jego końca. Berdyczowski zauważył z zadowoleniem slupy z przewodami i skrzynkę pocztową przy bramie. Jakież to, do diabla, średniowiecze, gdzie tu bagienne węże!

Otwarły się ciasne drzwiczki i wyszedł z nich potężny mężczyzna, cały odziany w czarną skórę. Skórzaną miał koszulę z dekoltem na owłosionej, muskularnej piersi, skórzane wysokie buty i przylegające ściśle spodnie ze skórzanym woreczkiem na przyrodzenie, zupełnie jak na obrazach z XVI wieku. Gulfik – Berdyczowski przypomniał sobie nazwę owej dziwacznej części średniowiecznego odzienia. Tyle że tutaj nie był to gulfik, ale całe gulfisko.

Kiesza lekko zeskoczył na ziemię i przeciągnął się niczym kot.

– Chto to? – zapytał Foma, wskazując Matwieja Bencjonowicza.

– Ze mną. Gość. Sam powiem jaśnie panu. Proszę odesłać Siemiona. – Młody człowiek zwrócił się do prokuratora. – Na drogę powrotną hrabia da własny ekwipaż.

Kiedy Berdyczowski płacił woźnicy, ów zmieszał się, zupełnie jakby chciał coś powiedzieć, ale najwyraźniej w ostatniej chwili się rozmyślił. Chrząknął tylko, naciągnął czapkę na oczy i odjechał.

Radca stanu odprowadził kolaskę smętnym spojrzeniem. Nie spodobał się Matwiejowi Bencjonowiczowi zamek Szwarcwinkel, mimo elektryczności i skrzynki pocztowej.

Weszli do środka.

Podwórcowi i budowli Matwiej Bencjonowicz nie przyjrzał się dokładnie, bo w ciemności trudno było rozróżnić detale architektoniczne. Zdaje się, że było to coś bardzo wyszukanego: wieżyczki, żygulce, kamienne chimery na tle rozgwieżdżonego nieba. W części mieszkalnej paliło się za kotarami światło – na parterze słabo, na piętrze znacznie mocniej.

W drzwiach powitał przyjezdnych inny sługa, którego Kiesza nazwał Filipem. Ubrany był dokładnie tak samo jak Foma, z czego wynikało, że hrabiowska służba nosiła taką właśnie liberię. Znowu budził szacunek rozmiar gulfika. Wpychają tam watę czy co? – pomyślał prokurator, spoglądając ukradkiem. I dopiero teraz, człek naiwny, domyślił się, że zapewne jaśnie pan wykorzystuje te ogiery nie tylko do opieki nad domem.

Poskrzypując czarną skórą, Filip poprowadził gości marmurowymi schodami, ozdobionymi rzeźbami rycerzy. Na piętrze, w urządzonej ze smakiem komnacie, ukłonił się i wyszedł. Matwiej Bencjonowicz i Kiesza zostali sami.

Młody człowiek wskazał głową wysokie drzwi.

– Zaanonsuję pana hrabiemu. Proszę na razie tutaj zaczekać.

Prokurator odniósł wrażenie, że Kiesza się denerwuje. Poprawił przed lustrem krawat, przygładził fryzurę, po czym wyjął nagle porcelanowe puzderko i wprawnie podmalowal sobie wargi. Berdyczowskiego zamurowało.

Ledwie blondynek zniknął w sąsiednim pomieszczeniu, radca stanu zerwał się z fotela i na paluszkach podkradł do drzwi. Przyłożył ucho, zaczął się wsłuchiwać.

1 ... 70 71 72 73 74 75 76 77 78 ... 104
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)