Dalekie szlaki [Галактическая разведка - pl]
- Автор: Снегов Сергей Александрович
- Серия: Ludzie jak bogowie #1
- Год: 1972
- Язык: польский
- Год: Iskry
- Переводчик: Tadeusz Gosk
- Жанр: Космическая фантастика
Электронная книга - «Dalekie szlaki [Галактическая разведка - pl]». Краткое содержание книги:
— Zawiniłam wobec pana — powiedziała wreszcie Mary. — Nie wiem czemu byłam taka opryskliwa w Kai-rze i na tym placu. Postanowiłam pana za to przeprosić przy najbliższej okazji. Ale najpierw poleciał pan na Orę, a potem w Plejady i do Perseusza… No więc, wrócił pan i przepraszam!
Wstała, ale ją zatrzymałem. Miałem ochotę zażar-tować.
— A czy wie pani, że przed odlotem pytałem Infor-mację o naszą wzajemną odpowiedniość?
Mary zupełnie się nie speszyła.
— Tak, wiem. Wiem również i to, że pod żadnym względem do siebie nie pasujemy. Powodzenia, Eli.
Nie śmiałem jej dłużej zatrzymywać. Siedziałem na ławce i patrzyłem, jak odchodzi. Skłamała. Opiekunki nie zdradzają osobistych tajemnic, więc Mary nie mogła się dowiedzieć, iż zwracałem się do Informacji. Najwidocz-niej sama pytała o naszą odpowiedniość i stąd wie, że nie nadajemy się dla siebie. Zorientowała się, że mogę domy-ślić się jej małego sekretu i odeszła.
— Przypominam, że czeka na pana przyjaciel — powiedziała Opiekunka głosem staruszka.
Wezwana awionetka pojawiła się natychmiast, ale mimo to spóźniłem się do Romera o pół godziny.
— Chciałem już lecieć po pana — powiedział Pa-weł serdecznie mnie obejmując. — Informacja podała mi, że zamyślił się pan na jednym ze stołecznych placów. Do-kąd pójdziemy, mój młody nieszczęsny Odysie? Do obia-du mamy jeszcze około dwóch godzin, jeśli oczywiście nie chce się pan wcześniej czymś posilić.
Zachowywał się tak swobodnie, jak gdybyśmy się nigdy nie kłócili. Chętnie podtrzymywałem ten ton. Po sromotnej klęsce Romerowi było chyba nieprzyjemnie i wracać do naszych dawnych sporów. Spędziłem z Paw-łem dwie godziny i przekonałem się, że uważa swe da-wne poglądy za sprawę niebyłą, a nawet trochę z nich pok-piwa.
— Chodźmy na szczyt Pierścienia Centralnego, chcę stamtąd popatrzeć na Stolicę.
— Doskonale.
Jadąc na dach budynków, przyglądałem mu się ukradkiem. Wszyscy moi znajomi bardzo się zmienili i je-szcze nie przywykłem do ich nowego wyglądu.
— Dawno się nie widzieliśmy — powiedział Rome-ro z uśmiechem.
— Zaledwie dwa i pół roku.
— Nie, mój młody przyjacielu, całą epokę. Rozsta-liśmy się z jednym układem społecznym, powitaliśmy dru-gi. Rachubę czasu należy prowadzić według wydarzeń, a nie według godzin. Czas niczym nie wypełniony wydaje się krótki, natomiast naszpikowany faktami rozciąga się niepomiernie.
— Wydarzeń istotnie było wiele…
— Była rewolucja, przyjacielu. Wprawdzie władza nie przeszła w ręce innej klasy, jak to zdarzało się u przodków, ale tylko dlatego, że klasy nie istnieją. Nie zmniejsza to zresztą wagi dokonanego przewrotu.
— Nazywa pan to przewrotem?
— A pan uważa, że nie mam racji? Dotychczas ży-liśmy jedynie dla siebie, a teraz zanim Wielki zaaprobuje jakiekolwiek przedsięwzięcie, niewątpliwie korzystne dla ludzkości, będzie tydzień zastanawiał się, czy nie przynie-sie ono szkody któremuś z gwiezdnych narodów. — Zro-zumiałem od razu, że nie tyle usiłuje sprowokować mnie do sporu, ile stara się wyrzucić z siebie nagromadzoną go-rycz.
— Nazwałbym to inaczej, Pawle. Po prostu ludz-kość tak się rozwinęła, że do wszystkich jej dotychczaso-wych potrzeb doszła i potrzeba pomocy innym narodom.
— Zostawmy ten temat — powiedział. — Nie za-mierzam nikogo przekonywać. A propos… Kiedy ostatnio Wielki Komputer doniósł o pańskich oszałamiających od-kryciach w Perseuszu, ja, podobnie jak pozostali ludzie, z czystym sumieniem głosowałem za projektem pozbawie-nia Ziemi resztek samodzielności.
Rozmowa ta odbywała się już na dachu setnego pię-tra Pierścienia Centralnego.
— Wieczne miasto — powiedziałem wskazując na rozpościerającą się u naszych stóp Stolicę. — Będzie stało jeszcze w tysiąc lat po naszej śmierci jako pomnik naszych idei i dokonań.
— Umierające miasto — odparł Romero. — Jedy-ne miasto na Ziemi, które zaczęło umierać już przed swy-mi narodzinami.
Wiedziałem, że dla zgrabnego kalamburu Romero gotów jest nie szczędzić niczego, ale jego opinia o mym rodzinnym mieście do głębi mnie oburzyła.
— Nie zna pan historii Stolicy? — zdziwił się Paweł.
— Wiem tylko, że było to pierwsze miasto zwycięs-kiego komunizmu.
— W historii Stolicy jest to oczywiście najbardziej istotne. Ale poza sprawami zasadniczymi każda wiedza obfituje w interesujące drobiazgi. O jednym z takich dro-biażdżków chciałbym opowiedzieć, jeśli pan pozwoli. Wkrótce po zjednoczeniu ludzkości — zaczął Paweł — rozpoczęto poszukiwania wszystkich wybitnych idei, które utalentowani ludzie wymyślili w epoce rozbicia klasowego i których wówczas nie można było urzeczywistnić. Chodzi-ło tu o projekty maszyn, przekształcenia przyrody, wiel-kich robót budowlanych, a wśród nich wielkich zamysłów architektonicznych. Ktoś odkrył album rysunków dawno już wówczas nieżyjącego Borysa Landa, architekta pro-jektującego domy mieszkalne, hale sportowe i stadio-ny. Borys byt najwidoczniej jednym z tych, których w owej epoce nazywano „utalentowanymi pechowcami”. Dniem opracowywał rysunki standardowych pomieszczeń mieszkalnych, a nocą wznosił na papierze niemożliwe do realizacji miasta. Wśród jego wspaniałych fantazji znala-zło się również miasto na dwieście tysięcy mieszkańców — jeden wysokościowy dom otoczony parkiem… Dom-mia-sto mógł być łatwo wzniesiony za pomocą środków, jakimi dysponował pierwszy wiek komunizmu. I choć już wtedy było oczywiste, że miasta-giganty przeżyły się, ludzkość postanowiła wznieść Stolicę, miasto-pomnik i miasto pra-cujące, ostatnie ze skoncentrowanych osiedli ziemskich, dające mieszkańcom wszystkie wygody, jakie tylko mogli sobie wymarzyć. Wewnątrz pierścieniowych gmachów roz-mieszczono fabryki i magazyny oraz miejskie trasy komu-nikacyjne. Na zewnątrz powstały tarasowe masywy miesz-kalne poprzedzielane zgodnie z projektem parkami. Zale-ty projektu wkrótce stały się jego wadami.
Najpierw zbędne okazały się wspaniałe autostrady biegnące wewnątrz każdego budynku co dwadzieścia pię-ter. Zjawiły się centralne maszyny bezpieczeństwa i Opie-kunki, obumarły więc trolejbusy i elektromobile. Nikt nie chciał wlec się po szosie, skoro całkowicie bezpiecznie mógł latać w powietrzu. Życie i ruch, ukryte w luksuso-wych niczym pałace tunelach, znów wyrwały się na zew-nątrz.
Następnie przyszła kolej na fabryki. Zautomatyzo-wano je do tego stopnia, że przy całych kilometrach linii produkcyjnych trudno było spotkać jednego człowieka. Budując zakłady produkcyjne wewnątrz gmachów miesz-kalnych, zamierzano skrócić drogę robotnika do pracy. Ale skoro robotnik przestał być potrzebny, fabryki w po-bliżu mieszkań straciły rację bytu. Zautomatyzowane, bez-ludne wytwórnie zaczęto budować na pustyniach. Nie-które ze zwolnionych pomieszczeń Stolicy zajęły instytuty naukowe, w innych urządzono zimowe ogrody i parki — ulubione miejsca odpoczynku i staruszków, i dzieci. Ale wszystkich pomieszczeń nie zdołano zagospodarować. Stolica zieje kawernami. Trzech czwartych jej kubatury nie można spożytkować. Stało się oczywiste, że idea kon-centracji wielkiej liczby ludzi na niewielkiej powierzchni przeżyła się ostatecznie.
W pierwszym miesiącu rekrutacji ochotników na nowe budowy kosmiczne opuściło Stolicę trzy czwarte jej mieszkańców — zakończył Romero. — Na razie jest to je-szcze wielka metropolia. Wkrótce stanie się pustym miej-scem, a jeszcze po jakimś czasie — miastem niepotrze-bnym…
Zatrzymaliśmy się przy barierze. W dole, między Aleją Wielkich Przodków a Aleją Zieloną rozpościerał się rozległy park. Z purpury więdnących klonów, lip i dębów tryskał w górę łańcuch górski Pierścienia Wewnętrznego. Stolica była nie tylko wielkim miastem. Była pięknym, najpiękniejszym z miast zbudowanych kiedykolwiek przez ludzi.