Dalekie szlaki [Галактическая разведка - pl]
- Автор: Снегов Сергей Александрович
- Серия: Ludzie jak bogowie #1
- Год: 1972
- Язык: польский
- Год: Iskry
- Переводчик: Tadeusz Gosk
- Жанр: Космическая фантастика
Электронная книга - «Dalekie szlaki [Галактическая разведка - pl]». Краткое содержание книги:
— Przed zniknięciem, Żanno. Andre nie zginął, lecz został porwany. Dlatego właśnie wołał mnie, a nie ciebie. Znalazł się wprawdzie w niebezpieczeństwie, ale śmierć mu nie groziła i nie zamierzał się z tobą żegnać.
— Czemu tak sądzisz?
Widziałem, że mi nie wierzy. Nikt prócz mnie nie wierzy, że Andre żyje. Z innymi mogłem się liczyć, ale ją musiałem przekonać.
— Właśnie dlatego. Żył, kiedy go już całkowicie spętali. Romero pewnie ci mówił, że słyszeliśmy jego wołanie o pomoc, zupełnie już go nie widząc?
— Tak, mówił. Romero uważa, iż Andre nie żyje. — Posłuchaj teraz mnie, a nie Romera. Gdyby Niszczyciele chcieli Andre zabić, nie walczyliby z nim, starając się wziąć żywcem. Ma dla nich nieocenioną wartość jako jedyny przedstawiciel najpotężniejszych w ich historii wrogów: Co im da unicestwienie pojedynczego człowieka? Jestem przekonany, że oni lepiej dbają o jego zdrowie, niż ty sama potrafiłabyś to zrobić!
— Zniszczyliście cztery krążowniki przeciwnika. Andre mógł być na każdym z nich.
— Andre nie mogło być na żadnym z nich, bo chociaż Niszczyciele byli wówczas jeszcze bardzo pewni siebie, z pewnością nie narażali jeńca na przypadkowe niebezpieczeństwo, jakie zawsze może grozić w czasie walki. Mogli liczyć na zwycięstwo, ale nie na to, że nie poniosą żadnych strat, i na pewno natychmiast po wzięciu do niewoli umieścili Andre w bezpiecznym miejscu.
— Mówisz tak, jakbyś to wszystko widział na własne oczy.
— Po prostu sam bym tak postąpił, a nie mam podstaw sądzić, że wrogowie są głupsi od nas.
Żanna zamyśliła się. Obudziłem w niej nadzieję, z którą nie chciała się już rozstawać, lękając się równocześnie, że nadzieja się nie spełni.
Nagle powiedziała:
— A czy za śmiercią Andre nie przemawia to, że niczego nie… Rozumiesz mnie, Eli! Romero uważa, że wrogowie starali się wydobyć z niego nasze tajemnice, ale najwyraźniej niczego się nie dowiedzieli… To przecież prawda?
Ogarnęła mnie wściekłość. Chwyciłem przestraszoną Żannę za ramiona i zajrzałem jej w oczy.
— Kochałaś Andre — powiedziałem dobitnym szeptem. — Znałaś go lepiej od nas wszystkich, Żanno! Jak śmiesz tak o nim mówić? Czyżbyś była na tyle ślepa, że nie rozumiałaś własnego męża?
Żanna znów się rozpłakała. Nie mogłem i nie chciałem jej pocieszać, bo to byłoby potwierdzeniem tego, że Andre nie żyje. Chodziłem po pokoju i samemu chciało mi się płakać.
Opanowawszy się Żanna powiedziała:
— To wszystko jest tak okropnie trudne, Eli. Gdyby nie Oleg, nie potrafiłabym znieść takiego nieszczęścia. Zastanawiałam się już poważnie nad tym, czy warto żyć, skoro Andre zginął.
— Został porwany, Żanno!
— Tak, został porwany. Czyżbym powiedziała inaczej? Ale jeśli Andre żyje, to czy istnieje najmniejsza nawet szansa wyzwolenia go z niewoli? Wkrótce do Perseusza uda się nowa wyprawa Floty Galaktycznej. Sądzisz, że Andre uda się uratować?
— W każdym razie będziemy próbować. Jedno mogę ci obiecać: nie wrócimy z Perseusza, zanim nie zbadamy każdej, nawet najmniejszej planetki, nie przeszukawszy jej cal po calu.
Wstała. — Muszę już wracać z Olegiem do domu. Dziękuję ci! Dziękuję! Zawsze byłeś serdecznym przyjacielem Andre, czasami nawet byłam o ciebie zazdrosna. Ale teraz, po jego śmierci…
— Porwaniu — powiedziałem z pasją w głosie. Andre został porwany!
Spojrzała na mnie z przestrachem.
— Nie poznaję cię. Sądziłam początkowo, że to z powodu choroby tak się zmieniłeś. Ale to coś innego. Trochę się ciebie boję.
Uśmiechnąłem się z wysiłkiem.
— Niepotrzebnie. Przyjaciele nie muszą się mnie lękać.
8
Po wyjściu gości zostaliśmy we dwoje z Wierą. Siedziałem w jej pokoju, a siostra chodziła od drzwi do okna i z powrotem. Pamiętałem jeszcze z dzieciństwa, że potrafiła tak spacerować godzinami, zatrzymując się czasami przy oknie i patrząc w milczeniu na miasto. Tak było i teraz. Wszystko pozostało po staremu.
A jednak wszystko się zmieniło. Zmieniła się Wiera, zmieniłem się ja. Trzy lata temu odkryłem ze zdumieniem, że siostra wcale nie jest starą kobietą, jaką mi się zawsze wydawała, lecz młodą dziewczyną, nieco tylko starszą ode mnie. Dziś zobaczyłem, że Wiera osiągnęła wiek dla kobiety przełomowy: rozkwit bezpośrednio poprzedzający powolne więdnięcie. Te trzy ubiegłe lata musiały ją wiele kosztować.
— Wiero — zapytałem — nie pogodziłaś się z Pawłem?
— Nie kłóciliśmy się przecież, po prostu zrozumieliśmy, że jesteśmy sobie obcy…
— Jeśli dobrze pamiętam, Romero nie chciał zerwania.
— A czyż ja chciałam? Zerwanie nastąpiło niezależnie od naszych pragnień.
— Bolejesz nad tym?
— Byłoby mi trudniej, gdybym utrzymywała znajomość z człowiekiem, który stał mi się obcy.
— A Paweł? Czy nadal cię kocha?
— Kocha, kocha!… Romero kocha przede wszystkim siebie. Jestem przekonana, że cierpi tylko z powodu urażonej dumy, a zrujnowana miłość nic go nie obchodzi.
— No cóż, Romero jest istotnie dumny…
— Pomówmy lepiej o czymś innym — powiedziała Wiera. — Wielki Komputer tak zinterpretował twój plan: najpierw trzeba zmienić Ziemię w gigantyczny nadajnik fal przestrzennych, a dopiero później rozpoczynać poważne batalie.
— Zupełnie słusznie.
— Zbudowaliśmy wielką Flotę Galaktyczną — powiedziała w zadumie Wiera. — Widziałeś statki na Plutonie. Każdy z nich jest silniejszy od całej eskadry „Pożeraczy Przestrzeni”. Zapadła już decyzja wysłania tej floty do Perseusza. Teraz, w związku z realizacją twego planu, wyprawa zostanie na pewien czas wstrzymana.
— Nie wstrzymana, lecz po prostu odpowiednio przygotowana. Czekają nas gigantyczne bitwy, których skali nawet po powrocie z Perseusza nie potrafimy sobie wyobrazić. Nie zapominaj, że przeciwnicy znają teraz naszą potęgę i nie zasypiają gruszek w popiele!
— Dlatego wszyscy tak gorąco cię poparli — zauważyła Wiera. — Doskonale zaprojektowałeś wojnę, a teraz trzeba zaplanować pokój.
— To jedno i to samo, Wiero. Wojna kończy się zwycięstwem, a zwycięstwo jest początkiem pokoju.
— Mylisz się, to są różne rzeczy.
— Wytłumacz mi, bo nie rozumiem…
— Widzisz, wojna nie rozwiązuje wszystkich problemów.
— Twoim zdaniem pokonanie wrogów, starcie na pył ich potęgi wojskowej nie stanowi rozwiązania problemu?
— To tylko początek rozwiązania, jego punkt wyjściowy, nic więcej. Prawdziwym sukcesem będzie dopiero wprowadzenie naszych przeciwników na tory życia pokojowego.
Popatrzyłem na siostrę z niedowierzaniem.
— Zwariowałaś?! Istotnie spodziewasz się, że rozmowy pokojowe z tymi piekielnymi istotami dadzą jakiekolwiek rezultaty?
— Gdybym nie miała nadziei na pokojowe rozwiązanie konfliktu, nie głosowałabym za budową floty wojennej. Nie gorzej od ciebie rozumiem, że perswazjami nic się nic wskóra. Trzeba ich pokonać.
— I wszystkich wyniszczyć.
— To po prostu niemożliwe. Nie można przecież mieć pewności, że pojedyncze statki Niszczycieli, zawczasu lub po bitwie, nie uciekną do innych galaktyk i tam wrogowie nie udoskonalą się tak dalece, że prześcigną ludzi jak niegdyś prześcignęli Galaktów. Nie możesz też zaręczyć, że już teraz gdzieś w odległych rejonach gwiezdnych nie ma ich kolonii. W samej tylko naszej Galaktyce jest sto pięćdziesiąt miliardów gwiazd, a poza jej granicami istnieje niezliczone mrowie innych galaktyk. Nie można ich przecież wszystkich zbadać pokolei!… Czy możesz zagwarantować, że nasi wrogowie tam nie dotarli?