Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Czas żyć czas zabijać
Czas żyć czas zabijać - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Czas żyć czas zabijać

Электронная книга - «Czas żyć czas zabijać». Краткое содержание книги:

Czas żyć czas zabijać
1 ... 64 65 66 67 68 69 70 71 72 ... 111
Перейти на страницу:

Bandarillo, w szoku, zataczając się, wyszedł z ukrycia.

- Wyście ich wszystkich pozabijali?

- Nie wiem jeszcze. - Wzruszyłem ramionami.

Wyglądało na to, że ktoś kiedyś mój miecz próbował przekuć i nie za dobrze to wyszło. Gdy wrócimy do miasta, będę się musiał przyjrzeć mu dokładniej.

- Ten jeszcze żyje - wskazał Bandarillo.

Ten, którego strąciłem z konia jako drugiego. Miał złamaną nogę i prawdopodobnie uszkodzony kręgosłup. W ręku nadal trzymał szablę i spoglądał na nas beznamiętnie.

- Dowiemy się od niego, kto ich na nas nasłał. - Bandarillo aż kipiał wściekłością. W dodatku buzowała w nim adrenalina po tym, co właśnie przeszedł. Ja tam byłem spokojny. Oczywiście niecałkowicie, bo walka zawsze człowiekowi przyspiesza trochę krążenie, ale w niczym się to nie równało bijatyce na arenie, czy nawet później, kiedy zabijałem ludzi dla złota. Jednak zabicie paru stepowych obdartusów niewiele samo w sobie dla mnie znaczyło, nawet jeśli znowu nie tak wiele brakowało, aby się ta przygoda skończyła dla mnie tu i teraz. Może bym przyjął ten koniec z otwartymi ramionami? Odłożyłem tę myśl na później, wiedząc, że jeszcze przyjdzie czas do niej powrócić.

Bandarillo wyciągnął sztylet, ale nie odważył się podejść do leżącego.

- Ten wam nic nie powie - uprzedziłem go. - Ktoś im zapłacił za to, żeby was zabili, ale oni sami najpewniej nie mieli pojęcia kto.

- Chcę, żebyście go zapytali! - Bandarillo nadal był tak wściekły, że nieomal pluł słowami.

Spojrzałem na leżącego na ziemi, ciężko poranionego mężczyznę.

- Kto was najął? - spytałem.

Oblizał usta i na ile mógł, poruszył się, żeby lepiej oprzeć się plecami o ziemię.

- Mówiłem, że nic nie powie. - Wzruszyłem ramionami, po czym ruszyłem na poszukiwania mojego konia, który gdzieś się zawieruszył.

- Powie wszystko, co będę chciał wiedzieć! - pieklił się Bandarillo, wymachując sztyletem. - Tylko trzeba pytać odpowiednimi sposobami!

- Ja ludzi nie torturuję - odpowiedziałem mu krótko. - Chcecie, to się z nim babrajcie sami.

Coś w tonie mojego głosu sprawiło, że Bandarillo się zatrzymał. Czekałem, żeby zobaczyć, czy dalej będzie nalegał, ale odpuścił sobie.

- Pojedziemy do miasta okrężną drogą. Ciekawe, że wasi ludzie po nas nie wrócili - powiedziałem.

Był do tego stopnia wyprowadzony z równowagi, że nic na to nie odrzekł.

Co się stało z naszymi sokolnikami, dowiedziałem się dopiero następnego dnia od mojego małego informatora. Znaleźli ich niewielki kawałek za miastem, każdego ze strzałą w szyi. Czyli że ta zasadzka została całkiem nieźle przygotowana.

Poranek jak każdy inny, taki sam, jak wszystkie, które pamiętał. Rezultaty jego wysiłków wydawały się być dalece tym wysiłkom nierówne. Na dobrą sprawę były niczym w porównaniu z ofiarami, jakie poniósł. W ogóle były niczym! Jeszcze na początku by go to zraziło, sprawiło, że by zrezygnował. Jeszcze w pół drogi się poddał. Teraz już jednak nie mógł. Stał i czekał, aż jego ciało się rozbudzi. Aż się rozgrzeją mięśnie, serce. Nie potrzebował gimnastyki. Spał bez przykrycia, na gołym prześcieradle, ale i tak przez całą noc było mu niewymownie gorąco. Swoje ciało odczuwał jako coś obcego, buchającego żarem.

Czas zacząć przedwieczorny trening. Wybił się w powietrze.

Kiedy, łapiąc ciężko oddech, skończył, wiedział, że nie poszło mu tak dobrze, jak miało być. Nie tak dobrze, jak musiało być, aby mu się powiodło. A przecież sukces był jedyną opcją. W łazience umył się, wytarł do sucha, po czym przeszedł do kuchni. Nie szykował tutaj jedzenia, jedynie przygotowywał rzeczy potrzebne do TEGO. Wieczorem zdecydował się wreszcie przynieść wielkie zwierciadło w miejsce tego, które rozbił, jednak w dalszym ciągu nie odważył się w nie jeszcze spojrzeć. Słabość rodzi kolejną słabość, a na to nie mógł sobie pozwolić w żadnym przypadku. Z niechęcią i obrzydzeniem graniczącymi z fizyczną niemożnością odsłonił tkaninę, którą było zakryte, i stanął naprzeciw. Z zamkniętymi oczami. Otworzyć je teraz okazało się trudniejsze niż wszystkie jego ćwiczenia, niż skakanie po fasadzie rezydencji Harbirgera. Nie był to przyjemny widok, ale wytrwał, aż się sobie całemu, kawałek po kawałku, przyjrzał. Ta rzecz między nogami irytowała go najbardziej. Nabrał głęboko powietrza, złapał kawałek papieru i spisał dokładnie to, co widział. Z pomocą krawieckiego metra pomierzył, co potrzebował, i wyniki pomiarów również skrzętnie zanotował. Wreszcie się ubrał, wypił kilka przygotowanych wcześniej koktajli, zjadł rozedrgane galarety, naszykował nowe porcje na później i dopiero wtedy wyszedł z domu.

Łasiczka rozwalił się pomiędzy workami z mąką, wiązkami trzciny, belami sukna i innymi nieistotnymi towarami. Jego koń, uwiązany na krótkim powrozie, posłusznie człapał za wozem, podczas gdy sam woźnica mamrotał coś do siebie na koźle. Niecałe dwa dni drogi od Damarkandy z zakurzonej równiny wyrastały nagle góry. Strome i najeżone skałami, ale mimo wszystko bardziej zielone niż ciągnący się u ich podnóża step. Po drodze minęli jedynie dwie wsie, obie zamieszkane przez hodowców bydła. Woźnica i właściciel wozu, Azmund, w ogóle się w nich nie zatrzymywał, bąknął coś tylko o wszawych złodziejach i zawszonych siennikach. To Łasiczce wystarczyło za ostrzeżenie, a poza tym to i tak nie były te wsie, o które mu chodziło.

Przerwał podziwianie okolicy, wyciągnął się wygodniej na wozie i znów postanowił się przekimać. Trzeba korzystać, dopóki można, bo przyjdzie niedługo taki moment, że się wygody skończą.

- No, wstawać. Dalej się trakt zaczyna wspinać, stąd już musisz z wozu, nie będę dla ciebie męczył konia. - Azmund wyrwał go z półsnu.

- Jasne. - Łasiczka nie dał się popędzać.

Wstał, przeciągnął się i rozejrzał. Woźnica nie kłamał, droga dalej zaczynała się piąć dość stromo pod górę. Wyglądała również na dużo bardziej kamienistą.

- Zapalimy? - Wyciągnął fajkę.

Azmund skinął głową. Łasiczka już wcześniej zaobserwował, że ten mężczyzna w nieokreślonym wieku gdzieś między sześćdziesiątką a śmiercią wykonywał ten gest z takim namaszczeniem, że rozmówca musiał wręcz poczekać, aż tamten skończył.

- Chcesz spróbować mojego? - zaproponował mu tytoń.

Mężczyzna pokręcił głową i wyciągnął własny. Łasiczce wystarczyło jedno krótkie spojrzenie, aby dostrzec, że w mieszance Azmunda tytoniu jest raczej mniej niż więcej.

Palili w milczeniu, spoglądając na okolicę, jedynie konie od czasu do czasu odganiały gzy. Nawet nie ma ich tak wiele, pomyślał Łasiczka, pewnie dlatego, że tu tak sucho.

- Chcę otworzyć handel - odezwał się wreszcie po starannie wymierzonej pauzie. Azmund kiwnął głową.

- Tak sobie właśnie myślałem - odparł, kiedy cienie gór zdążyły się przesunąć zauważalnie.

Łasiczka uświadomił sobie, że być może czeka go najdłuższa w życiu rozmowa. Dopalił fajkę, wyczyścił ją i poczekał, aż ostygnie. Jakoś nie przyszło mu do głowy, że w tej podróży będzie chciał wypalić więcej niż jedną.

- Towar w mieście zrobił się jednak strasznie drogi - podjął, kiedy uznał, że przerwa była dostatecznie długa.

Azmund znów pokiwał głową z lekko nieobecnym wyrazem twarzy.

- Będę wysyłać dość daleko, więc musiałbym kupować wprost od farmerów. Po cenach, które będą lepsze i dla mnie, i dla nich.

Fajka zdążyła całkiem już wystygnąć i Łasiczka zaczął ją ponownie nabijać.

1 ... 64 65 66 67 68 69 70 71 72 ... 111
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)