Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
Pelagia i czerwony kogut - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Pelagia i czerwony kogut

Электронная книга - «Pelagia i czerwony kogut». Краткое содержание книги:

Na płynącym Rzeką parowcu Jesiotr zebrało się barwne towarzystwo pielgrzymujących do Ziemi Świętej. Wśród pasażerów są tez znajdy, odstępcy od wiary prawosławnej, którym przewodzi charyzmatyczny Manujła. Sytuacja nabiera dramatyzmu, gdy w kajucie ktoś znajduje jego zwłoki. A jeszcze większą niespodzianką okaże się ujawnienie prawdziwej tożsamości domniemanego proroka. Próby wyjaśnienia tajemnicy Manujły zawiodą Pelagię najpierw do małej wioski, zagubionej w nieprzebytych poduralskich lasach, a następnie do Ziemi Świętej, dokąd podąży za nią bezwzględny prześladowca. Pojawi się również czerwony kogut, który swoim pianiem sprawia, że rozstępują się ciemności i światło dnia zmusza do ucieczki demony nocy potrafi on wskazać wyjście z jaskini, a taka pomoc będzie siostrze Pelagii bardzo potrzebna.
1 ... 71 72 73 74 75 76 77 78 79 ... 104
Перейти на страницу:

Docierał do niego żwawy tenorek Kieszy, ale słów Berdyczowski nie był w stanie rozróżnić. Nienaturalnie dźwięczny, jakby sztucznie wzmocniony głos wyrzekł:

– Istotnie?

Znów niewyraźne trajkotanie.

– Jak, jak? Berg-Dyczowski? Kiesza w odpowiedzi: szu-szu-szu.

– No cóż, przyjrzymy się.

Matwiej Bencjonowicz odwrócił się, trzema bezgłośnymi susami dopadł fotela, osunął się na niego i niedbale założył nogę na nogę.

Nagle, w drzwiach wychodzących na schody, ujrzał Filipa. Ów przyglądał się gościowi beznamiętnie, złożywszy na piersi mocne, obnażone po łokcie ręce.

Przekleństwo! Nie dość, że nie usłyszał niczego istotnego, to jeszcze zbłaźnił się wobec sługi!

Prokurator poczuł, jak twarz oblewa mu rumieniec, ale zastanawiać się nie było kiedy. Otworzyły się drzwi salonu i wszedł gospodarz.

Berdyczowski ujrzał wytwornego pana o wyjątkowo jasnej karnacji i z niezwyczajnie czarnymi włosami. Podkręcone wąsy wyglądały z daleka jak gruba krecha, dzieląca twarz na dwie części. No, nie obyło się tutaj bez jakiejś „Infernalnej Zizi" – pomyślał radca stanu, zaprawiony w przemalowywaniu owłosienia.

Czarnokucki był w czarnym szlafroku w srebrzyste smoki, pod którym bielała koszula z koronkowym kołnierzem, i w jedwabnej chińskiej czapeczce z chwaścikiem. Nieruchome oblicze magnata wydawało się pozbawione wieku: ani jednej zmarszczki. Jedynie wyblakłe niebieskie oczy pozwalały przypuszczać, że ich panu bliżej raczej do schyłku życia niż do jego rozkwitu. Zresztą spojrzenie jaśnie pana nie było ani trochę zblazowane, lecz bystre i badawcze niczym u ciekawskiego chłopaka. Postarzałe dziecko – tak pomyślał o hrabim Matwiej Bencjonowicz.

– Witam serdecznie, panie Berg-Dyczowski – wyrzekł gospodarz znanym już Berdyczowskiemu dzwoniącym głosem. – Proszę wybaczyć strój. Nie oczekiwałem gości o tak późnej porze. Rzadko kto bywa u mnie bez zapowiedzi. Wiem jednak, że Innocent nie przywiózłby nikogo przypadkowego.

To o Kieszy tak mówi – nie od razu dotarło do Matwieja Bencjonowicza. „Innokientij" – „Innocent". Czarnokuckiemu drgnęły lekko nozdrza, jakby tłumił ziewanie. Stało się jasne, dlaczego głos brzmi tak nienaturalnie: hrabia niemal nie poruszał ustami i unikał jakiejkolwiek mimiki – po to zapewne, by uchronić się przed zmarszczkami. Ruchy nozdrzy zastępowały mu bez wątpienia uśmiech.

Na pytanie, czy nie jest spokrewniony ze świętej pamięci feldmarszałkiem hrabią Bergiem, radca stanu odparł ostrożnie, że w bardzo dalekim stopniu.

– Innym Polakom lepiej o tym nie mówić. – Jego wielmożność znowu poruszył nozdrzami. – Mnie wszystko jedno, bo jestem absolutnym kosmopolitą.

Po tej replice Matwiej Bencjonowicz przypomniał sobie, po pierwsze, kim był feldmarszałek Berg – ciemięzcą Polaków za czasów Mikołaja Pawłowicza i Aleksandra II – po drugie zaś, zrozumiał, że ostrożny ton jego odpowiedzi został przez gospodarza mylnie odczytany. I chwała Bogu.

– Co tam, Filipie? – Hrabia spojrzał uważnie na sługę. Ów zbliżył się z ukłonem i zaszeptał coś hrabiemu do ucha. Doniósł, bydlak.

Brwi Czarnokuckiego nieco się uniosły, a w oczach, zwróconych na prokuratora, błysnęły wesołe iskierki.

– Tak więc jest pan marszałkiem szlachty? Z guberni zawołżskiej?

– Co w tym śmiesznego? – nachmurzył się Matwiej Bencjonowicz, uznawszy, że najlepszą obroną jest atak. – Czy Zawołże to według pana takie zapadłe miejsce, że nie ma tam nawet szlachty?

– Nie, nie, rozweseliło mnie coś zupełnie innego. – Gospodarz otwarcie, a nawet wręcz bezceremonialnie, przyglądał się gościowi. – Zabawne, że serdeczny przyjaciel Bronka Racewicza to marszałek szlachty. Ten swawolnik nigdzie nie zginie. Proszę opowiedzieć, jak go pan poznał.

Na taką okoliczność Berdyczowski wymyślił po drodze stosowną historyjkę.

– Zna pan Bronka – powiedział, uśmiechając się dobrodusznie. – Niezły z niego łobuz. Przytrafiła mu się u nas głupia historia. Chciał dla kawału nastraszyć pewną mniszkę, ale trochę przesadził. Trafił pod sąd. Jako człowiek przyjezdny i nikogo w mieście nieznający zwrócił się do marszałka, żeby ułatwił mu znalezienie adwokata... Rzecz jasna, pomogłem – jak szlachcic szlachcicowi...

Matwiej Bencjonowicz zamilkł wymownie – dalszego rozwoju wydarzeń możecie domyślić się sami.

Na twarzy hrabiego znowu pojawił się uśmiech, przypominający ziewanie.

– Tak, zawsze miał słabość do osób stanu duchownego. Czy pamiętasz, Kiesza, czernicę, która zapuściła się do zamku z prośbą o jałmużnę? Pamiętasz, jak Bronek ją, co?

Drganiu nozdrzy towarzyszył tym razem tłumiony szloch, co najwyraźniej nie było już śmiechem, tylko niepohamowanym chichotem.

Kiesza także się uśmiechnął, ale jakoś krzywo, wręcz ze strachem. Radca stanu zaś, usłyszawszy o czernicy, spiął się wewnętrznie. Zdaje się, że gorąco!

– Ale czemuż to stoimy, zapraszam do salonu. Pokażę panu moją kolekcję, w pewnym sensie całkowicie wyjątkową.

Czarnokucki wskazał gestem drogę i wszyscy przeszli do sąsiedniej komnaty.

Salon był obity i udrapowany czerwonym aksamitem o najrozmaitszych odcieniach: od jasnomalinowego do ciemnopąsowego; wywoływał zatem dziwne – by nie powiedzieć: złowieszcze – wrażenie. Światło elektryczne, podkreślając grę krwawych barw, tworzyło efekt łuny albo płonącego zachodu słońca.

W owym zdumiewającym salonie wzrok Berdyczowskiego zatrzymał się najpierw na egipskim sarkofagu, w którym leżała doskonale zachowana mumia kobiety.

– Dwudziesta dynastia, jedna z córek Ramzesa Czwartego. Kupiłem ją w Aleksandrii od łupieżców grobowców za trzy tysiące funtów szterlingów. Jak żywa! Proszę tylko spojrzeć.

Hrabia uniósł muślin, a Berdyczowski ujrzał szczupłe, całkowicie nagie ciało.

– Widzi pan, tędy przeszedł nóż balsamisty. – Cienki palec z wypolerowanym paznokciem powiódł wzdłuż linii, która przecinała żółty pomarszczony brzuch, a potem, doszedłszy do wzgórka łonowego, oddalała się jakby ze wstrętem.

Radca stanu odwrócił wzrok i omal nie krzyknął. Z oszklonej szafy patrzyła na niego, błyskając oczyma, mała Murzynka – zupełnie jak żywa.

– Co to?!

– Wypchana. Przywiozłem ją z Senegambii. Z powodu tatuażu. Prawdziwe dzieło sztuki! Hrabia włączył lampę nad stelażem i Matwiej Bencjonowicz ujrzał na ciemnobrązowej skórze deseń ze splecionych liliowych wężyków.

– Jest tam plemię, które ozdabia kobiety wspaniałymi tatuażami. Akurat pewna dziewczynka umarła. Wykupiłem zwłoki od wodza za winchestera i skrzynkę nabojów. Tubylcy, jak się zdaje, uznali, że jestem amatorem ludzkiego mięsa. – Nozdrza hrabiego zadrżały. – Rzecz w tym, że jeden z moich ówczesnych służących, Felicien, był doskonałym taksydermistą. Robota robi wrażenie.

– Tak – potwierdził Berdyczowski, przełykając ślinę. Przeszli do następnego eksponatu. Ten okazał się mniej przerażający: zwykła ludzka czaszka, nad nią zaś portret upudrowanej damy z głębokim dekoltem i kapryśnie opuszczoną dolną wargą.

– A to kto? – zapytał z niejaką ulgą Matwiej Bencjonowicz.

– Nie poznaje pan Marii Antoniny? To jej głowa. – Hrabia miłośnie pogładził czaszkę po błyszczącym czubku.

– Skąd ona u pana?! – zawołał Berdyczowski.

– Nabyłem ją od pewnego irlandzkiego lorda, który znalazł się w trudnej sytuacji. Jego przodek był w czasie rewolucji w Paryżu i wpadł na pomysł, by przekupić kata.

1 ... 71 72 73 74 75 76 77 78 79 ... 104
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)