Dalekie szlaki [Галактическая разведка - pl]
- Автор: Снегов Сергей Александрович
- Серия: Ludzie jak bogowie #1
- Год: 1972
- Язык: польский
- Год: Iskry
- Переводчик: Tadeusz Gosk
- Жанр: Космическая фантастика
Электронная книга - «Dalekie szlaki [Галактическая разведка - pl]». Краткое содержание книги:
— Ma pan rację, mój drogi przyjacielu — odparł Romero dawnym ironicznym tonem. — W naszych czasach serca kobiety nie zdobywa się pięściami. Poza tym zapomniałem, że czekają na mnie goście. Najwidoczniej upiłem się, bo tak samo jak i pan po raz pierwszy spróbowałem starego wina. Życzę dobrych snów.
Odwracając się stracił równowagę. Podtrzymałem go. Dumnym gestem odsunął moją rękę.
— Stój! — powiedziałem wściekłym głosem. Czy nie czas porozmawiać jak przyjaciel z przyjacielem? Dlaczego jesteś tutaj, a nie na Orze?
— Dziwne pytanie — odparł wzruszając ramionami. — Zdaje się zapomniał pan, że tam jest Wiera.
— No to co?
— Przecenia pan moją wytrzymałość nerwową, przyjacielu — warknął Romero. — Z Wierą nic nas nie łączy. Gdyby pan wiedział, jak bardzo pokłóciliśmy się jeszcze wtedy, na statku…
— Widziałem waszą kłótnię, włączyłem się przypadkowo, ale wszystko widziałem.
— A więc widział pan, jak mnie z zimną krwią wygnała? Pańskim zdaniem to można znieść?…
— Głupcze! Po pańskim wyjściu Wiera płakała jak szalona… Pawle, na Plutona codziennie startują trzy ekspresy, zdążysz jeszcze na nocny.
— Zastanowię się — odpowiedział. — A teraz muszę wracać do gości.
Popatrzyłem za nim. Szedł szybko i lekko, jakby wcale nie był pijany.
13
Rankiem obudził mnie Albert. Jego uśmiechnięta twarz promieniała w wideokolumnie.
— Proszę się ocknąć! — krzyczał mój pomocnik. Jak samopoczucie po wczorajszej wyprawie? Mary i ja czujemy się doskonale. Dziewczyna pozdrawia pana… Proszę się wreszcie obudzić!
— Co się stało? — zapytałem zrywając się na równe nogi. — Skąd taki pośpiech?
— Czyżby pan zapomniał, że dziś uruchamiamy łączność z Orą? Jestem już na Saharze. Kogo z pańskich przyjaciół zaprosić?
— Żannę i Mary. Zresztą już je zaprosiłem. — A nasz wczorajszy gospodarz Romero? — Myślę, że jest w drodze na Plutom.
Szybko ubrałem się i poleciałem na dworzec aerobusów kursujących na Saharę.
Wszystko było już przygotowane do uruchomienia łączności. Z naszej strony miała pracować SFP-3, na Orze zaś wysłana tam uprzednio SFP-2.
Gości było niewielu, a wśród nich Żanna. Zaprowadziłem ją do sali i usiadłem obok niej. Prosiła mnie, abym w czasie prób zademonstrował okolice, w których toczyły się starcia ze Zływrogami. Obiecałem jej to.
Później przyszła Mary i z uśmiechem uścisnęła mi rękę.
— Co pan zrobił z Romerem, Eli? Wie pan, że zaraz po zakończeniu święta Paweł odleciał na Orę?
— Martwi to panią?
— Czy wyglądam na zmartwioną? Pan zdaje się myślał, że jestem w nim zadurzona?
— No cóż, cieszę się, że się myliłem — odparłem. Stację miał uruchomić Albert, który zasiadł w specjalnej kabinie zainstalowanej w sali poza naszymi plecami. Przed nami ciemniała obszerna skrzynia podobna do głębokiej sceny teatralnej — sześcian odbiorczy stacji.
— Fala w przestrzeni — powiedział Albert punktualnie o dwunastej.
Wszystko odbyło się bez żadnych efektów zewnętrznych: Ziemia nie zatrzęsła się i nawet fotele nie drgnęły. Ale każdy z nas wiedział, że w przestrzeń kosmiczną pomknął strumień energii o nie znanej dotąd mocy i koncentracji, zdolny w innej postaci rozpylić bez śladu dowolne ciało niebieskie. Gdyby nasze wysiłki doprowadziły jedynie do sterowanej emisji takich ogromnych strumieni energii, to i tak byłby to wielki sukces.
— Gwiazdolot w wiązce — zameldował po kilku minutach automat. — Na połowie drogi do Ory.
W sześcianie odbiorczym płynął samotny, ciemny punkcik, który po chwili zniknął.
— W wiązce Ora! — krzyknął Albert wyprzedzając automat.
Ora leciała ku nam, szybko zwiększając się w mgiełce stereoprzestrzeni odbiorczej. Widzieliśmy na razie nasze impulsy odbite od powierzchni sztucznej planety. Później włączył się jej własny nadajnik. Ujrzeliśmy Salę Gwiezdną wypełnioną tłumem ludzi, a wśród nich Wierę, Olgę, Allana i Marcina Spychalskiego.
Spychalski odchrząknął i powiedział uroczystym tonem:
— Rozpoczynamy pierwszy seans dalekosiężnej łączności galaktycznej. Meldujemy: znaleźliśmy się w waszej wiązce.
Odpowiedziałem w imieniu wszystkich znajdujących się na saharyjskiej stacji i wszystkich, którzy nas w owej chwili słuchali i oglądali na Ziemi:
— Ziemia gorąco wita was i pozdrawia!
Spychalski zameldował, że urządzenie SFP-2 zostało już wcześniej wypróbowane i w łączności ze statkami w locie, i pobliskimi gwiazdami. Później przeszedł do spraw bieżących:
— Potrzebujemy jeszcze co najmniej ze dwadzieścia Gwiezdnych Pługów, aby przyspieszyć syntezę materii dla nowych planet i polepszyć komunikację w naszym rejonie. Albert nieoczekiwanie zwrócił się do mnie:
— Uruchomiliśmy jeszcze jeden kanał łączności z Orą. Tamtejsza stacja zgłasza pilną rozmowę z panem. Gdzie zogniskować obraz?
Spojrzałem nań ze zdziwieniem i powiedziałem spokojnie:
— Nie mam żadnych tajemnic, proszę więc zogniskować w zwykłą wideokolumnę.
W wideokolumnie zobaczyłem inżyniera z Ory, który pozdrowił mnie i zakomunikował, że przełącza kanał na Wegę. „Tylko trzy minuty — uprzedził. — Niestety na więcej nie starcza nam energii!” A później ukazała się Fiola.
Stała wraz z przyjaciółmi w mrocznym parku, do którego nawet w południe nie przenikał promyk światła. — Fiolo! — krzyknąłem zachwycony i wyciągnąłem ku niej ręce.
— Witaj, Eli! — śpiewała dziewczyna. — Widzę cię na dalekiej Ziemi. Wyglądasz wspaniale, choć wiem, że byłeś chory. Jak się czujesz?
— Cudownie! — zawołałem. — A ty?
— Też wspaniale. Chciałabym cię zobaczyć, przyjedź do mnie!
Trzy minuty dobiegały końca i zdążyłem tylko krzyknąć, że na pewno przyjadę. Kiedy Fiola wyłączyła się, Mary powiedziała zimnym tonem:
— Pańska przyjaciółka jest bezsprzecznie malownicza, ale wygląd ma niezbyt ludzki. Kiedy pan będzie na Wedze, proszę przekazać swojej wężycy ukłony od ziemskich dziewcząt.
Roześmiałem się głośno. Mary popatrzyła na mnie z oburzeniem. Zamierzała powiedzieć coś bardzo złośliwego, ale wtedy w przestrzeni odbiorczej pojawiła się Wiera.
— Kończymy przygotowania do wyprawy — powiedziała siostra. — Już prawie na wszystkich statkach zainstalowano lokatory fal przestrzennych. Meldujemy Wielkiej Radzie, że Flota Galaktyczna czeka na rozkaz startu w kierunku Perseusza.
Potem zwróciła się do mnie:
— Na ciebie też czekamy, bracie.
— Już niedługo — odparłem. — Już niedługo. Albert wyłączył Orę. Pierwsza łączność była z konieczności krótka i nieco odświętna. Teraz trzeba było sprawdzić, jak daleko sięgają fale naszego urządzenia.
— Kieruję wiązkę na Hiady — powiedział Albert. Ukazywały się nam kolejno układy planetarne gromady gwiezdnej, odległej o sto dwadzieścia lat świetlnych. Mimochodem zobaczyliśmy też cztery nasze statki znajdujące się w tym rejonie przestrzeni kosmicznej. Później Albert przesunął wiązkę i zwiększył moc nadajnika. W stereoprzestrzeni odbiorczej zapłonęły gwiazdy w Plejadach.
— To zdarzyło się tam — zwróciłem się do Żanny. Plejady były puste. W przestrzeni nie było ani jednego statku. Wspaniała gromada gwiezdna była pusta. Centrum skupiska, gdzie rozegrała się bitwa naszej eskadry z flotyllą gwiezdną wroga, nie wykazywało najmniejszych przejawów życia. Żanna cicho płakała nie wycierając płynących łez, aby nie stracić z oczu planet majaczących w stereoprzestrzeni. Nie pocieszałem jej, gdyż mnie samego ogarnęło silne wzruszenie.