Każde martwe marzenie
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #5
- Год: 2018
- Язык: польский
- Год: Powergraph
- ISBN: 9788364384868
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Każde martwe marzenie». Краткое содержание книги:
Kenneth już miał przypomnieć, że nie wszyscy mogą to rozpamiętywać, ale ugryzł się w język. Pożegnali już poległych, a przywoływanie ich z powrotem przynosiło pecha.
— Dobrze. Ale jeśli zobaczycie, że któryś pęka, dajcie znać. To rozkaz.
— Tak jest! — Zasalutowali niespodziewanie sprężyście, po wojskowemu.
— Dobra. Parzyste drużyny niech zejdą na dół, wzmocnią drzwi, a potem ogrzeją się i odpoczną. Można rozpalić ogień, ale tylko tyle, by nagrzać wnętrze i ugotować coś ciepłego. Weźcie kilka kawałków drewna stąd. Tylko ostrożnie, nie chcę pożaru. Psy i drużyny nieparzyste pilnują góry. Jak zjemy, wezmę swoją drużynę i razem z Piątą pójdziemy zbadać tamte budynki na środku statku. Poszukamy też drogi na rufę. Trzecia i Siódma zostają tu, mają oko na Szczury i całą resztę też.
— Jaką resztę, panie poruczniku?
— Jeszcze nie wiem, Cerwes. Ale padlinożercy zazwyczaj obżerają się trupami tych, co to nie uważali na całą resztę.
Udało mu się wywołać kilka krzywych uśmiechów. Dobre i to.
— Do roboty!
* * *
Poświęcili na badanie dziobu i śródokręcia ponad kilka dni. Kenneth wybrał na zwiad dziesiątkę swoją i Fenlo Nura, licząc na jego talent. W tej chwili tylko ponury dziesiętnik i Moiwa Samreh mieli coś, co można nazwać zdolnościami magicznymi, ale szczurzej czarownicy nie ufał na tyle, by zabierać ją ze sobą. Poza tym miał cichą nadzieję, że znajdą jakieś ślady Boreheda, a zdolność Nura do widzenia duchów była w tym bardziej przydatna niż jakaś Parząca Igła.
Te budynki tworzyły małe miasteczko. Dało się dostrzec regularne uliczki, małe place, a nawet coś w rodzaju rynku. Statek miał w tym miejscu szerokość ponad dwustu jardów, a zabudowania ciągnęły się jak okiem sięgnąć. Ilu ludzi mogło tu kiedyś mieszkać? Dwa, trzy tysiące? Trudno to ocenić, większość domostw została zmiażdżona i najwyraźniej zmieciona z pokładu i tylko niskie zarysy ścian świadczyły o ich położeniu. Tam, gdzie zniszczenia były mniejsze, a w kilku miejscach ostały się nawet całe czworoboki ścian, mogli zauważyć, że niektóre budowle wznosiły się na dwa, a nawet trzy piętra.
W plątaninie mniejszych belek i rozpadających się lin pośrodku miasteczka leżał olbrzymi słup, wyrwany najpewniej z pokładu. Resztki grubej tkaniny, przykrywającej go, niczym całun, zdradzały przeznaczenie konstrukcji.
Maszt.
Jeden z wielu, które najpewniej kiedyś dumnie wznosiły się w niebo.
Wszystkie wykonano z tego samego materiału, co kadłub. Z drewna tak czarnego, że trudno było dostrzec na jego powierzchni słoje, i tak twardego, że trudno było je rąbać. Nawet materiał żagla wyglądał jak utkany z grubych, zdrewniałych włókien.
Zapuszczali się ostrożnie między budynki. Kenneth zarządził marsz ubezpieczony, gdzie każdy żołnierz musi być przez cały czas w zasięgu wzroku co najmniej dwóch innych. Nie wiedział, czy i tu pokład nie jest podziurawiony jak na dziobie, a poza tym gdzieś w głowie ciągle miał obraz komnaty z drzwiami zabarykadowanymi od wewnątrz. Na szczęście uliczki były dość szerokie, by nie musieli stosować jakichś specjalnych sztuczek w stylu wiązania się linami.
Tam, gdzie ostały się ściany, mogli podziwiać precyzję łączenia belek, dokładność wykończenia ciesielki. Ocalałe drzwi idealnie pasowały do ościeżnic, w ścianach nie było szczelin ani dziur. Kilka fragmentów dachów, pokrytych, a jakże, drewnianym gontem, zdawało się nawet oferować w miarę przyzwoitą osłonę przed deszczem i śniegiem. Tu też byłoby niezłe miejsce na obóz, uznał, lepsze niż dziura w kadłubie, skąd nie ma ucieczki. Jeśli dziś nie znajdą drogi na rufę, jutro rano przeniosą się tutaj.
Osęk, jeden z ludzi Fenlo Nura, wszedł do najbliższego budynku, jednego z tych, które zachowały większość dachu i wszystkie ściany. Kenneth obserwował przez drzwi wnętrze pomieszczenia. Miało osiem jardów długości, sześć szerokości, jedno wejście i dwoje okien po przeciwnej stronie, a resztki dachu sugerowały, że nie było wyższe niż zwykła chłopska chata. Również tutaj, podobnie jak w komnacie pod pokładem, stół tkwił przymocowany do podłogi, a ze ścian wyrastały półki. A poza tym wnętrze było jeszcze czarniejsze niż reszta statku.
Osęk przejechał dłonią po blacie, wzbijając w powietrze chmurę czarnego pyłu.
— Paliło się tu. — Rozejrzał się dookoła, podszedł do ściany i zadrapał ją nożem. — Wszędzie się paliło, panie poruczniku. I to całkiem mocno.
Uderzył w jedną z półek, a ta odpadła od ściany w kilku kawałkach.
No, to coś nowego. Podpalenie tego drewna wymagałoby naprawdę dużo oleju, albo użycia magii. A i tak, jak widać, nie uzyskano wiele więcej poza osmoleniem wewnętrznych ścian. Osęk powąchał to, co zdrapał, zmarszczył brwi i – jakby mu nagle coś przyszło do głowy – wsunął próbkę do ust.
— Zgłodniałeś?
— Trochę, panie poruczniku. — Strażnik uśmiechnął się, prezentując poczerniałe zęby. — Poza tym węgiel dobrze robi na rozwolnienie.
— Śpisz dzisiaj na zewnątrz. — Nur przerzucił kuszę do drugiej ręki, sięgnął przez próg do wnętrza pokoju i przejechał palcem po ścianie. — Czy to jest to, co myślę?
Wsunął palec do ust, posmakował, splunął czarną plwociną.
— Sól. Pożar ugasiła morska woda.
To w sumie oczywiste, byli na statku, gdzie do gaszenia ognia nikt nie używałby słodkiej wody, ale mina dziesiętnika wskazywała, że nie całkiem to miał na myśli.
— Mogę coś sprawdzić, panie poruczniku?
— Działaj, tylko żebyśmy cię widzieli.
— Tak jest.
Podoficer dołączył do swojego strażnika, podszedł do futryn po wyrwanych oknach, poświęcił chwilę półkom, zajrzał pod stół. Na kilka uderzeń serca znikł za ścianą, która znajdowała się naprzeciw okien.
— Drzwi otwierają się na zewnątrz?
— To widzę, Nur. I co z tego?
— Niech pan wejdzie i zobaczy.
Kenneth rzucił rozkaz i zanim przekroczył próg, kilkunastu strażników rozstawiło się w ochronny krąg wokół budynku. Podłoga zaskrzypiała pod jego stopami zwęglonym drewnem, poczuł kwaśny, lekko stęchły zapach.