Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Bogowie, honor, Ankh-Morpork [Jingo - pl]
Bogowie, honor, Ankh-Morpork [Jingo - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Bogowie, honor, Ankh-Morpork [Jingo - pl]

Электронная книга - «Bogowie, honor, Ankh-Morpork [Jingo - pl]». Краткое содержание книги:

Coś nowego pojawiło się między starożytnymi miastami Ankh-Morpork i Al-Khali. Dosłownie. To wyspa, wynurzająca się z dna Okrągłego Morza Dysku. Ponieważ jest niezamieszkana i oba miasta roszczą sobie do niej prawa, komendant Vimes ze swymi wiernymi strażnikami staje wobec zbrodni tak wielkiej, że żadne prawa jej nie obejmują.
1 ... 63 64 65 66 67 68 69 70 71 ... 87
Перейти на страницу:

— Sam się zabrał — rzuciła gniewnie starsza kobieta.

Pomijając obcy ubiór, było w niej coś niepokojąco znajomego. Kapral pomyślał, że gdyby rozciąć ją na połowy, słowo „teściowa” byłoby wyryte aż do głębi.

— Och, pani Atbar — westchnęła Netal. — On powiedział, że to jego obowiązek. Zresztą wszyscy chłopcy musieli iść.

— Mężczyźni… — Nobby skrzywił się pogardliwie.

— Przypuszczam, że wiele wiesz o rozkoszach mężczyzn — oświadczyła kwaśnym tonem Teściowa.

— Mamo!

— Kto, ja? — Nobby zapomniał się na moment. — Pewno. Bardzo wiele.

— Naprawdę?

— Czemu nie? Piwo jest ulubioną. Ale trudno przebić dobre cygaro, o ile jest za darmo.

— Ha! — Teściowa chwyciła kosz z praniem i odeszła zagniewana. Podążyła za nią większość starszych kobiet.

Inne parsknęły śmiechem. Nawet smutna Netal się uśmiechnęła.

— Myślę, że nie o to jej chodziło — stwierdziła Bana.

Przy wtórze ogólnych chichotów pochyliła się i wyszeptała coś Nobby’emu do ucha.

Wyraz jego twarzy się nie zmienił. Raczej stężał.

— Ach, to…

Pewne obszary doświadczeń Nobby badał jedynie na mapie, jednakże wiedział, o czym mowa. Swego czasu patrolował części Mroków, gdzie kręcą się młode damy, które wyraźnie nie mają nic do roboty i prawdopodobnie narażają się na przeziębienie. Jednak te elementy pracy policyjnej — które w innych miejscach interesowałyby raczej Wydział Obyczajowy — teraz nadzorowała sama Gildia Szwaczek. Ci, którzy lekceważyli… nie, nie prawo jako takie, ale raczej — tak można je nazwać — niepisane reguły, określane przez panią Palm i jej komitet bardzo doświadczonych dam[15], ściągali na siebie uwagę Ciotek Cierpienia, Dotsie i Sadie, w efekcie czego czasem ktoś ich jeszcze widział, a czasem już nie. Nawet Vimes aprobował taki system. Pozwalał uniknąć papierkowej roboty.

— No tak… — Nobby wciąż wpatrywał się w swój wewnętrzny ekran. Oczywiście wiedział, o co… — Ach, to — wymamrotał. — Cóż, widziało się to i owo.

Głównie na pocztówkach, musiał przyznać.

— To musi być cudowne, mieć taką swobodę — westchnęła Bana.

— Eee…

Netal znowu wybuchnęła płaczem. Przyjaciółki otoczyły ją kręgiem.

— Nie rozumiem, czemu mężczyźni muszą tak postępować — powiedziała Bana. — Mój narzeczony też odszedł.

Siedząca przy studni stara kobieta zarechotała głośno.

— Mogę wam powiedzieć dlaczego, kochaniutkie. Bo to lepsze niż uprawianie całymi dniami melonów. To lepsze nawet od kobiet.

— Mężczyźni uważają, że wojna jest lepsza od kobiet?

— Zawsze jest świeża, zawsze młoda, a dobra bitwa może trwać cały dzień.

— Ale oni giną!

— Lepiej umrzeć w walce niż w łóżku, jak mówią. — Rzuciła im bezzębny uśmiech. — Ale są i dobre sposoby, by mężczyzna umarł w łóżku. Prawda, Beti?

Nobby miał nadzieję, że płomienna czerwień jego uszu nie przypali welonu. Nagle poczuł, że doścignął swoją przyszłość. Jej fragment, wart całe dziesięć pensów, trafił go w twarz.

— Przepraszam — powiedział. — Czy któraś z was jest Kusicielianką?

— A co to są Kusicielianki? — zdziwiła się Bana.

— Kusicielia to taka kraina niedaleko stąd — wyjaśnił Nobby. I dodał z nadzieją: — Prawda?

Ani jedna twarz nie sugerowała, że tak jest. Westchnął ciężko. Odruchowo sięgnął za ucho po niedopałek, ale dłoń opadła pusta.

— Coś wam powiem, dziewczęta — rzekł. — Żałuję, że nie poprosiłam o dziesięciodolarową wersję. Czy nie macie czasem ochoty, żeby usiąść gdzieś i popłakać?

— Wyglądasz na jeszcze smutniejszą niż Netal — zauważyła Bana. — Czy mogłybyśmy jakoś cię pocieszyć?

Przez chwilę Nobby patrzył na nią nieruchomo, a potem zaczął szlochać.

Wszyscy spojrzeli na Colona. Jedzenie znieruchomiało w drodze do ust.

— Czy on naprawdę to powiedział, Faifalu? Po co miałbym wsiadać na wielbłąda? Jestem hydraulikiem!

— To ten klaun, co chodzi z żonglerem. Wydaje mi się, że nieszczęśnikowi brakuje kilku piędzi do oazy.

— Przecież te wredne zwierzaki plują ciągle i strasznie trudno je wciągnąć z narzędziami na schody…

— Daj spokój, to nie jego wina. Okażmy trochę miłosierdzia. — Mówiący odchrząknął. — Witaj, przyjacielu. Chodź, zjedzmy razem nasz kuskus.

Sierżant Colon zajrzał do misy, po czym wsadził do niej palec i oblizał.

— Hej, to przecież semolina! Macie semolinę! To zwyczajna semo… — Urwał i zakaszlał nerwowo. — Tak, oczywiście. Jest dżem truskawkowy?

Gospodarz spojrzał pytająco na przyjaciół. Wzruszyli ramionami.

— Nic nie wiemy o owym dhemie trruskawowym, o którym mówisz — rzekł ostrożnie. — Wolimy z baraniną.

Wręczył Colonowi długi, zaostrzony patyczek.

— Ależ na pewno macie gdzieś dżem truskawkowy — tłumaczył Colon, niesiony entuzjazmem. — Kiedy byłem dzieckiem, mieszaliśmy go i… i… — Zauważył ich miny. — Oczywiście to było w Ur — wyjaśnił.

Mężczyźni pokiwali głowami. Nagle wszystko stało się oczywiste.

Colon beknął głośno. Ze spojrzeń, jakie skierowali na niego pozostali, wynikało, że był jedynym, który słyszał o tym powszechnym w Klatchu zwyczaju.

— A więc — powiedział — gdzie ostatnio jest nasza armia? Tak w przybliżeniu?

— Dlaczego pytasz, o pełen-gazu?

— Myśleliśmy, że trochę zarobimy na pokazach dla żołnierzy — tłumaczył Colon. Był niezwykle dumny z tego pomysłu. — No wiecie… sporo śmiechu, piosenka, brak tańców egzotycznych. Ale w tym celu musimy wiedzieć, gdzie oni są, rozumiecie…

— Przepraszam, grubasie, czy rozumiesz, co do ciebie mówię?

— Tak, bardzo smaczne — zaryzykował sierżant Colon.

— Aha. Tak myślałem. Czyli jest szpiegiem. Ale czyim?

— Naprawdę? Kto byłby, aż tak głupi, żeby takiego błazna wykorzystywać jako szpiega?

— Ankh-Morpork?

— Nie, daj spokój. Co najwyżej udaje, że jest ankhmorporskim szpiegiem. Oni są tam sprytni…

— Myślisz? Ci ludzie robią curry z czegoś, co nazywa się „curry w proszku”, a ty ich uważasz za sprytnych?

— Przypuszczam, że jest z Muntabu. Oni zawsze nas szpiegują.

— I udaje, że jest z Ankh-Morpork?

— A gdybyś ty próbował udawać morporskiego błazna, który udaje Klatchianina, nie wyglądałbyś podobnie?

— Ale dlaczego udaje, że jest stamtąd?

— Och… polityka.

— W takim razie wezwijmy Straż.

— Oszalałeś? Rozmawialiśmy z nim! Będą… dociekliwi.

— Słuszna uwaga. Już wiem…

Faifal uśmiechnął się szeroko do Colona.

— Słyszałem, że cała armia wymaszerowała do En al Sams la Laisa — powiedział. — Ale nikomu o tym nie mów.

— Naprawdę? — Colon zerknął na boki. Wszyscy przyglądali mu się z dziwnie poważnymi minami. — To mi brzmi jak coś wielkiego, z taką nazwą.

— Och, ogromne — zapewnił jego sąsiad.

Ktoś wydał z siebie odgłos, który można było interpretować jako zduszony chichot.

— Czy to daleko?

— Nie, bardzo blisko. Można by wręcz powiedzieć, że na nim siedzisz.

Faifal szturchnął kolegę, któremu drżały ramiona.

— Aha. A duża ta armia?

вернуться

15

Oraz pan Harris z Klubu Błękitnego Kota. Jego przystąpienie wywołało burzliwe dyskusje w Gildii, która na pierwszy rzut oka potrafiła rozpoznać konkurencję. Jednak pani Palm odrzuciła protesty, uznając — jak wyjaśniła — że akty niezgodne z naturą są przecież jedynymi zgodnymi z naturą.

1 ... 63 64 65 66 67 68 69 70 71 ... 87
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)