Wielobarwny kraj [The Many-Colored Land - pl]
- Автор: Мэй Джулиан
- Год: 1994
- Язык: польский
- Год: Alfa-Wero
- ISBN: 83-7001-781-9
- Переводчик: Juliusz W. Garztecki
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Wielobarwny kraj [The Many-Colored Land - pl]». Краткое содержание книги:
— Ciszej — ostrzegł go Klaudiusz. — Po wodzie głos niesie się daleko. — Podsunął swą łódź bliżej Ryszarda. — Gdzieś na tym brzegu jest trakt, może nawet i fort, w którym mieliśmy zatrzymać się dziś rano na odpoczynek. Musimy dobrze się ukrywać, póki się nie upewnimy, że brzeg jest czysty.
Ryszard zaśmiał się nerwowo.
— Brzeg jest czysty! Więc to stąd wziął się ten frazes! Zapewne piraci…
— Zamknij się, synu — odrzekł starszy pan przyciszonym i ochrypłym ze zmęczenia głosem. — Po prostu od tego miejsca płyń za mną i udawaj, że jesteś kupą unoszących się na wodzie gałęzi.
Klaudiusz wiosłował tak wolno, że nie zostawiał na powierzchni wody żadnego śladu; wydawało się, że łodzie dryfują od wysepki do wysepki, stopniowo zbliżając się do płaskiego brzegu, gdzie trzciny i trawy rosły na pięć metrów w górę, a długonogie ptactwo wodne o różowym, niebieskim i olśniewająco białym upierzeniu przechadzało się po płyciźnie, dźgając dziobami żaby i ryby.
Słońce podniosło się wyżej. Zrobiło się nieznośnie gorąco i wilgotno. Pojawiły się nad nimi jakieś kłujące muszki. Uwięzieni pod maskującą zielenią szukali w swych niewygodnie zapakowanych bagażach jakiegokolwiek środka odstraszającego, lecz zanim go znaleźli, mieli już pełno swędzących bąbli. Po długim i nudnym wiosłowaniu łodzie przybiły do porośniętego dżunglą błotnistego brzegu, gdzie gęsto rosły bambusy grubości ludzkiego uda. Kwiaty na wiecznie zielonych liściastych drzewach pachniały mdlącą słodyczą. Po błotnistym gruncie biegła ścieżka zwierzyny, twardo ubita szerokimi, płaskimi stopami. Wyglądała, jakby miała ich zaprowadzić na wyżej położony teren.
— To jest to — powiedział Klaudiusz. — Wypuszczamy powietrze z łódek i ruszamy stąd piechotą.
Ryszard wydostał się ze sterty trzcin i gałązek swej łodzi i przyjrzał się okolicy z niesmakiem.
— O Jezu, Klaudiuszu. Musiałeś wybrać nam lądowisko w zasranym bagnie? I wygadują na zielone piekło! Tu się na pewno roi od węży. A popatrzyłeś na te ślady? Tutaj się kręci coś naprawdę paskudnego!
— Och, wypchaj się, Ryszardzie — odezwała się Amerie. — Pomóż mi wynieść Felicję na brzeg, a postaram sieją ocucić, wy zaś…
— Wszyscy padnij! — syknął rozkazująco starszy pan.
Skulili się w łodziach i wytężyli wzrok w kierunku, z którego przybyli. Za błotnistymi wysepkami, gdzie jezioro było głębokie, a wiatr wiał bez przeszkód, płynęły dwa jednomasztowce zupełnie niepodobne do statków uciekinierów. Lawirowały powoli w kierunku północnym.
— No, teraz wiemy, gdzie znajduje się fort — zauważył Klaudiusz. — Na południe stąd i zapewne niedaleko. Prawdopodobnie na pokładach mają lornety. Musimy się przyczaić, aż opłyną tamten przylądek.
Czekali. Spływający im po skórze pot wywoływał swędzenie. Podrażnione jego zapachem muszki zabzykały i zabrały się do ich niezabezpieczonych oczu i nozdrzy. Klaudiuszowi zaburczało w brzuchu; przypomniał sobie, że prawie od dwunastu godzin nic nie jadł. Ryszard odkrył, że nad lewym uchem ma ukrytą we włosach lepką ranę; to samo odkryły miejscowe muchy odmiany plujka. Amerie bezskutecznie próbowała się modlić, ale jej bank pamięci odmówił podania jakichkolwiek tekstów, z wyjątkiem modlitwy przed jedzeniem oraz „Wszystkich naszych dziennych spraw”.
Felicja jęknęła.
— Zakryj jej usta, Ryszardzie — powiedział Klaudiusz. — Ucisz ją tylko na parę minut.
Gdzieś zakwakały kaczki. Gdzieś indziej jakieś zwierzę w poszukiwaniu posiłku węszyło, chrząkało i obalało olbrzymie bambusy jak gałązki. A jeszcze gdzie indziej, na samej granicy słyszalności, rozległy się srebrzyste tony trąbki, której odpowiedziała głośniej druga z północy.
Stary paleontolog westchnął z ulgą.
— Już ich nie widać. Wypuszczamy powietrze z łódek i wyruszamy.
Nadmuchiwacze, ustawione wstecznie, szybko wyssały powietrze i wodę z pomiędzy dekamolowych błon; łodzie zmniejszyły się do kulek wielkości piłeczek pingpongowych. Amerie cuciła Felicję lekiem pobudzającym, Klaudiusz zaś wyszukał w swym pakunku suchary i cukierki wzmacniające z żelaznej porcji i rozdzielił je między wszystkich.
Felicja była apatyczna i zdezorientowana, ale mogła już iść. Klaudiusz chciał, by zdjęła skórzaną zbroję, rękawice i nagolenniki, które w parnym powietrzu nad bagniskiem musiały być piekielnie niewygodne, ale odmówiła. Zgodziła się tylko schować hełm w bagażu, gdy Klaudiusz wytłumaczył jej, że jego pióropusz może ich zdradzić przed pogonią. Na zakończenie rytuału wysmarowali się wzajemnie błotem dla kamuflażu i wyruszyli. Na czele szedł Klaudiusz, za nim Ryszard, Amerie i Felicja w straży tylnej. Hokeistka niosła w związku z tym łuk i strzały.
Szli cicho ścieżką, która była dość szeroka, by nią wygodnie maszerować. Ta okoliczność spodobała się Ryszardowi i kobietom, ale raczej zaalarmowała lepiej znającego życie w dżungli Klaudiusza. Przez prawie dwa kilometry podążali wśród pni bambusów, olch, wierzb i subtropikalnych wiecznie zielonych drzew. Niektóre obwieszone były owocami rdzawego i szkarłatnego koloru, lecz Klaudiusz przestrzegł towarzyszy, by ich nie kosztowali. Ku ich zdumieniu jedynymi dzikimi zwierzętami, jakie spotkali, były ptaki i gigantyczne pijawki. Teren zaczął się podnosić; był teraz bardziej suchy. Weszli w gęsty las rozbrzmiewający głosami ptaków i zwierząt. Z drzew zwisały pnącza, poszycie zaś po obu stronach ścieżki stanowił nieprzenikniony gąszcz ciernistych krzewów.
Wreszcie drzewa zrzedły i ponura zieloność ustąpiła blaskowi słońca. Klaudiusz podniósł rękę na znak, by się zatrzymali.
— Ani pary z ust — szepnął. — Byłem prawie pewien, że się z czymś takim spotkamy.
Zza cienkiej zasłony młodych drzewek wyjrzeli na otwartą łąkę porośniętą kępami krzaków. Ogryzało je stado sześciu dorosłych i trzech młodych nosorożców. Stare były długie na około cztery metry i mogły ważyć dwie, trzy tony. Miały po dwa rogi, małe świńskie oczka, a na uszach dziwaczne pędzle włosów. Trzepały nimi nieustannie, oganiając się przed krążącymi wokół muchami.
— Rzekłbym, że to Dicerorhinus schleiermacheri — szepnął Klaudiusz. — To po ich ścieżce szliśmy.
Felicja wysunęła się naprzód i założyła na cięciwę ostrą jak brzytwa strzałę.
— Dobrze, że wiatr wieje w naszą stronę. Zbadam przez chwilę ich mózgi i zorientuję się, czy mogę te zwierzęta stąd usunąć.
— A tymczasem miejmy nadzieję, że nie poczują pragnienia — powiedział Ryszard.
Zostawili Felicję, by poeksperymentowała swoją zdolnością zniewalania i wycofali się wzdłuż ścieżki do słonecznej dolinki leżącej z boku; tam usiedli, żeby odpocząć. Ryszard wbił pionowo w ziemię prosty patyk długości swego ramienia i kamyczkiem zaznaczył położenie końca cienia.
— Budujesz zegar słoneczny? — zagadnęła Amerie.
Pirat skrzywił się w grymasie.
— Jeśli zostaniemy tu dość długo, mogę wziąć namiar. Wraz z pozornym ruchem słońca po niebie przesuwa się też koniec cienia. Trzeba poczekać, zaznaczyć go drugim kamieniem, oba połączyć kreską i ma się kierunek wschód-zachód. Jeśli chcemy dostać się w góry najprostszą drogą, myślę, że musimy iść bardziej na lewo niż kierunek tej ścieżki.
Upłynęła prawie godzina, nim wróciła Felicja, by im powiedzieć, że już można bezpiecznie przejść przez łąkę. Wybrali nowy kierunek zgodnie ze wskazaniami prymitywnej nawigacji Ryszarda, ale nie mając dogodnej ścieżki zwierzęcej w tę stronę, musieli przedzierać się przez zbite, pełne kolców dolne piętro puszczy. Nie można było iść cicho. Zwierzyna podniosła rejwach jak w ogrodzie zoologicznym w porze karmienia. Dali więc spokój z ostrożnością, wyciągnęli vitrodurowe siekierki i wielki topór ciesielski Klaudiusza i zaczęli wycinać sobie przejście. Po dwóch godzinach takiej mordęgi natrafili na pokaźny strumień, co pozwoliło im pójść wzdłuż niego w stronę, gdzie las był mniej gęsty.