Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Космическая фантастика » Dalekie szlaki [Галактическая разведка - pl]
Dalekie szlaki [Галактическая разведка - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Dalekie szlaki [Галактическая разведка - pl]

Электронная книга - «Dalekie szlaki [Галактическая разведка - pl]». Краткое содержание книги:

Trafiamy oto na Ziemię dalekiej przyszłości. Nie wiemy dokładnie, który to rok, lecz „czytając między wierszami” przypuszczam, że akcja rozgrywa się w okolicach przełomu trzeciego i czwartego tysiąclecia. Ludzie osiągnęli technologiczne szczyty. Na Ziemi kontrolują pogodę, w kosmosie, dzięki silnikom wykorzystującym tzw. efekt Taniewa, poruszają się z prędkością wielokrotnie przewyższającą szybkość światła. Krótkodystansowa komunikacja odbywa się za pośrednictwem fal mózgowych, a na obiekty fizyczne wpływać można dzięki swobodnie generowanym polom siłowym. Uporano się ze wszystkimi wielkimi plagami ludzkości, takimi jak katastrofy naturalne, głód, choroby… I nie, nie ma żadnego „ale”. Homo sapiens osiągnął ostateczną formę dobrobytu oraz szczęścia na Ziemi i zajął się zaawansowaną eksploracją Wszechświata. Nawiązano kontakt z wieloma inteligentnymi rasami, ale żadna z nich nie dorównuje poziomem zaawansowania technicznego człowiekowi. Wygląda więc na to, że ludziom przypadła rola przodowników kosmosu. Do czasu… Na arenie międzygwiezdnych zdarzeń pojawiają się potężni i zagadkowi Galaktowie oraz złowrodzy Niszczyciele. Bohaterowie wyruszają na sztuczną planetę Orę, gdzie odbyć ma się wielka konferencja z udziałem wszystkich zjednoczonych pod przewodnictwem człowieka inteligentnych gatunków. Jej uczestnicy zadecydują, jakie kroki należy podjąć w związku z odkryciem nowych ras i na jakich zasadach spróbować nawiązać z nimi kontakt.
1 ... 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71
Перейти на страницу:

Chmury śniegowe jak zwykle przygotowano zawczasu nad północnym akwenem Oceanu Spokojnego. Z ciekawości poleciałem tam rakietą dalekiego zasięgu, a na Kamczatce przesiadłem się do awionetki. Opiekunka uprzedziła mnie, że trzeba się ciepło ubrać, ale zlekceważyłem jej radę, czego później żałowałem. W chmurach było piekielnie zimno. Nie wiedziałem przedtem, że chmury śniegowe składają się z drobniutkich kryształków lodu, które później rosną i zamieniają się w gotowe śnieżynki.

Zaprosiłem Alberta na Święto Pierwszego Śniegu za zgodą Mary i Romera. Gdy zjawiłem się przy pomniku Krowy, Albert już siedział na jego stopniach i coś liczył.

— Nasi przyjaciele spóźniają się — powiedział do mnie i znów pogrążył się w obliczeniach.

Usiadłem obok niego. To miejsce przed Panteonem jest ulubionym miejscem spotkań. Z niskiego cokołu wykonanego z czerwonej granitowej bryły wpatrywał się we mnie wypukłymi oczyma posąg rogatej krowy. Po raz chyba tysięczny przeczytałem napis, który nie wiadomo dlaczego zawsze mnie rozczula: „Swojej karmicielce wdzięczna ludzkość”. Nikt już od dawna nie pije krowiego mleka, ale człowiek nie zapomina o swej przeszłości.

Nad kamienną czerwono-czarną krową niespiesznie przesuwały się chmury, zwykłe jeszcze, nie świąteczne. Kasztanowce i klony stały obnażone, jedynie wysokie piramidalne dęby nie chciały rozstać się z porudziałym listowiem. Ochłodziło się i na kałużach zaczęły się tworzyć skorupki lodu.

Na placu wylądowała awionetka Romera. Kabina pojazdu była zastawiona pakunkami i zawiniątkami. Paweł pomachał nam ręką.

— Mary jeszcze nie ma? To nic, zaraz ją sprowadzę.

Tymczasem wylądowało jeszcze kilka awionetek z przyjaciółmi Romera. Pawła ciągle nie było. Wreszcie ukazała się jego awionetka poprzedzająca pojazd Mary.

Mary, nie patrząc na mnie, powiedziała gniewnie: — Nie spełnia pan obietnic, Eli. Jeśli się przyjęło zaproszenie, należałoby wstąpić po mnie.

— Sądziłem, że zrobi to Paweł i okazało się, iż miałem rację…

Tak mnie zmroziła swoim zachowaniem, że zaczynałem się już zastanawiać, czy aby nie zrezygnować z wycieczki. Gdyby nie Albert, zrobiłbym to na pewno.

Polecieliśmy na północ. Romero kierował się ku łukowi rzeki, która tworzyła w tym miejscu zarośnięty drzewami półwysep. Wylądowaliśmy na polance.

— Zaczynajmy! — powiedział Romero. — Śnieg zacznie padać o szesnastej, czyli za cztery godziny. Zużyjemy ten czas na rozpalenie ogniska i przygotowanie posiłku. Dziś wielu z was prawdopodobnie po raz pierwszy w życiu skosztuje jadła i napojów, których nie sporządziły automaty.

Niepraktyczny zwykle Romero energicznie komenderował uczestnikami wycieczki. Ja wraz z Albertem zbierałem chrust, inni mężczyźni oczyszczali miejsce pod ognisko, a kobiety rozpakowywały zawiniątka i wydobywały z nich niezwykłe nakrycia — porcelanowe talerze, metalowe noże i widelce, kryształowe kieliszki i obrusy z dziwnej tkaniny.

— Gdzie pan zdobył takie starocie, Pawle? — zapytałem.

— W muzeum.

— Mam nadzieję, że pokarm nie pochodzi z muzeum? Nie miałbym ochoty jeść kotletów przygotowanych pięćset lat temu!

— Proszę się nie obawiać. Z muzeum pochodzą jedynie wina, choć i one nie liczą Sobie pięciuset lat. Przodkowie uważali, że wino im starsze, tym lepsze. Sprawdzimy, czy mieli rację. Poza tym poczęstuję was szaszłykiem z prawdziwego jagnięcia, które jeszcze wczoraj biegało po muzealnym parku!…

Za kwadrans czwarta Romero rozdał kieliszki i zaczął otwierać butelki. Korki skamieniały i zassały się w szyjkach tak, że trzeba je było po prostu utrącać. Wino wydzielało silny aromat na poły przyjemny, na poły odpychający.

Opiekunka przekazała każdemu uroczyste bicie zegara. Przysłuchując mu się w milczeniu, podnieśliśmy na sygnał Romera kielichy do góry.

— Zima idzie, przyjaciele! Za dobrą zimę!

Zaczął padać gęsty śnieg. Wypiliśmy wino. Nie mogę powiedzieć, aby mi smakowało. Było cierpkie i paliło w ustach niczym kwas. Skrzywiłem się i powiedziałem półgłosem do siedzącej w pobliżu Mary:

— Nie wiem, co nasi przodkowie jedli, ale pili paskudztwo!

Mary pracowicie żująca kawałeczek szaszłyka, nagle ze wstrętem wypluła go na ziemię:

— Jedzenie też jest obrzydliwe! Siedziałem patrząc w milczeniu na ogień.

— Źle się pan czuje? — zapytał z niepokojem Albert. — Chodźmy lepiej do domu. Mnie również znudziły się te smętne barbarzyńskie obrządki.

— Wcale nie mówiłem, że mi jest nudno — zaoponowałem z niezwykłym podnieceniem w głosie. — Ja przeżywam… rozterkę.

— W porządku, posiedźmy jeszcze trochę — zgodził się Albert. — Ale moim zdaniem później będzie jeszcze nudniej.

Zdrzemnąłem się. Obudził mnie śpiew siedzących przy ognisku ludzi. Popatrzyłem na tępe, pijane twarze mężczyzn i kobiet… Przeraziłem się. Chwyciłem Mary za rękę i krzyknąłem:

— Wstawaj! Idziemy stąd!

— Co się z panem dzieje? — zapytała z przestrachem. — Czyżby tak źle na pana podziałało wino? Eli, musi pan zażyć jakieś lekarstwo…

— Do diabła z lekarstwem! Idziemy do domu! Siadaj do awionetki!

Podskoczył do nas uradowany Albert.

— No, nareszcie zdecydowaliście się! Zuchy! Popędziliśmy do awionetek, gdzie dognał nas ciężko dyszący Paweł. Chwycił mnie za ramię i potrząsnął tak, że ledwie utrzymałem się na nogach.

— No, no — szarpnąłem się. — Uważaj!

— To tak! — syczał Romero. — To się kiedyś nazywało podrywaniem dziewczyn kolegom! A mnie, pańskim zdaniem nie należy pytać o zdanie?

— Nie należy — odparłem. — Przyszła mi natomiast do głowy inna myśl. — Obróciłem się ku Mary i Albertowi. — Lećcie do domu, a ja tu trochę jeszcze zostanę. Mam do pogadania z mym starym przyjacielem Pawłem.

— Nie pozwolę!… — zaczął Romero, ale stałem między nim a awionetkami, zamilkł więc wpatrując się w moją twarz. Ja także milczałem.

— Czekamy na pana! — krzyknęła Mary i odleciała. — Teraz możemy się nie krępować — powiedziałem, kiedy i awionetka Alberta zniknęła w padającym śniegu. — Jaki wniosek zamierza pan wyciągnąć z dzisiejszego wydarzenia, Pawle?

— Był kiedyś dobry zwyczaj — odparł Romero że kiedy między dwoma mężczyznami stanęła kobieta, konkurenci sami rozstrzygali swój spór… Pojmuje pan, Eli?… Godzę się na każdy wariant — szpady, pistolety, karabiny… Broń wypożyczymy z muzeum.

Popatrzyłem uważnie w jego rozwścieczoną twarz, starając się zorientować, czy nie żartuje. Był nieprzytomny z gniewu.

— Nie jestem takim miłośnikiem starożytności jak pan — odparłem. — Osobiście wolałbym pojedynek na anihilatory…

— Krótko mówiąc odmawia pan z tchórzostwa! rzucił mi wyniosłym tonem. — Mogę więc panu powiedzieć, że nikt jeszcze nie zdobył serca kobiety tchórzostwem.

— Tak? — spytałem, nacierając na niego ciałem. — Ma pan oczywiście większe doświadczenie, taki zdobywca serc… Ale czy nie przyszło ci, mężny rycerzu, do głowy, że mogę złapać za klapy i wybić szanowną osobą dziuplę w jednym z tych dębów?

Teraz on wpatrywał się w moją twarz, starając się dociec, jak daleko mogę się posunąć. Wreszcie odezwał się:

— No cóż, gołymi rękami też walczono. Wprawdzie nie jestem zwolennikiem neandertalskich metod, ale jeśli pan nalega…

— Nie — powiedziałem. — To pan nalega. Ja chcę spać, a pan nie pozwala mi wrócić do domu. Ale moja cierpliwość jest już na wyczerpaniu!

1 ... 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)