Pelagia i czerwony kogut
- Автор: Акунин Борис Чхартишвили
- Серия: Prowincjonalny kryminał #3
- Год: 2004
- Язык: польский
- Год: Noir sur Blanc
- ISBN: 83-7392-078-1
- Переводчик: Henryk Chłystowski
- Жанр: Исторические детективы
Электронная книга - «Pelagia i czerwony kogut». Краткое содержание книги:
– Dobrze, zapomnijmy o karze. Ale co z szejkiem?
– Jusuf nie jest dżygitem, to pies. Od dawna chcę go pouczyć. Muzułmanie nie rozkradają grobów i nie rozbierają nieboszczyków. Siadaj, będziemy kunakami.
Czerkies zaprosił go gestem, a Magellan usiadł, odkładając sombrero na ławeczkę.
– Wybierzemy się tam od razu, wspólnie – zażądał. – Rochele nie może leżeć naga w rozkopanej mogile.
Bek skinął.
– Od razu. Otoczymy arabską wieś ze wszystkich stron...
– Nie – przerwał mu Żyd. – Zostawimy im jedno wyjście.
Oczy Daniel-beka zabłysły młodzieńczo.
– Tak, tak! Zostawimy wolną drogę do brodu! Niech uciekają tamtędy!
Pochylili się obydwaj nad stołem i zaczęli kreślić coś na nim palcami, mówiąc jednocześnie i przerywając sobie nawzajem. Momentalnie rodziła się liga antyarabska.
Polina Andriejewna nie za bardzo wiedziała, co się dzieje, ale wszystko to niezbyt jej się podobało. Jakiś rozkopany grób, jakieś zagrabione ubranie...
– Zaczekajcie! – zawołała zakonnica. – Posłuchajcie! Nie wiem, kim jest szejk Jusuf, ale jeśli jest szejkiem, to pewnie nie jest biedny?
– Ma pięćset baranów – odrzekł Daniel-bek. – Jego fellachowie to nędzarze, ale sam Jusuf jest bogaty.
– Jeśli jest bogaty, to po co miałby kraść odzienie martwej kobiety? Zrobili to jacyś nikczemnicy, a szejk z pewnością ukarze ich, kiedy się dowie. Nie ma potrzeby otaczać wsi, nie trzeba zostawiać przejścia do brodu! W przeciwnym razie ludzie powiedzą: trzej głupcy nie potrafili się dogadać i...
– Kobieto! – ryknął bek. – Po raz drugi nazwałaś mnie głupcem!
– Ma rację – wtrącił Magellan. – Arabów jest w tych stronach więcej niż Żydów i Czerkiesów razem wziętych. Zacznie się wojna. Lepiej zaproponujmy szejkowi układy. Tak będzie mądrzej.
– Jesteś nie tylko mężny, Magellan-beku, ale i rozumny – Czerkies przycisnął rękę do piersi. Mężczyźni pokłonili się sobie ceremonialnie i znowu przestali zwracać uwagę na kobietę.
Panieńskie rozmowy
Na Jusuf-beka wyruszyli wspólnie: z przodu Czerkiesi na koniach, za nimi Żydzi. Aby wywrzeć wrażenie na sojusznikach, członkowie komuny ustawili się w kolumnę, z karabinami na lewym ramieniu, i próbowali maszerować w nogę.
Połączone siły, spowite kurzem, ruszyły drogą w dół. Czerkieskie kobiety patrzyły w ślad za nimi. Nie wołały i nie machały rękami – najwyraźniej tutaj nie było to przyjęte.
Bek powiedział Polinie Andriejewnie, że jest wolna i może jechać gdziekolwiek, ale „gdziekolwiek" to nie było to, o co jej chodziło. Znalazła chwilę, żeby porozmawiać z Magellanem na osobności. Poskarżyła się, że po ostatnich wydarzeniach boi się podróżować bez ochrony, i poprosiła o nocleg w komunie.
Ów zgodził się wielkodusznie i raz jeszcze powtórzył: „Gdzież to ja jednak panią widziałem? Z pewnością w Rosji, tylko gdzie?"
Pelagia uznała, że lepiej będzie zmilczeć, on zaś nie miał teraz czasu grzebać w pamięci. Czekała do południa w aule, dopóki z arabskiego miasteczka El-Ledżun nie przywieźli zagrabionej komunardom własności. Odbierała wszystko dziewczyna imieniem Małke, z którą mniszka zamieniła swego czasu parę słów na parowcu.
Kobieta to kobieta – Małke poznała Pelagię natychmiast, mimo świeckiego stroju i piegów. Poznała i ucieszyła się, zupełnie jakby spotkała dawną przyjaciółkę. Pojawienie się mniszki w Dolinie Izraelskiej nie wywołało u pogodnej grubaski żadnych podejrzeń.
Od razu zaczęła zwracać się do Poliny Andriejewny na „ty" i zalała ją mnóstwem szczegółowych informacji o sobie, komunie i całym świecie. Co prawda, zadawała także pytania, ale przeważnie sama zaraz na nie odpowiadała.
Zapytała na przykład:
– Skąd się tutaj wzięłaś? Ach, tak, przecież płynęłaś naszym parowcem. Do Palestyny, tak? Z pielgrzymką? A riasę zdjęłaś, żeby nie było tak gorąco? No pewnie, przy takiej spiekocie jedwabna sukienka znacznie lepsza. I zdaje się, że nie jesteś mniszką, tylko nowicjuszką?
Pelagii pozostawało jedynie potakiwać.
Do „Nowego Megiddo" wyruszyły, kiedy słońce skłoniło się już ku zachodowi. Odzyskanego konia Małke zaprzęgła do czerkieskiego wozu, a z tyłu przywiązała dwie krowy. Na furę włożono bronę i powgniatany, ale wciąż zamknięty sejf z pieniędzmi, na wierzchu zaś umieszczono worki z nasionami. Kobiety usiadły obok siebie i pojechały.
Salach podążał za nimi swoim chanturem, wyśpiewując na całe gardło jakieś piskliwe pieśni. Był szczęśliwy, że odzyskał swój zaprzęg, i to bez żadnego okupu.
Polina Andriejewna patrzyła z podziwem, jak zręcznie jej nowa przyjaciółka powozi obładowaną furą. Małke siedziała z nogami założonymi po turecku (opalone kolana przypominały dwa dobrze przypieczone prosięta), w poprzek nich położyła karabin i śmiało trzaskała batem, nie milknąc ani na chwilę.
Rozmowa toczyła się łatwo.
– Polu, pojęcia nie mam, dlaczego chcesz być mniszką. Gdybyś jeszcze była jakąś pokraką, ale ty jesteś po prostu piękna, daję słowo. To pewnie z powodu nieszczęśliwej miłości, co? Wszystko jedno, nawet jeśli tak – to nie warto. Po co zamykać się w klasztorze, w malusieńkim świecie, kiedy wielki świat jest tak ciekawy? Ja też mogłabym w swoim Borysowie dożyć starości i nie dowiedzieć się, kim w istocie jestem. Dawniej myślałam, że jestem tchórzem, a tu nagle okazało się, że nie brak mi odwagi. Może sądzisz, że Magellan nie zabrał mnie do arabskiej wsi, bo jestem kobietą? Nic podobnego! Nie będzie tam strzelaniny, bo inaczej na pewno bym z nim poszła. Ty, Maleńka, powiada, jesteś najrozsądniejsza, tobie mogę wszystko powierzyć. (Tak mnie czasami nazywa – nie Małke, ale Maleńka albo Malec). Dowieź, powiada, wszystko na miejsce i przypilnuj, żeby te dwa bałwany, Koloseusz i Szlomo (to prawda, że trochę są roztrzepani), nie poiły od razu mojego konia; niechaj go najpierw przeprowadzą. I niechaj rozłożą nasiona, żeby się przesuszyły – nocą zawilgotniały.
Pelagia uznała, że wykorzystując szczerość miłej dziewczyny, postąpiłaby niestosownie, mimo to przy pierwszej okazji (kiedy Małke zaczęła opowiadać, w jakim odosobnieniu żyje komuna) jakby przypadkiem zapytała:
– I nie pojawiają się żadni obcy?
– Rzadko. Rothschildowscy Żydzi uważają nas za obłąkanych bezbożników. Kontakty z Arabami są niedobre. Co do Czerkiesów, to sama widziałaś.
– A jacyś wędrowcy, pielgrzymi? Mówiono mi, że w Palestynie mnóstwo jest wędrownych kaznodziejów. – Mniszka niezbyt zręcznie wróciła do interesującego ją wątku.
Małke roześmiała się.
– Był tu jakiś prorok. Zabawny. Nawiasem mówiąc, z Rosji. Czy pamiętasz Manujłę, którego zabito na parowcu? Okazuje się, że zabito nie jego, tylko kogoś innego – opowiem ci o tym później. Ów Manujła, kiedy tylko przybył do Ziemi Świętej, dla większego efektu zaczął używać imienia Emmanuel.
Roześmiała się ponownie.
Jeśli śmieje się, to znaczy, że nie przytrafiło się nic złego. Pelagii spadł kamień z serca.
– To kiedy był u was?
Dziewczyna zaczęła zginać krótkie palce.
– Siedem, nie, osiem dni temu. Ach, tak, tej nocy zabili Połkana. – Od wesołości przeszła nagle do płaczu, pociągnęła nosem i znowu uśmiechnęła się. – On, Połkan, także zginął za Erec Izrael.
– Za co?
– Za izraelskie państwo. Połkan to pies. Przybłąkał się do nas w Jaffie. Niesłychanie mądry i odważny, niczym wojskowy pies pułkowy, dlatego nazwaliśmy go Połkanem. Nocami tak pilnował, że nie trzeba było żadnych wartowników. Jak przywiążesz go z zewnątrz do bramy, to nikt nie podejdzie. Kosmaty był, czarnożółtej maści, na jedną łapę trochę kulał, a na boku...