Dalekie szlaki [Галактическая разведка - pl]
- Автор: Снегов Сергей Александрович
- Серия: Ludzie jak bogowie #1
- Год: 1972
- Язык: польский
- Год: Iskry
- Переводчик: Tadeusz Gosk
- Жанр: Космическая фантастика
Электронная книга - «Dalekie szlaki [Галактическая разведка - pl]». Краткое содержание книги:
— Chociaż sprawa jest aż nazbyt prosta — wrzeszczał Allan — bałaganu i tam nie brakuje. U nas tak zawsze. Najpierw całymi miesiącami nie możemy podjąć decyzji, a potem zaczyna się popłoch i szturmowszczyzna: Gwiezdne Pługi chodzą z maksymalnymi- prędkościami, przestrzeń kosmiczna trzeszczy w szwach, na każdym kroku obłoczki pyłowe! Niby określono granice, niby wydano instrukcje, ale włażą ludziska do rezerwatów, jakby już pustki zabrakło. Na gwiezdnych trasach dzieją się okropne rzeczy! W drodze na Orę nasz „Sternik” o mało nie wleciał do obszaru kompleksowego zniszczenia: przed nami rozpadała się jakaś zbędna gwiazda z kategorii czarnych karłów, a po bokach przestrzeń zamieniano na pierwotny pył budowlany. Nie wiadomo którędy lecieć. Minął czas romantyki międzygwiezdnej. Jeśli tak dalej pójdzie, przestanę latać i pójdę budować planety.
Popatrzył na nas roześmianymi oczami i zakończył: Tak wyglądają nasze ziemskie sprawy, braciszkowie teraz mówcie, co wieziecie ze sobą z Perseusza?
— Zaraz ci pokażemy na stereoekranie coś ciekawego — odparł Leonid.
Kiedy Leonid przygotowywał pokaz, zwróciłem się do Olgi:
— Czemu spoglądałaś na mnie co chwila w czasie opowiadania Allana o Ziemi? Patrzyłaś na mnie, jakbyś była czymś zaskoczona.
— Dziś się śmiałeś — odpowiedziała. — Śmiałeś się po raz pierwszy od dwóch lat, Eli!
— No i cóż z tego? Spodobało ci się to, czy przeraziło?
— Sama nie wiem. Zdumiałam się. Zobaczyłam nagle, że bardzo się zmieniłeś.
5
Na Orze przeniosłem się z „Pożeracza Przestrzeni”, który oddano do dyspozycji Spychalskiego, na „Sternika” odlatującego na Ziemię. Leciałem sam, bo załoga „Pożeracza Przestrzeni” musiała jakiś czas pozostać na Orze, aby przekazać gwiazdolot nowemu dowódcy.
Jeszcze przed startem „Sternika” na Ziemię pomknął kurier z wiadomością o naszym powrocie z Perseusza.
W trakcie mojej wielomiesięcznej choroby na statku zbudowano trzy urządzenia do generacji i odbioru fal przestrzeni, niewiele różniące się od tego, które takie usługi oddało nam w gwiezdnym skupisku. Nazwaliśmy te mechanizmy SFP-1, to znaczy stacja fal przestrzennych model pierwszy. Jedną SFP-1 przekazaliśmy Spychalskiemu, drugą przeznaczyliśmy dla Plutona, ostatnią natomiast wraz ze wszystkimi notatkami i obliczeniami, wykonanymi w czasie rejsu, zabrałem ze sobą, aby poddać je kontroli na wielkich maszynach.
Trudno mi opisać zachwyt Spychalskiego, kiedy dowiedział się, do czego służy to urządzenie. Trzeba, podobnie jak on, całe życie strawić na lotach bez widoczności, a potem nieoczekiwanie zyskać wzrok, aby zrozumieć jego stan. Staruszek rozpłakał się obejmując nas wszystkich po kolei.
Do mnie powiedział:
— Panu podziękuję osobno. Proszę przyjąć w rewanżu malutki prezencik. Sympatyczny, prawda? Podarkiem okazała się taśma z zapisem listu Fioli.
Poszedłem do swego pokoju, aby w samotności przeżyć spotkanie z dziewczyną. Przeszłość ogarnęła mnie z taką siłą, że na moment wydała mi się ważniejsza od teraźniejszości. Fiola, rozświetlona i piękna, zapłonęła w półmroku tajemniczych lasów planety krążącej wokół białej Wegi. To była Fiola u siebie w domu, nie pośród cudów stworzonych przez człowieka, lecz u siebie! „Eli, mój Eli! — śpiewała i jarzyła się Fiola. — Czekam, obiecałeś przyjechać, chcę cię zobaczyć!” Zrobiło mi się smutno, że nie mogłem udać się do niej, ale cieszyłem się, że mnie chce zobaczyć. Później schowałem taśmę, aby często jej nie wyjmować. Musiałem myśleć o Ziemi, a nie o Wedze. W całym Wszechświecie istniało dla mnie jedno tylko pociągające miejsce — maleńka i potężna Ziemia, prawdziwy, a nie geometryczny środek świata. Tęskniłem do niej i bałem się jej. Nie byłem pewien, czy zechce być tym, w co ją chcę zmienić.
Napisałem odpowiedź na list Fioli i przekazałem Spychalskiemu, który obiecał przesłać ją dziewczynie z pierwszym kurierem, jaki poleci do gwiazdozbioru Lutni.
— A sam pan przypadkiem nie zechce się przespacerować na Wegę? — zapytał z uśmiechem. — Niezła gwiazdka.
— Nie — odparłem. — Muszę lecieć na Ziemię.
— Tak, oczywiście. Powinien się pan podleczyć, a gdzie to można zrobić lepiej niż na staruszce Ziemi?
On też zupełnie mnie nie rozumiał! Następnego ranka wystartowaliśmy na Ziemię.
6
Nie mogę sobie teraz przypomnieć tygodnia spędzonego na pokładzie „Sternika”. Allan należy do tego gatunku astronautów, którzy powierzając sterowanie automatom nie odchodzą od nich na krok. Spotykałem go tylko w jadalni. Godzinami siedziałem na fotelu ustawionym w parku i drzemałem.
Na Plutonie zatrzymałem się dwa dni.
Nie poznałem planety: w starym projekcie planowaliśmy wspaniałą atmosferę nie gorszą od ziemskiej, rozległe lasy, nawet ocean. Atmosferę zdążono wytworzyć, sady i parki zasadzono, ale oceanu nie było, gdyż na jego miejscu rozciągały się zautomatyzowane hale produkcyjne, bezludne fabryki, całe setki i tysiące kilometrów fabryk…
Nazywaliśmy Plutona pracowitą planetką. Dziś należałoby go nazwać „huczącą planetą”. Łoskot rozlegał się wzdłuż równika i pod biegunami, w głębi skał i w stratosferze. Wszędzie panował taki harmider, jaki nie zdarza się nawet w czasie trzęsienia ziemi.
— To się nazywa rozmach, co? — krzyknął do mnie Allan, z którym wybrałem się awionetką na oblot globu. — Przyznaj się, że nie oczekiwałeś czegoś podobnego!…
— Oczywiście, że nie.
— Główne warsztaty Sojuszu Gwiezdnego…
Chcesz zobaczyć nowe gwiazdoloty?
— Naturalnie.
— Statki są na Biegunie Południowym, w magazynie wyrobów gotowych. Surowce wyładowuje się na Biegunie Północnym, skąd rozsyła się je po całej planecie do fabryk, a potem już w postaci gotowych gwiazdolotów trafiają właśnie na Biegun Południowy.