Dalekie szlaki [Галактическая разведка - pl]
- Автор: Снегов Сергей Александрович
- Серия: Ludzie jak bogowie #1
- Год: 1972
- Язык: польский
- Год: Iskry
- Переводчик: Tadeusz Gosk
- Жанр: Космическая фантастика
Электронная книга - «Dalekie szlaki [Галактическая разведка - pl]». Краткое содержание книги:
Na Biegunie Południowym przelecieliśmy nad obszarem równym co do wielkości Europie — to właśnie był magazyn wyrobów gotowych. Tysiące kilometrów kwadratowych, pokrytych ogromnymi iglicami gwiazdolotów gigantycznej floty galaktycznej zajętej ostatnimi robotami wykończeniowymi przed startem w otwarty kosmos. Nawet jedyny w swoim rodzaju do niedawna „Pożeracz Przestrzeni” wydałby się karzełkiem w porównaniu z tymi ogromami.
— Trzeba wracać — powiedział Allan po pewnym czasie.
— Wracaj sam — odparłem. — Ja się jeszcze trochę powłóczę nad planetką.
— Możesz nawet pokoziołkować, bo zdaje się lubisz tę zabawę. Na Plutonie już zainstalowano własny Wielki Komputer, na razie tylko na dziesięć milionów Opiekunek, ale ty, jak wszyscy kosmonauci, jesteś w nim zdublowany.
— Co mówisz! To wielka wygoda, z pewnością skorzystam z okazji.
Długo krążyłem nad równinami Plutona. Nie minęły nawet pełne trzy lata od mego rozstania z tymi okolicami. Wspomnienia tłoczyły mi się w mózgu, ale nigdzie nie mogłem znaleźć zapamiętanych widoków. Nawet słońca świeciły inaczej! Jedna gwiazda sztuczna dopędzała drugą, dzienna ustępowała miejsca wieczornej, a za nią wytaczała się nocna. Niegdyś były to różne słońca o odrębnej charakterystyce, sprzyjające pracy lub odpoczynkowi. Dziś wszystkie błyszczały jednakowo jasno, przez okrągłą dobę panował dzień i planeta nie znała odpoczynku. Ten hałaśliwy, rozpasany Pluton nie znający snu i wypoczynku podobał mi się bardziej niż dawny, który znałem: statecznie pracujący i równie statecznie odpoczywający po pracy… Tam była miarowa robota, tu zaś natchniona praca, do której wszyscy tęskniliśmy.
Rozpędziłem awionetkę do maksimum. Górskie szczyty gwiazdolotów odpływały do tyłu i zapadały się poza horyzont. Mogłem poszaleć w powietrzu, bo teraz strzegła mnie Opiekunka, ale po szamotaninie w nieeuklidesowych sieciach Perseusza straciłem zapał do psot. Zresztą jeszcze niecałkowicie wylizałem się z ran.
Leciałem spokojnie po prostej i pogrążałem się w rozmyślaniach. Myślałem nie o Plutonie, lecz o Ziemi. Po tym, co tu zobaczyłem, już nie obawiałem się spotkania z Ziemią.
Przed kosmodromem zatrzymałem awionetkę w powietrzu i zamknąwszy oczy wsłuchałem się w łoskot planety. Lubiłem muzykę klasyczną, przed snem zamawiałem sobie indywidualne melodie zgodne z nastrojem, wytrzymałem nawet „Harmonię Gwiezdnych Sfer” Andre, ale niczego równie potężnego, podobnego do uczucia, jakie wywołał we mnie grzmot tego kosmicznego warsztatu, nigdy przedtem nie doznałem. Wreszcie poznałem prawdziwą harmonię gwiezdnych sfer!
Oddalając się już od Plutona w kierunku Ziemi, nadal czułem w sobie ten potężny, twórczy łoskot…
7
Lecąc ku Ziemi spodziewałem się wszystkiego, tylko nie tego, że zgotują mi uroczyste powitanie. Wróciłem najwcześniej i zapłaciłem za to: jeśli nie wszystkie należne nam hołdy, to w każdym razie większość z nich przypadła w udziale mnie jednemu. Poczynając od Marsa naszemu gwiazdolotowi towarzyszyła honorowa eskorta kosmiczna. Nie będę opisywał scen powitania na kosmodromie, gdyż transmitowano je na wszystkie planety Układu Słonecznego. Przez trzy godziny kłaniałem się, ściskałem dłonie, uśmiechałem się i powiewałem kapeluszem, aż wreszcie zwaliłem się z nóg ze zmęczenia.
Dopiero w domu, w starym mieszkaniu na Zielonym Bulwarze, mogłem odetchnąć z ulgą w otoczeniu przyjaciół.
— Czuję się tak, jakbym okradł kolegów — poskarżyłem się. — Gdybym wiedział, nigdy bym sam nie przyleciał.
— Powitamy ich równie gorąco — pocieszyła mnie Wiera. — A ciebie witano nie tylko jako członka wyprawy. Mam przyjemną wiadomość: twój projekt przekształcenia Ziemi w ucho, oko i głos Wszechświata został zatwierdzony.
Byłem zaskoczony i oszołomiony, bo jeszcze z nikim swymi myślami się nie dzieliłem.
— Z dala od Ziemi zapomniałeś o naszych zwyczajach — powiedziała Wiera z uśmiechem. — Czyżby ci nie mówiono, że na Plutonie zainstalowano Komputer Państwowy? Spacerowałeś nad planetą, a Opiekunka zapisywała twoje myśli, które uznała za tak ważne, iż natychmiast przesłała je na Ziemię. Nasz Wielki, także niezwłocznie, przekazał je każdemu człowiekowi. Dopiero wchodziłeś na Plutonie na pokład gwiazdolotu, gdy tu ludzie już dyskutowali nad twoją ideą. Na jutro jesteś zaproszony na posiedzenie Wielkiej Rady, gdzie będziesz referował swoje propozycje.
— To znaczy, że projekt nie został jeszcze zatwierdzony? — zapytałem.
— Nic podobnego. Poparli go w zasadzie wszyscy. Ale naturalnie będziesz musiał odpowiedzieć na szereg pytań. Poza tym przed urzeczywistnieniem projektu musisz się podleczyć, bo stan twego zdrowia wzbudza niepokój w Komputerze Medycznym.
Mnie stan własnego zdrowia nie kłopotał. Spotkanie z przyjaciółmi i radosna wiadomość o przyjęciu projektu podziałały na mnie lepiej od najskuteczniejszego lekarstwa. Duży pokój Wiery ledwo pomieścił wszystkich zebranych. Szczególnie wiele miejsca zajmował Trub. Na kosmodromie razem z nami wtłoczył się do aerobusu, wiedząc już z doświadczenia, że te aparaty latają znacznie szybciej niż Anioły. Natomiast kategorycznie odmówił korzystania z windy i oświadczył, że samodzielnie wleci na siedemdziesiąte dziewiąte piętro. Przyznam się, że mu nie uwierzyłem: Trub waży około stu kilogramów, a do pokonania miał około trzystu metrów wysokości. Anioł postawił jednak na swoim. Najpierw odpoczywał co dwadzieścia pięter w parkach, później co piąte piętro na werandach, ale dotarł do mego mieszkania. Zdyszał się, spocił i był niesłychanie z siebie dumny. Trub stopniowo przyzwyczaja się do ziemskich warunków, lecz stara się zawsze chodzić własnymi drogami. Lusin jest w nim dosłownie zakochany, do tego stopnia, że nawet zaniedbał swój projekt ptasiogłowego bożka.
Mimo wszystko ziemskie mieszkanie, a zwłaszcza kobiece pokoje, nie nadają się dla Aniołów. Trub sam rozumiał, że latać w nich nie można, i starał się zachowywać spokojnie, ale nawet przy najlepszych chęciach każdemu jego poruszeniu lub drgnięciu skrzydeł towarzyszył łoskot jakiegoś przedmiotu spadającego ze ściany lub mebli.
Wśród gości nie było Żanny. Zapytałem o nią. Wiera odpowiedziała, iż Żanna zjawi się później.
Żanna przyszła razem z Olegiem, ładniutkim trzyletnim chłopczykiem z żywymi, rozumnymi oczami i tak podobnym do ojca, że wydało mi się, iż widzę malutkiego Andre.
Ze sto razy ćwiczyłem w myśli spotkanie z Żanną, wybierałem słowa, które jej powiem, i wyraz twarzy, jaki przybiorę. Teraz wszystko zapomniałem. Żanna położyła mi głowę na ramieniu i rozpłakała się. Objąłem ją w milczeniu.
Później wymamrotałem:
— Wierz mi, jeszcze nie wszystko przepadło. Spojrzała na mnie tak zrozpaczonym wzrokiem, że tylko całym wysiłkiem woli zmusiłem się, aby nie odwrócić oczu.
Po pewnym czasie, pozostawiwszy Olega gościom, poszliśmy z Żanną do mego pokoju. Wpatrywałem się w nią z niepokojem. Bardzo się zmieniła, mało w niej zostało z tej przystojnej, kokieteryjnej, dosyć lekkomyślnej kobiety, jaką znałem. Miałem przed sobą poważnego, głęboko przeżywającego człowieka, który nie potrafił się pogodzić ze swoim nieszczęściem.
— Opowiedziano mi wszystko o Andre — odezwała się wreszcie. — Codziennie słucham jego głosu, jego pożegnania ze mną i Olegiem przed napadem Zływrogów… Wiem, że zrobiliście wszystko, aby go wyzwolić lub chociażby odszukać jego ślady. Wiem nawet, że przed śmiercią krzyknął „Eli!”, a nie „Żanno!”.