Światy braci Strugackich - Czas uczniów
- Автор: Лукьяненко Сергей Васильевич, Скаландис Ант
- Год: 2001
- Язык: польский
- Год: Rebis
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Światy braci Strugackich - Czas uczniów». Краткое содержание книги:
Wybór: Andriej Czertkow
Borys Strugacki — „O problemie materializacji światów”
Siergiej Łukjanienko — „Krzątanina w czasie”
Ant Skałandis — „Druga próba”
Leonid Kudriawcew — „I myśliwy…”
Nikołaj Romanieckij — „Obarczeni szczęściem”
Wiaczesław Rybakow — „Trudno stać się bogiem”
Andriej Łazarczuk — „Wszystko w porządku”
Michaił Uspienski — „Smocze mleko”
Wadim Kazakow — „Lot nad żabim gniazdem”
Andriej Czertkow — „Nie umówione spotkania”
Za wcześnie się podniecili. Następnego dnia okazało się, że w pracach w ramach programu uczestniczy niecały instytut. Nawet bardzo niecały. Tylko siedmioro osób (według nie-’ których danych — ośmioro). Tyle że ta siódemka-ósemka mogła się uważać za zabezpieczonych na jakieś pięć lat. Pozostałym kolejny raz po trzymiesięcznej przerwie ciśnięto miesięczne uposażenie i pogoniono ich na bezterminowy bezpłatny…
2
…wtedy, gdy Irki żart: „Wkrótce wypłata wystarczy tylko na dojazd do instytutu i z powrotem” brzmiał jednak jak żart. Ale dosłownie po kilku latach dorabianie stało się zarobkiem, a zarobek wspomnieniem. Oczywiście znakomita znajomość naukowo-technicznego angielskiego nie jest gwarancją tego, że możesz produkować jeden artystyczny przekład za drugim, więc z początku prosili o przekłady dosłowne, ale Boże ty mój, co to były za przekłady! Sądząc po wydaniach zapełniających półki, świeżo upieczone wydawnictwa bez wahania puszczały do druku właśnie podobne do tych przekładów teksty. Dlatego wkrótce rodzinna firma Malanowów przestała obawiać się, że „nie da rady”. Zasłynęła nawet w kręgach wydawniczych nadzwyczaj rzadkimi w naszych czasach cechami — punktualnością i uczciwością, a także gotowością pracy niemal za darmo, po cenach dumpingowych.
Długo przyzwyczajali się do pisania słowa „Bóg” dużą literą. Boga teraz wspominał nadaremnie każdy, kto tylko się nie lenił, przy tym w przekładach o wiele częściej niż w oryginałach — a Malanów nijak nie potrafił zwalczyć swojego październikowego rdzenia: „bóg” — niech będzie, ale „Bóg” to wyraźny obskurantyzm. W końcu Irka go reedukowała efektownym październikowskim dowodem, od którego każdy pop zdębiałby i ryknął: „Pisz, jak chcesz, ale nie bluźnij!” „W końcu — powiedziała Irka, trzymając zapalonego papierosa gdzieś ponad uchem — dlaczego, powiedzmy, Goga można pisać wersalikiem, a Boga nie wolno? W czym Gog jest lepszy od Boga? Tak się nazywają!”
Do przekładów dosłownych zaglądali teraz tylko wtedy, kiedy chcieli się pośmiać. „Zaraz, zaraz — mówiła nagle Irka, odrywając się od obcojęzycznego tekstu — a co nasz znawca pisze?” Kobieca intuicja podpowiadała jej, gdzie można natrafić na szczególnie zabawną grandę — i poszperawszy przez kilka sekund w kolejnym niechlujnym maszynopisie, z emfazą czytała na przykład: „Ogarnął mnie odruchowy półuśmiech. Spod lasu wyraźnie dobiegały indywidualne głosy psów i kotopo-dobny kaszel prześladowcy. Poruszając się z jeszcze większą prędkością, mój umysł prześlizgiwał się po powierzchni wydarzeń”. Śmiejąc się w zachwycie, zaczynali odtwarzać wszystkie wspomniane dźwięki, oddając przy tym gestami ślizgający się umysł. Gesty czasem stawały się dość nieprzyzwoite, ale skoro Bobka już chrapał i nie widział, mogli sobie pozwolić na trochę niemal starczych sprośności. Minęły, niestety, czasy, gdy Irka z byle powodu czerwieniła się aż po uszy i uciekała spojrzeniem.
Pośmiawszy się do woli, wytarłszy z kącików oczu łzy, Irka nieoczekiwanie kończyła ciężkim cierpiętniczym westchnieniem: „Och, co za bagno…” Zapalała papierosa, ale po sekundzie nie wytrzymywała: „Atu jeszcze jedna perła, patrz! Okręty przybyszy, krążąc pomiędzy absolutnie wszędzie…” Nie udało się jej skończyć, bo oboje znowu zaczynali chichotać. Dławiąc się śmiechem i starannie grasejując, Malanów mówił na przykład: „Khulu, ach, khulu! Gdzieś ty? — Jam tu, po phostu między tutaj!”, albo coś z żydowskich szmoncesów, które w dawnych czasach, siedem okresów geologicznych wstecz, polubił nagle wygłaszać Weingarten — który widocznie, jak domyślili się dużo później, na przekór losowi nie chciał być Żydem, lecz po prostu radzieckim człowiekiem. Wszyscy wtedy byli na trzecim roku, tyle że na różnych wydziałach, a Izrael walczył z Arabami… Dowcipy były z reguły śmieszne i opowiadał je Walka, przeważnie po mistrzowsku — jeśli tylko nie był za bardzo pijany; gdy był pijany, robił się nudny. Najprawdopodobniej nie był nawet obłudny i rzeczywiście, jak wielu Żydów w tym czasie, czuł się stuprocentowym radzieckim chłopcem i jak tylko mógł, demonstrował pogardę do tych, których wraz z całym radzieckim narodem szczerze uważał za złych.
Również na lotnisku, kiedy pochylił się do ucha Malanowa, dysząc wielodniowym alkoholowym odorem — żegnał się z Rosją tak, że wyglądało, jakby postanowił umrzeć. Półgłosem sypnął coś antysemickiego i niebywale śmiesznego, ale Malanów tego nie zapamiętał, ponieważ dusiły go łzy. Weingarten rzucił anegdotę, łyknął coś jeszcze i pomachawszy owłosioną łapą, wraz ze Swietką i dziećmi poleciał do Tel Awiwu.
„Jeszcze jedna perła, posłuchaj! — wołała Irka, pośmiawszy się i strąciwszy o brzeg popielniczki długi mysi chwost popiołu z papierosa. I z uczuciem deklamowała: — „Denerwowała się, czekała, nie wierzyła… Przy obiedzie pośpiesznie przełknęła tylko kilka łyżek!” „Rano, po pierwszej miłosnej nocy, w ubikacji długo rozlegało się rytmiczne pobrzękiwanie” — podchwytywał Malanów. I znowu długo się śmiali.
Potem męski organizacyjny pierwiastek brał górę. „Dobra, wystarczy” — mówił Malanów. — „Trzeba pracować”. „Jak trzeba, to trzeba” — ponuro odpowiadała Irka, dusząc niedopałek pomiędzy truchłami innych papierosów. — „Praca czyni człowieka wolnym… Słowo honoru, lepiej popychać taczkę w obozie koncentracyjnym niż płukać te męty”. „Ludzie to czytają… ” — rzucał Malanów. — „I wiesz co, nie gniewaj Boga. Siedzisz sobie czyściutka, światło się na razie pali i woda z kranu leci, czego ci jeszcze trzeba?” „Żeby spokojnie spotkać starość…” — dodawała Irka z Białego słońca pustyni. „Masło jest w lodówce”. — Malanów wbił ostatni gwóźdź do trumny.
Ale to jeszcze nic. Gorzej było, gdy zaczęli im po znajomości proponować — a oni, oczywiście, nie odmawiali, tylko nie mieli już kiedy spać — teksty z zupełnie im nie znanych języków. Na przykład z koreańskiego. Baksy, kurna. „Ja już więcej nie mogę” — ze łzami oświadczała Irka. — „Chodź, odmówimy!” „Spokojna czaszka!” — raźnie odpowiadał siedzący przy maszynie Malanów. — „Chcesz żreć? Bobka potrzebuje adidasów? Dyktuj, sieroto!” „Dyktować?” — zjadliwie pytała Irka, zapalając papierosa. — „Proszę. Z przyjemnością!” — Zaciągnęła się. — Jej głos stał się pojemniejszy niż jego myśli i dlatego trochę dziwnie drżało powietrze w pokoju. Tylko jego oczy, niewidoczne przez nikczemną przestrzeń, miały nieopisany wyraz. Choć i cierpiąc trochę, ale z hardym wyrazem twarzy, kontynuował: Pomyśl o towarzyszach, od świtu do zmierzchu pracujących, brudzących kawą warsztaty! Pomyśl o ich bladych twarzach, zbierających się na stanowiskach pracy i pracujących jak muły!” „J-jap…” — czkał zaskoczony Malanów, na szczęście nie kończąc. — „Tak tam jest?” „Tak jest!” „Kawą?” „Kawą!” „Nikczemna przestrzeń…” — w zamyśleniu powtarzał Malanów, i nagle, popatrzywszy na siebie, zaczynali dziko się śmiać. Omal nie spadali z krzeseł. „Może…” — udawało się wykrztusić pochlipującej Irce — „…może… zabrudzony kawą warsztat… to u nich, w Seulu… absolutna granica nędzy?”