Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Każde martwe marzenie
Każde martwe marzenie - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Każde martwe marzenie

Электронная книга - «Każde martwe marzenie». Краткое содержание книги:

Każde martwe marzenie
1 ... 64 65 66 67 68 69 70 71 72 ... 210
Перейти на страницу:

Ken­neth już miał przy­po­mnieć, że nie wszy­scy mogą to roz­pa­mię­ty­wać, ale ugryzł się w ję­zyk. Po­że­gna­li już po­le­głych, a przy­wo­ły­wa­nie ich z po­wro­tem przy­no­si­ło pe­cha.

— Do­brze. Ale je­śli zo­ba­czy­cie, że któ­ryś pęka, daj­cie znać. To roz­kaz.

— Tak jest! — Za­sa­lu­to­wa­li nie­spo­dzie­wa­nie sprę­ży­ście, po woj­sko­we­mu.

— Do­bra. Pa­rzy­ste dru­ży­ny niech zej­dą na dół, wzmoc­nią drzwi, a po­tem ogrze­ją się i od­pocz­ną. Moż­na roz­pa­lić ogień, ale tyl­ko tyle, by na­grzać wnę­trze i ugo­to­wać coś cie­płe­go. Weź­cie kil­ka ka­wał­ków drew­na stąd. Tyl­ko ostroż­nie, nie chcę po­ża­ru. Psy i dru­ży­ny nie­pa­rzy­ste pil­nu­ją góry. Jak zje­my, we­zmę swo­ją dru­ży­nę i ra­zem z Pią­tą pój­dzie­my zba­dać tam­te bu­dyn­ki na środ­ku stat­ku. Po­szu­ka­my też dro­gi na rufę. Trze­cia i Siód­ma zo­sta­ją tu, mają oko na Szczu­ry i całą resz­tę też.

— Jaką resz­tę, pa­nie po­rucz­ni­ku?

— Jesz­cze nie wiem, Cer­wes. Ale pa­dli­no­żer­cy za­zwy­czaj ob­że­ra­ją się tru­pa­mi tych, co to nie uwa­ża­li na całą resz­tę.

Uda­ło mu się wy­wo­łać kil­ka krzy­wych uśmie­chów. Do­bre i to.

— Do ro­bo­ty!

* * *

Po­świę­ci­li na ba­da­nie dzio­bu i śród­o­krę­cia po­nad kil­ka dni. Ken­neth wy­brał na zwiad dzie­siąt­kę swo­ją i Fen­lo Nura, li­cząc na jego ta­lent. W tej chwi­li tyl­ko po­nu­ry dzie­sięt­nik i Mo­iwa Sam­reh mie­li coś, co moż­na na­zwać zdol­no­ścia­mi ma­gicz­ny­mi, ale szczu­rzej cza­row­ni­cy nie ufał na tyle, by za­bie­rać ją ze sobą. Poza tym miał ci­chą na­dzie­ję, że znaj­dą ja­kieś śla­dy Bo­re­he­da, a zdol­ność Nura do wi­dze­nia du­chów była w tym bar­dziej przy­dat­na niż ja­kaś Pa­rzą­ca Igła.

Te bu­dyn­ki two­rzy­ły małe mia­stecz­ko. Dało się do­strzec re­gu­lar­ne ulicz­ki, małe pla­ce, a na­wet coś w ro­dza­ju ryn­ku. Sta­tek miał w tym miej­scu sze­ro­kość po­nad dwu­stu jar­dów, a za­bu­do­wa­nia cią­gnę­ły się jak okiem się­gnąć. Ilu lu­dzi mo­gło tu kie­dyś miesz­kać? Dwa, trzy ty­sią­ce? Trud­no to oce­nić, więk­szość do­mostw zo­sta­ła zmiaż­dżo­na i naj­wy­raź­niej zmie­cio­na z po­kła­du i tyl­ko ni­skie za­ry­sy ścian świad­czy­ły o ich po­ło­że­niu. Tam, gdzie znisz­cze­nia były mniej­sze, a w kil­ku miej­scach osta­ły się na­wet całe czwo­ro­bo­ki ścian, mo­gli za­uwa­żyć, że nie­któ­re bu­dow­le wzno­si­ły się na dwa, a na­wet trzy pię­tra.

W plą­ta­ni­nie mniej­szych be­lek i roz­pa­da­ją­cych się lin po­środ­ku mia­stecz­ka le­żał ol­brzy­mi słup, wy­rwa­ny naj­pew­niej z po­kła­du. Reszt­ki gru­bej tka­ni­ny, przy­kry­wa­ją­cej go, ni­czym ca­łun, zdra­dza­ły prze­zna­cze­nie kon­struk­cji.

Maszt.

Je­den z wie­lu, któ­re naj­pew­niej kie­dyś dum­nie wzno­si­ły się w nie­bo.

Wszyst­kie wy­ko­na­no z tego sa­me­go ma­te­ria­łu, co ka­dłub. Z drew­na tak czar­ne­go, że trud­no było do­strzec na jego po­wierzch­ni sło­je, i tak twar­de­go, że trud­no było je rą­bać. Na­wet ma­te­riał ża­gla wy­glą­dał jak utka­ny z gru­bych, zdrew­nia­łych włó­kien.

Za­pusz­cza­li się ostroż­nie mię­dzy bu­dyn­ki. Ken­neth za­rzą­dził marsz ubez­pie­czo­ny, gdzie każ­dy żoł­nierz musi być przez cały czas w za­się­gu wzro­ku co naj­mniej dwóch in­nych. Nie wie­dział, czy i tu po­kład nie jest po­dziu­ra­wio­ny jak na dzio­bie, a poza tym gdzieś w gło­wie cią­gle miał ob­raz kom­na­ty z drzwia­mi za­ba­ry­ka­do­wa­ny­mi od we­wnątrz. Na szczę­ście ulicz­ki były dość sze­ro­kie, by nie mu­sie­li sto­so­wać ja­kichś spe­cjal­nych sztu­czek w sty­lu wią­za­nia się li­na­mi.

Tam, gdzie osta­ły się ścia­ny, mo­gli po­dzi­wiać pre­cy­zję łą­cze­nia be­lek, do­kład­ność wy­koń­cze­nia cie­siel­ki. Oca­la­łe drzwi ide­al­nie pa­so­wa­ły do oścież­nic, w ścia­nach nie było szcze­lin ani dziur. Kil­ka frag­men­tów da­chów, po­kry­tych, a jak­że, drew­nia­nym gon­tem, zda­wa­ło się na­wet ofe­ro­wać w mia­rę przy­zwo­itą osło­nę przed desz­czem i śnie­giem. Tu też by­ło­by nie­złe miej­sce na obóz, uznał, lep­sze niż dziu­ra w ka­dłu­bie, skąd nie ma uciecz­ki. Je­śli dziś nie znaj­dą dro­gi na rufę, ju­tro rano prze­nio­są się tu­taj.

Osęk, je­den z lu­dzi Fen­lo Nura, wszedł do naj­bliż­sze­go bu­dyn­ku, jed­ne­go z tych, któ­re za­cho­wa­ły więk­szość da­chu i wszyst­kie ścia­ny. Ken­neth ob­ser­wo­wał przez drzwi wnę­trze po­miesz­cze­nia. Mia­ło osiem jar­dów dłu­go­ści, sześć sze­ro­ko­ści, jed­no wej­ście i dwo­je okien po prze­ciw­nej stro­nie, a reszt­ki da­chu su­ge­ro­wa­ły, że nie było wyż­sze niż zwy­kła chłop­ska cha­ta. Rów­nież tu­taj, po­dob­nie jak w kom­na­cie pod po­kła­dem, stół tkwił przy­mo­co­wa­ny do pod­ło­gi, a ze ścian wy­ra­sta­ły pół­ki. A poza tym wnę­trze było jesz­cze czar­niej­sze niż resz­ta stat­ku.

Osęk prze­je­chał dło­nią po bla­cie, wzbi­ja­jąc w po­wie­trze chmu­rę czar­ne­go pyłu.

— Pa­li­ło się tu. — Ro­zej­rzał się do­oko­ła, pod­szedł do ścia­ny i za­dra­pał ją no­żem. — Wszę­dzie się pa­li­ło, pa­nie po­rucz­ni­ku. I to cał­kiem moc­no.

Ude­rzył w jed­ną z pó­łek, a ta od­pa­dła od ścia­ny w kil­ku ka­wał­kach.

No, to coś no­we­go. Pod­pa­le­nie tego drew­na wy­ma­ga­ło­by na­praw­dę dużo ole­ju, albo uży­cia ma­gii. A i tak, jak wi­dać, nie uzy­ska­no wie­le wię­cej poza osmo­le­niem we­wnętrz­nych ścian. Osęk po­wą­chał to, co zdra­pał, zmarsz­czył brwi i – jak­by mu na­gle coś przy­szło do gło­wy – wsu­nął prób­kę do ust.

— Zgłod­nia­łeś?

— Tro­chę, pa­nie po­rucz­ni­ku. — Straż­nik uśmiech­nął się, pre­zen­tu­jąc po­czer­nia­łe zęby. — Poza tym wę­giel do­brze robi na roz­wol­nie­nie.

— Śpisz dzi­siaj na ze­wnątrz. — Nur prze­rzu­cił ku­szę do dru­giej ręki, się­gnął przez próg do wnę­trza po­ko­ju i prze­je­chał pal­cem po ścia­nie. — Czy to jest to, co my­ślę?

Wsu­nął pa­lec do ust, po­sma­ko­wał, splu­nął czar­ną plwo­ci­ną.

— Sól. Po­żar uga­si­ła mor­ska woda.

To w su­mie oczy­wi­ste, byli na stat­ku, gdzie do ga­sze­nia ognia nikt nie uży­wał­by słod­kiej wody, ale mina dzie­sięt­ni­ka wska­zy­wa­ła, że nie cał­kiem to miał na my­śli.

— Mogę coś spraw­dzić, pa­nie po­rucz­ni­ku?

— Dzia­łaj, tyl­ko że­by­śmy cię wi­dzie­li.

— Tak jest.

Pod­ofi­cer do­łą­czył do swo­je­go straż­ni­ka, pod­szedł do fu­tryn po wy­rwa­nych oknach, po­świę­cił chwi­lę pół­kom, zaj­rzał pod stół. Na kil­ka ude­rzeń ser­ca znikł za ścia­ną, któ­ra znaj­do­wa­ła się na­prze­ciw okien.

— Drzwi otwie­ra­ją się na ze­wnątrz?

— To wi­dzę, Nur. I co z tego?

— Niech pan wej­dzie i zo­ba­czy.

Ken­neth rzu­cił roz­kaz i za­nim prze­kro­czył próg, kil­ku­na­stu straż­ni­ków roz­sta­wi­ło się w ochron­ny krąg wo­kół bu­dyn­ku. Pod­ło­ga za­skrzy­pia­ła pod jego sto­pa­mi zwę­glo­nym drew­nem, po­czuł kwa­śny, lek­ko stę­chły za­pach.

1 ... 64 65 66 67 68 69 70 71 72 ... 210
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)