Dalekie szlaki [Галактическая разведка - pl]
- Автор: Снегов Сергей Александрович
- Серия: Ludzie jak bogowie #1
- Год: 1972
- Язык: польский
- Год: Iskry
- Переводчик: Tadeusz Gosk
- Жанр: Космическая фантастика
Электронная книга - «Dalekie szlaki [Галактическая разведка - pl]». Краткое содержание книги:
Szedłem Gwiezdną Aleją i cieszyłem się, że wokół jest tak cudownie. Pokryte chmurami niebo nad samą głową, wiatr szumiał w gałęziach drzew i krzewów, a kiedy nadlatywał silny poryw wichru, cieniutkim głosikiem poświstywała trawa. Przechodniów nie spotykałem. Ziemia była samotna i odświętna.
Na zakręcie Alei o mało nie zderzyłem się z Mary i Romerem. Zatrzymałem się zaskoczony, a kiedy po chwili ochłonąłem i chciałem pójść dalej, przystanęli oni.
— Jak się pan czuje, drogi przyjacielu? — zapytał Paweł. — Wygląda pan nieźle.
— Dziękuję, nie narzekam na zdrowie. Przepraszam, ale się spieszę.
— Może pan iść — zezwolił łaskawie Romero salutując laseczką. — Zawsze był pan niesłychanie punktualny.
Oddalając się, usłyszałem jeszcze głos Mary.
— Eli mógłby chyba wybrać się razem z nami na tę wycieczkę? Jak pan sądzi, Pawle?
Odpowiedzi Romera już nie zrozumiałem. Wycieczek nie znoszę od czasów szkoły, kiedy nas nimi zamęczano. Zdziwiłem się jednak, że Mary nazywa Romera Pawłem.
Długo spacerowałem Aleją Gwiezdną. Szumiały lipy i dęby, lekki wiatr przeczesywał trawę, a ja rozmyślałem o różnych wydarzeniach. Nie ma nic dziwnego w fakcie, że Romero zna Mary. Paweł opuścił Ziemię jedynie na rok, a pozostały czas spędził w Stolicy. Miejmy nadzieję, że z Mary będzie szczęśliwszy niż z Wierą. Czy warto mówić o tym Wierze? Lepiej nie, siostra jest już daleko stąd i nie ma sensu jej martwić…
Później usiadłem zmęczony na ławce i znów się poderwałem. Iść do pracy nadal nie miałem ochoty. Zapytałem Informację, co mi może zaproponować na popołudnie.
Zdecydowałem się na stereoteatr, najstarszy z teatrów Stolicy, dumny ze swej staroświeckości i z tego, że już od dwóch przeszło stuleci nic się w nim nie zmieniło.
Staroświeckością tchnęło na mnie już w westybulu. Oddałem płaszcz robotowi i trafiłem pod natrysk radiacyjny wywołujący krótkotrwały dobry nastrój — naiwna gwarancja, że dowolny program się spodoba. Inny robot zapytał, czy wolę stałe miejsce, czy też takie, które obiektywnie najbardziej mi odpowiada. Powiedziałem, że nie mam stałego miejsca i niech mi wobec tego wskaże jego zdaniem najodpowiedniejsze. Zaprowadził mnie do piątego fotela w trzynastym rzędzie i poprosił o wybranie indywidualnego mikroklimatu. Zamówiłem temperaturę osiemnastu stopni, pięćdziesięcioprocentową wilgotność, lekki wietrzyk i zapach świeżo skoszonej łąki nagrzanej słońcem. Dewiza teatru brzmiała: „Przedstawienie zaczyna się tuż za drzwiami wejściowymi”.
Dawano jakąś sztukę z dwudziestego pierwszego wieku, pełną naiwnej romantyki i nieznośnego patosu. Gdybym spotkał jej bohaterów na ulicy, wyśmiałbym ich pewnie za sztuczność i nieumiarkowanie w okazywaniu uczuć. Ale tu, w swoim indywidualnie klimatyzowanym fotelu, przeżywałem obce cierpienia, klęski i radości niczym swoje własne.
Przedstawienie tak mnie podnieciło, że znów nie mogłem myśleć o pracy. Przechodząc obok kombinatu usługowego przypomniałem sobie, że od powrotu nie zmieniałem wierzchniej odzieży, która już się nieco zniszczyla i stała się niemodna. W kombinacie było równie pusto jak na ulicach. Przenośnik podał mi trzydzieści modeli płaszczy, garniturów i nakryć głowy mojego rozmiaru. Do jednego z garniturów włożyłem swój adres, aby wysłano mi go do domu, płaszcz zaś włożyłem na siebie. Nowe okrycie było ładniejsze, ale nie tak wygodne jak stary płaszcz. Zawsze czułem się nieprzytulnie w nowym ubraniu. Wyszedłem zadowolony, że pozbyłem się starej odzieży, i trochę jej żałując. Nie przeszedłem jeszcze stu kroków, kiedy nagle zawróciłem i wszedłem do kombinatu. Dyżurny automat spytał, czego sobie życzę.
— Życzę sobie, abyście mi zwrócili stary płaszcz.
— Chętnie, jeżeli jeszcze nie został pocięty na szmaty. Nie, jeszcze jest na taśmie. Nowe okrycie również pan zabierze ze sobą? Może wysłać do domu?
— Nie, dziękuję.
— Nie podobają się panu nasze wyroby? — obojętnym głosem zapytała maszyna. — Proszę powiedzieć, co panu nie odpowiada, to wykonamy indywidualne zamówienie.
— Wszystko się podoba. Wspaniała odzież. Ale przyzwyczaiłem się do starego płaszcza. Jak by to powiedzieć… zżyłem się z nim.
— Rozumiem. W ciągu ostatniego roku zapotrzebowanie na nowości spadło o czternaście procent, a przywiązanie do starych rzeczy wzrosło o dwadzieścia jeden procent. To niezdrowa tendencja. Będziemy ją zwalczać przez powszechne polepszenie jakości.
Włożyłem odzyskany płaszcz i uciekłem.
Wiatr nadal kołysał konarami drzew i strącał żółte liście, które szeleściły mi pod nogami. Usiadłem na ławeczce i zapytałem samego siebie, czego potrzebuję. Nie potrzebowałem niczego konkretnego, ale nie mogłem sobie znaleźć miejsca. Posiedziałem trochę, a później po chwili wahania poprosiłem Opiekunkę, aby połączyła mnie z Mary Glann. Mary ukazała się natychmiast po wywołaniu. Siedziała z podkurczonymi nogami na kanapie i patrzyła na mnie ironicznym wzrokiem.
— Ma pan wiele zimnej krwi — powiedziała. Oczekiwałam wywołania znacznie wcześniej.
— Witam panią — odparłem. — Nie rozumiem, o czym pani mówi?
— No więc tak: zbliża się Święto Pierwszego Śniegu. Pański przyjaciel Romero zamierza je uczcić ucztą przy ognisku. Wszystko będzie tak jak w starożytności. Paweł ręczy za autentyczność obrzędów. Chcę, aby pan mi towarzyszył. Zgoda?
— Naturalnie, jeśli pani sobie tego życzy. Ze swojej strony zapraszam panią i Pawła na próbne uruchomienie stacji dalekiej łączności kosmicznej. Powinno to panią zainteresować.
— Przypisuje pan innym swoje pragnienia — zaoponowała. — Ma pan tam, zdaje się, swych gwiezdnych przyjaciół, a ja tam nikogo znajomego nie mam. Podobnie jak pański przyjaciel Romero jestem przywiązana do Ziemi, a tu do orientacji wystarczy Opiekunka. Wątpię, aby mogło mnie tam cokolwiek zaciekawić.
— Przy takiej wspólnocie zainteresowań ziemskich pani jest chyba bliższa Pawłowi niż ja — odparłem sucho. — A ponieważ nie ciekawi pani uruchomienie łączności galaktycznej…
— Zbieramy się przy Krowie. Czekam! — powiedziała i znikła.
12
Było to ostatnie wielkie święto roku. Poza uroczyście obchodzonymi rocznicami wielkich dat wyzwolenia ludzkości od niesprawiedliwości społecznej na Ziemi obchodzi się święta związane ze zjawiskami natury: Przesilenie Zimowe, Wielka Odwilż, Przesilenie Letnie, Wielka Burza Letnia, Pierwszy Śnieg. W tym roku wszyscy byli przekonani, że Pierwszy Śnieg się nie uda. Uroczystość wymagała zbyt wiele energii, a całe zasoby Ziemi oddano na budowę SFP-3. Poza tym połowa ludności planety wyjechała na budowy kosmiczne, a ci, którzy pozostali, mieli zbyt wiele zajęcia z uruchomieniem stacji superdalekosiężnej łączności kosmicznej.
Ale Zarząd Osi Ziemskiej wykonał swoje zobowiązanie co do joty. Nawet gdyby na Ziemi pozostał jeden człowiek chętny do zabawy, wszystkie ustalone święta zorganizuje się dla tego jednego.
Moim zdaniem jest to całkowicie słuszne. Albert, widząc rozmach przygotowań, wystosował wielki protest: Ludzkość nie ma obecnie czasu na świętowanie poza najwyżej kilkoma wesołkami, czy to nie rozrzutność? Na to Wielki odpowiedział: „Każdy człowiek ma prawo do tego, do czego ma prawo cała ludzkość”. Po takiej odpowiedzi Albert zapomniał o protestach i nawet włączył do swego harmonogramu kilka godzin poświęconych na obchody święta.