Legion Videssos [The Legion of Videssos - pl]
- Автор: Тертлдав Гарри Норман
- Серия: Videssos (pl) #3
- Год: 1995
- Язык: польский
- Год: Amber
- ISBN: 83-7082-893-0
- Переводчик: Janusz Ochab
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Legion Videssos [The Legion of Videssos - pl]». Краткое содержание книги:
Jego oczy same odszukały Seirem. Uśmiech powoli rozlał mu się na twarzy — oto było ćwiczenie, które wykonałby z największą ochotą. Ale niestety, nie była to osada niewolników, a Seirem nie była wiejską dziewuchą, którą można było przelecieć dla kaprysu. — Ach, szkoda zachodu… — powiedział w swoim języku.
Borane nie przeoczyła lubieżnego spojrzenia, które Gal posłał jej córce. Powiedziała coś do Seirem, zbyt szybko, by Viridoviks mógł ją zrozumieć. Obie wybuchnęły głośnym śmiechem — nomadzi byli prostym ludem. Seirem ukryła twarz w dłoniach i zerknęła na Celta przez szparkę między palcami — nieśmiałość, która była czystą kokieterią. Jego uśmiech jeszcze się poszerzył.
— Co ona ci mówiła? — spytał.
Obie kobiety znowu się roześmiały. Borane pokazała gestem, że może mu powiedzieć. Wciąż chichocząc, Seirem wyjaśniła:
— Coś, co powiedziała o tobie Azarmi; że jesteś taki długi, jaki jesteś wysoki.
Obcy język, umysł zaćmiony dymem — dopiero po dłuższej chwili Viridoviks zrozumiał, o co chodzi, a wtedy sani się roześmiał.
— Ona to teraz powiedziała? — zapytał, siadając prosto, by wykazać się choć jednym rodzajem długości.
Na zewnątrz rozległ się nagle tętent kopyt. Warty Targitausa wymieniły z jeźdźcami okrzyki, potem jeden ze strażników zajrzał do środka i zawołał swojego pana. Dla Viridoviksa podniesienie się o kilka cali było nie lada wyczynem, ale Targitaus, przeklinając pod nosem, podniósł się od razu i przepchał przez tłumek nomadów i przez rozwieszone wokół ognia koce. Tchnienie świeżego, chłodnego powietrza wdarło się do środka. Celt wciągnął je z wdzięcznością.
Słyszał jak jakiś mężczyzna krzyczy coś do wodza Khamorth. Chwila ciszy i teraz to Targitaus ryczał wściekle. Wpadł z powrotem do namiotu.
— Wstawać, leniwe psy! Ktoś rozwalił nam stado!
Nomadzi podnosili się na nogi wykrzykując pytania i przekleństwa. Zasłony zniknęły niczym za dotknięciem różdżki, Khamorthci ściągali spod sufitu swoje łuki, szable i kurtki z grubej, wyparzanej skóry. Kilku nałożyło metalowe hełmy, ale większość pozostała w zwykłych futrzanych czapach.
Z twarzą pociemniałą od złości, Targitaus spojrzał groźnie na ślamarzącego się Viridoviksa.
— Szybciej, cudzoziemcze. Chcę żebyś pojechał z nami. Czuję tu robotę Varatesha.
— Proszę, proszę… — powiedział Goudeles z zaskoczeniem i podziwem. — Kto by pomyślał, że barbarzyńcy mają takie wyczucie stylu?
Uwaga została uczyniona sotto voce, gdy videssańskie poselstwo zbliżało się do najważniejszej jurty klanu Szarego Konia — tam oczekiwał na nich Arghun. Gorgidas musiał się zgodzić z gryzipiórkiem. Ceremonia Arshaumów nie była wcale mniej imponująca od tej, którą videssański hy-paestos, Rhadenos Vourtzes, chciał zadziwić Rzymian pod Imbros, kiedy po raz pierwszy pojawili się w Imperium.
Tutaj, zamiast sług trzymających parasolki, co było oznaką wysokiej pozycji Videssańczyka, przed jurtą khagana stał rosły nomada z włócznią w dłoni. Inni żołnierze, nie uczestnicy uroczystości, ale prawdziwi strażnicy, stali po obu stronach jurty z wyciągniętymi łukami. Zaraz poniżej ostrza włóczni trzymanej przez nomadę, wisiały przyczepione do niej trzy końskie ogony — symbol klanu. Wojownik stał w bezruchu, niczym wyrzeźbiony w brązie.
Równie godnie prezentował się koń, który ciągnął jurtę. Choć był to tylko stepowy konik, jego szara sierść była lśniąca od długiego i dokładnego czesania, a bujna grzywa i ogon ułożone i związane pomarańczowymi i złotymi wstążkami. Łeb ozdobiony był kawałkami rzeźbionego drewna ze złoconymi ornamentami w kształcie gryfów, które pokrywały końskie policzki. By jeszcze bardziej zadziwić oczy przybyszów, konik miał na grzbiecie wspaniałą pomarańczową tkaninę, która mogła służyć za siodło. Podtrzymywały ją w miejscu paski złoconej skóry, przechodzące przez pierś i brzuch zwierzęcia. Po obu stronach tego siodła, misternie wyhaftowane gryfy atakowały kozły, które uciekały tchórzliwie przed mitycznymi bestiami.
Sama jurta, zamknięta i cicha, stała na dwukołowym wozie. W odróżnieniu od wszystkich innych jurt, jakie widział Gorgidas, ta była półokrągła, a ciężka wełniana zasłona zamykała płaskie wejście. Trzy końskie ogony wisiały na drzewcu u jej szczytu.
Okazało się, że brązowy wojownik mógł się jednak poruszać. Obrócił się na pięcie i zawołał coś do tej czarnej, posępnej zasłony. Gorgidas wyłapał tylko słowa „poselstwo z Videssos” — słyszał je już wystarczająco często, odkąd przekroczyli Shaum.
Przez moment Grek zastanawiał się, czy ktokolwiek był za tą kurtyną, ale nagle ktoś odciągnął ją na bok, a ta krótka chwila oczekiwania miała najwyraźniej dodać dramatyzmu i powagi. Wnętrze jurty wysłane było czarnym filcem, by uczynić figurę Arghuna, siedzącego na krześle z wysokim oparciem pokrytym błyszczącą warstwą złota, jeszcze bardziej imponującą.
Arghun był nieco bardziej zniszczoną wersją Arigha, który stał po prawej stronie tronu i uśmiechał się, pozdrawiając podchodzących do jurty Videssańczyków. Włosy khagana i wątła bródka były raczej stalowoszare niż czarne, a zmarszczki na jego twarzy były głębsze od tych na twarzy jego syna łatwo było zobaczyć, jak za kilkanaście lat będzie wychudł Arigh. Arghun miał na sobie takie same futra i skóry z frędzlami jak wszyscy inni Arshaumi, doskonale skrojone, ale bez żadnych ekstrawagancji. Jedyną oznaką jego pozycji, jaką dostrzegł Gorgidas, był koński ogon, który wódz nosił u pasa.
Po lewej stronie khagana stał wysoki, szczupły mężczyzna, lat około osiemnastu, który miał w sobie rodzinne podobieństwo zarówno do niego, jak i do Arigha, ale był od nich o wiele przystojniejszy. Dobrze o tym wiedział — jego wzrok był pełen pogardy, gdy przyglądał się nadchodzącym dyplomatom. Jego uroda — wysokie kości policzkowe, gładka ciemnozłotawa cera i nozdrza, których łagodne łuki przypominały skrzydła mewy — uderzyła Gorgidasa zaraz po wejściu do namiotu. Ubiór także wart był uwagi — nosił złoty pas, tunikę i spodnie niemal tak świetnie ozdobione, jak strój szamana, i delikatne skórzane buty ozdobione srebrnym haftem.
Goudeles, jako głowa poselstwa, wystąpił naprzód i przyklęknął na jedno kolano przed kha-ganem — nie był to jeszcze hołd jaki oddałby Autokratorowi Videssos, ale bardzo do niego zbliżony. Ukłonił się nisko Arighowi i nieznanemu księciu po lewej stronie Arghuna. Skylitzes, który miał służyć za tłumacza, uczynił to samo.
— Wasza Wysokość, potężny khaganie Arghun, Wasza Książęca Mość, książę Arigh… — tytuły płynęły gładko z ust Goudelesa. Nagle zawahał się z uprzejmym zakłopotaniem. — Wasza Książęca Mość, książę aa…
Arigh powiedział coś do brata. Młody mężczyzna obdarzył Goudelesa uśmiechem, na wpół czarującym, na wpół pogardliwym. Odpowiedział jednym, krótkim zdaniem, słodkim i pewnym siebie tenorem.
— Nazywa się Dizabul i jest synem Arghuna — przetłumaczył Skylitzes.
— Młodszym synem — dodał z naciskiem Arigh, przyglądając się Dizabulowi bez sympatii. Z wyszukaną arogancją, jaką daje doskonałe piękno, jego brat udał, że go w ogóle nie zauważa.
Ignorując te gierki albo tylko udając, jako że bardzo niewiele umykało uwadze gryzipiórka — Goudeles przedstawił członków poselstwa Arghunowi i jego synom. Gorgidas był zaskoczony głębokością ukłonu jaki złożył Dizabulowi — z wyglądu najpiękniejszemu młodzieńcowi,jakiego widział od lat, choć nieco zepsutemu.