Dalekie szlaki [Галактическая разведка - pl]
- Автор: Снегов Сергей Александрович
- Серия: Ludzie jak bogowie #1
- Год: 1972
- Язык: польский
- Год: Iskry
- Переводчик: Tadeusz Gosk
- Жанр: Космическая фантастика
Электронная книга - «Dalekie szlaki [Галактическая разведка - pl]». Краткое содержание книги:
Chmury śniegowe jak zwykle przygotowano zawczasu nad północnym akwenem Oceanu Spokojnego. Z ciekawości poleciałem tam rakietą dalekiego zasięgu, a na Kamczatce przesiadłem się do awionetki. Opiekunka uprzedziła mnie, że trzeba się ciepło ubrać, ale zlekceważyłem jej radę, czego później żałowałem. W chmurach było piekielnie zimno. Nie wiedziałem przedtem, że chmury śniegowe składają się z drobniutkich kryształków lodu, które później rosną i zamieniają się w gotowe śnieżynki.
Zaprosiłem Alberta na Święto Pierwszego Śniegu za zgodą Mary i Romera. Gdy zjawiłem się przy pomniku Krowy, Albert już siedział na jego stopniach i coś liczył.
— Nasi przyjaciele spóźniają się — powiedział do mnie i znów pogrążył się w obliczeniach.
Usiadłem obok niego. To miejsce przed Panteonem jest ulubionym miejscem spotkań. Z niskiego cokołu wykonanego z czerwonej granitowej bryły wpatrywał się we mnie wypukłymi oczyma posąg rogatej krowy. Po raz chyba tysięczny przeczytałem napis, który nie wiadomo dlaczego zawsze mnie rozczula: „Swojej karmicielce wdzięczna ludzkość”. Nikt już od dawna nie pije krowiego mleka, ale człowiek nie zapomina o swej przeszłości.
Nad kamienną czerwono-czarną krową niespiesznie przesuwały się chmury, zwykłe jeszcze, nie świąteczne. Kasztanowce i klony stały obnażone, jedynie wysokie piramidalne dęby nie chciały rozstać się z porudziałym listowiem. Ochłodziło się i na kałużach zaczęły się tworzyć skorupki lodu.
Na placu wylądowała awionetka Romera. Kabina pojazdu była zastawiona pakunkami i zawiniątkami. Paweł pomachał nam ręką.
— Mary jeszcze nie ma? To nic, zaraz ją sprowadzę.
Tymczasem wylądowało jeszcze kilka awionetek z przyjaciółmi Romera. Pawła ciągle nie było. Wreszcie ukazała się jego awionetka poprzedzająca pojazd Mary.
Mary, nie patrząc na mnie, powiedziała gniewnie: — Nie spełnia pan obietnic, Eli. Jeśli się przyjęło zaproszenie, należałoby wstąpić po mnie.
— Sądziłem, że zrobi to Paweł i okazało się, iż miałem rację…
Tak mnie zmroziła swoim zachowaniem, że zaczynałem się już zastanawiać, czy aby nie zrezygnować z wycieczki. Gdyby nie Albert, zrobiłbym to na pewno.
Polecieliśmy na północ. Romero kierował się ku łukowi rzeki, która tworzyła w tym miejscu zarośnięty drzewami półwysep. Wylądowaliśmy na polance.
— Zaczynajmy! — powiedział Romero. — Śnieg zacznie padać o szesnastej, czyli za cztery godziny. Zużyjemy ten czas na rozpalenie ogniska i przygotowanie posiłku. Dziś wielu z was prawdopodobnie po raz pierwszy w życiu skosztuje jadła i napojów, których nie sporządziły automaty.
Niepraktyczny zwykle Romero energicznie komenderował uczestnikami wycieczki. Ja wraz z Albertem zbierałem chrust, inni mężczyźni oczyszczali miejsce pod ognisko, a kobiety rozpakowywały zawiniątka i wydobywały z nich niezwykłe nakrycia — porcelanowe talerze, metalowe noże i widelce, kryształowe kieliszki i obrusy z dziwnej tkaniny.
— Gdzie pan zdobył takie starocie, Pawle? — zapytałem.
— W muzeum.
— Mam nadzieję, że pokarm nie pochodzi z muzeum? Nie miałbym ochoty jeść kotletów przygotowanych pięćset lat temu!
— Proszę się nie obawiać. Z muzeum pochodzą jedynie wina, choć i one nie liczą Sobie pięciuset lat. Przodkowie uważali, że wino im starsze, tym lepsze. Sprawdzimy, czy mieli rację. Poza tym poczęstuję was szaszłykiem z prawdziwego jagnięcia, które jeszcze wczoraj biegało po muzealnym parku!…
Za kwadrans czwarta Romero rozdał kieliszki i zaczął otwierać butelki. Korki skamieniały i zassały się w szyjkach tak, że trzeba je było po prostu utrącać. Wino wydzielało silny aromat na poły przyjemny, na poły odpychający.
Opiekunka przekazała każdemu uroczyste bicie zegara. Przysłuchując mu się w milczeniu, podnieśliśmy na sygnał Romera kielichy do góry.
— Zima idzie, przyjaciele! Za dobrą zimę!
Zaczął padać gęsty śnieg. Wypiliśmy wino. Nie mogę powiedzieć, aby mi smakowało. Było cierpkie i paliło w ustach niczym kwas. Skrzywiłem się i powiedziałem półgłosem do siedzącej w pobliżu Mary:
— Nie wiem, co nasi przodkowie jedli, ale pili paskudztwo!
Mary pracowicie żująca kawałeczek szaszłyka, nagle ze wstrętem wypluła go na ziemię:
— Jedzenie też jest obrzydliwe! Siedziałem patrząc w milczeniu na ogień.
— Źle się pan czuje? — zapytał z niepokojem Albert. — Chodźmy lepiej do domu. Mnie również znudziły się te smętne barbarzyńskie obrządki.
— Wcale nie mówiłem, że mi jest nudno — zaoponowałem z niezwykłym podnieceniem w głosie. — Ja przeżywam… rozterkę.
— W porządku, posiedźmy jeszcze trochę — zgodził się Albert. — Ale moim zdaniem później będzie jeszcze nudniej.
Zdrzemnąłem się. Obudził mnie śpiew siedzących przy ognisku ludzi. Popatrzyłem na tępe, pijane twarze mężczyzn i kobiet… Przeraziłem się. Chwyciłem Mary za rękę i krzyknąłem:
— Wstawaj! Idziemy stąd!
— Co się z panem dzieje? — zapytała z przestrachem. — Czyżby tak źle na pana podziałało wino? Eli, musi pan zażyć jakieś lekarstwo…
— Do diabła z lekarstwem! Idziemy do domu! Siadaj do awionetki!
Podskoczył do nas uradowany Albert.
— No, nareszcie zdecydowaliście się! Zuchy! Popędziliśmy do awionetek, gdzie dognał nas ciężko dyszący Paweł. Chwycił mnie za ramię i potrząsnął tak, że ledwie utrzymałem się na nogach.
— No, no — szarpnąłem się. — Uważaj!
— To tak! — syczał Romero. — To się kiedyś nazywało podrywaniem dziewczyn kolegom! A mnie, pańskim zdaniem nie należy pytać o zdanie?
— Nie należy — odparłem. — Przyszła mi natomiast do głowy inna myśl. — Obróciłem się ku Mary i Albertowi. — Lećcie do domu, a ja tu trochę jeszcze zostanę. Mam do pogadania z mym starym przyjacielem Pawłem.
— Nie pozwolę!… — zaczął Romero, ale stałem między nim a awionetkami, zamilkł więc wpatrując się w moją twarz. Ja także milczałem.
— Czekamy na pana! — krzyknęła Mary i odleciała. — Teraz możemy się nie krępować — powiedziałem, kiedy i awionetka Alberta zniknęła w padającym śniegu. — Jaki wniosek zamierza pan wyciągnąć z dzisiejszego wydarzenia, Pawle?
— Był kiedyś dobry zwyczaj — odparł Romero że kiedy między dwoma mężczyznami stanęła kobieta, konkurenci sami rozstrzygali swój spór… Pojmuje pan, Eli?… Godzę się na każdy wariant — szpady, pistolety, karabiny… Broń wypożyczymy z muzeum.
Popatrzyłem uważnie w jego rozwścieczoną twarz, starając się zorientować, czy nie żartuje. Był nieprzytomny z gniewu.
— Nie jestem takim miłośnikiem starożytności jak pan — odparłem. — Osobiście wolałbym pojedynek na anihilatory…
— Krótko mówiąc odmawia pan z tchórzostwa! rzucił mi wyniosłym tonem. — Mogę więc panu powiedzieć, że nikt jeszcze nie zdobył serca kobiety tchórzostwem.
— Tak? — spytałem, nacierając na niego ciałem. — Ma pan oczywiście większe doświadczenie, taki zdobywca serc… Ale czy nie przyszło ci, mężny rycerzu, do głowy, że mogę złapać za klapy i wybić szanowną osobą dziuplę w jednym z tych dębów?
Teraz on wpatrywał się w moją twarz, starając się dociec, jak daleko mogę się posunąć. Wreszcie odezwał się:
— No cóż, gołymi rękami też walczono. Wprawdzie nie jestem zwolennikiem neandertalskich metod, ale jeśli pan nalega…
— Nie — powiedziałem. — To pan nalega. Ja chcę spać, a pan nie pozwala mi wrócić do domu. Ale moja cierpliwość jest już na wyczerpaniu!