Dzieci Boga [Children of God - pl]
- Автор: Расселл Мэри Дория
- Год: 2000
- Язык: польский
- Год: Zysk i S-ka
- ISBN: 83-7150-596-5
- Переводчик: Andrzej Polkowski
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Dzieci Boga [Children of God - pl]». Краткое содержание книги:
— Brav’ scugnizz, Nico. Jesteś dobrym chłopcem — powiedział Frans, myśląc: W genealogii aniołów, którzy cię podrzucili, musi brakować kilku ostatnich imion, przyjacielu. — A więc wierzysz w Boga, prawda, Nico?
— Tak, wierzę — potwierdził z powagą Nico. — Siostry mi powiedziały.
Frans żuł przez chwilę w milczeniu.
— Mam swoją małą hipotezę na temat Boga, Nico — powiedział, przełykając makaron. — Chcesz ją poznać?
— Co tojesthi…
— Hi-po-te-za. Myśl. Pomysł. Przypuszczenie. Rozumiesz, Nico? — Nico kiwnął niepewnie głową. — Oto mój pomysł. Jest taka stara opowieść o pewnym facecie i kocie…
— Lubię koty.
Po co ja to robię, zapytał się w duchu Frans, ale brnął dzielnie dalej.
— Tym facetem był słynny fizyk Schrodinger… Nie przejmuj się, Nico, nie musisz zapamiętywać tego nazwiska. Schrodinger powiedział, że coś nie jest prawdziwe, jeśli nie ma kogoś, kto to zaobserwuje. Powiedział, że to obserwacja sprawia, że coś staje się prawdziwe.
Nico wyglądał żałośnie.
— Nie przejmuj się, Nico. Zaraz ci pomogę to zrozumieć. Schrodinger powiedział, że jeśli się włoży do pudła kota i… no, powiedzmy talerz dobrego żarcia i talerz zatrutego żarcia, apotem zamknie pudło…
— To niegodziwe — powiedział Nico, zadowolony, że mowa jest o konkrecie.
— Niegodziwe jest też wytrząsanie flaków z byłych księży, Nico — wyjaśnił mu Frans, wpychając sobie do ust kolejną porcję makaronu. — Nie przerywaj mi. No więc kot jest w pudle i może zjeść dobre żarcie albo złe żarcie. Może być żywy, ale może być martwy. A wiesz, co powiedział Schrodinger? Że kot nie jest ani żywy, ani martwy, dopóki ktoś nie zajrzy do środka i nie stwierdzi, że kot jest żywy lub marwy.
Nico zastanawiał się długo.
— Można przyłożyć ucho i posłuchać, czy mruczy.
Frans przerwał na chwilę przeżuwanie i wycelował w Nica widelec.
— I dlatego jesteś bandziorem, a nie fizykiem lub filozofem. — Przełknął i mówił dalej: — No i na tym polega mój pomysł co do Boga. Uważam, że jesteśmy podobni do tego kota w pudle, a Bóg do faceta poza tym pudłem. Myślę, że jeśli kot wierzy w faceta, to ten facet tam jest. A jeśli kot jest ateistą, tego faceta tam nie ma.
— Może jest jakaś pani — zaproponował Nico.
Frans zakrztusił się makaronem i przez chwilę kaszlał.
— Może i tak, Nico. Ale wiesz, co myślę? Myślę, że skoro wierzysz w Boga, to może Go spotkasz, jak wyleziesz z tego pudła. — Nico otworzyłusta, potem je zamknął i zrobił taką minę, jakby miał się za chwilę rozpłakać. — Nie przejmuj się, Nico. Jesteś dobrym chłopcem, a jestem pewien, że na dobrych chłopców Bóg będzie czekać.
Wstał i poszedł do kuchni po deser.
— I właśnie dlatego chcę, żebyś się o coś pomodlił — zawołał, grzebiąc w skrzyniach. — Bo dla ciebie Bóg istnieje, a może nie istnieć dla ludzi, którzy nie są pewni, czy w Niego wierzą. — Wrócił do stołu z wielkim kawałem ciasta ze Schwartzwaldu. — Chcę, żebyś się pomodlił o cud. Dobrze, Nico?
— Nie ma sprawy — zgodził się skwapliwie Nico.
— To dobrze. A teraz powiem ci, na czym polega mój problem. Czy wiesz, dlaczego jestem taki gruby, Nico?
— Bo wciąż jesz.
— Jestem Afrykanerem, Nico. Jedzenie jest naszym sportem narodowym. Ale i przedtem wciąż jadłem, pamiętasz? I dwa lata temu wcale nie byłem taki gruby! Czasami, kiedy jesteśmy w przestrzeni kosmicznej, nasze DNA… instrukcje, które sprawiają, że twoje ciało działa, rozumiesz? Więc nasze DNA zostaje zbombardowane przez kilka atomów kosmicznego pyłu. To właśnie przytrafiło się mnie, Nico. Jakaś drobinka kosmicznego gówna, zmierzająca ku krawędzi wszechświata, przypadkowo uderzyła w ważny fragment mojej biologicznej maszynerii i narobiła tam niezłego bigosu…
Odtąd, cokolwiek zjadł, zostawało całkowicie przyswojone przez jego organizm; każdy erg energii zostawał wydarty z każdej molekuły wodoru, tlenu, węgla czy azotu i magazynowany w tych okropnych, paranoicznych komórkach tłuszczu spodziewających się straszliwego głodu, by wezwać je do heroicznego ratunku ciała, które teraz było powoli i nieubłaganie zatruwane.
— Walczyłem z tym, Nico. Na początku z tym walczyłem.
Ćwiczyłem jak maniak. Głodziłem się. Łaziłem od doktora do doktora.
Brał wszystkie leki, jakie mu ktoś przepisał lub sprzedał, ale nic nie pomagało, robił się coraz większy i większy, coraz bardziej sobie obcy, coraz bardziej przerażony perspektywą zawału serca lub marskości wątroby.
Znajdował w tym jakąś poetycką sprawiedliwość, a takie rzeczy traktował z filozoficznym spokojem. Przez lata sam czerpał zysk z wiary innych ludzi w cudowne uzdrowienie. Carlo uprawiał ten proceder prawie przez dziesięć lat, zanim go wytropiły przedsiębiorstwa ubezpieczeniowe. Jak wilk polował tylko na słabych, wybierając tych najbogatszych i najbardziej chorych, najbardziej zrozpaczonych i podatnych na sugestię, zapewniając swoich półżywych pasażerów, że jeśli będą poruszać się z odpowiednią szybkością, czas dla nich spowolnieje, a kiedy wrócą, medycyna zrobi takie postępy, że poradzi sobie z ich chorobami i wrócą do domu zdrowi. Carlo potrafił być bardzo przekonujący i okazywał swym ofiarom współczucie: wyjaśniał im, że teraz nie muszą za nic płacić, wystarczy, jak wymienią w polisie firmę Anioły Miłosierdzia S.A. jako dysponenta ubezpieczenia na życie.
Były to, oczywiście, bzdury. Frans zabierał ich na pokład statku kosmicznego i przez kilka tygodni krążył z nimi po orbicie Ziemi, uruchamiając jedną czwartą mocy silników, z dala od sceptycznej kontroli komisji etyki lekarskiej i inwigilacji policji. Ofiary niczego się nie domyślały. Większość umierała sama, a resztę wysyłali na tamten świat zatrudnieni przez Carla, wiecznie pijani lekarze.
Lecz teraz Carlo dorwał się do czegoś naprawdę wielkiego i Frans Vanderhelst pilotował statek kosmiczny lecący na Rakhat, którego prędkość coraz bardziej zbliżała się do prędkości światła. I tym razem to sam Frans był żałosnym, głupim dupkiem, który miał nadzieję, że w ciągu czterdziestu lat jego nieobecności na Ziemi ktoś wpadnie na pomysł, jak sprawić, by jego ciało stało się znowu normalne. Bo pod coraz grubszymi pokładami tłuszczu, za świńskimi oczkami wyzierającymi spomiędzy nadętych, ciastowatych policzków krył się mężczyzna, który miał zaledwie trzydzieści sześć lat, mężczyzna w kwiecie wieku. A Frans Vanderhelst bardzo chciał żyć.
— No więc powiem ci, o jaki cud masz się modlić, Nico, dobrze? — powiedział Frans, odkładając widelec. — Módl się, żebyśmy wrócili na Ziemię żywi i żeby po powrocie znalazł się ktoś, kto mi załatwi, że będę mógł jeść i być normalnym człowiekiem. Rozumiesz, Nico?
Nico kiwnął głową.
— Modlić się, żebyśmy wrócili żywi i żebyś ty był normalny.
— Świetnie, Nico. O to chodzi. Doceniam to — powiedział Frans, kiedy Nico wrócił do swojego Verdiego, rozpoczynając arię księcia Mantui dokładnie w tym miejscu, w którym ją przerwał kilkanaście minut wcześniej.
Frans siedział jakiś czas przy stole, rozmyślając o zakładzie Pascala. Dopiero teraz zdał sobie sprawę z tego, że naprawdę docenia modlitwy Nica. Ostatecznie, pomyślał, agnostyk wie tylko jedno: że nigdy się niczego nie wie.
21. DOLINA N’JARR, PÓŁNOCNY RAKHAT: 2078–2085 czasu ziemskiego